czwartek, 29 czerwca 2017

Ślepe ściany w Entropii



Pamiętam, że w roku 1988 Wrocław był miastem przed eksplozją kolorów nośników reklamowych i barw nowych obiektów architektonicznych. Miasto – zwłaszcza zimą mogło uchodzić za szare. Takie obrazy utrwaliły się w pamięci. Reklam, w dzisiejszym rozumieniu nie oglądaliśmy, bo był to atrybut wolnego rynku, jakiego wówczas nie było. Były szyldy, były wielkoformatowe freski, które miały funkcję parareklamową. Informowały o firmach produkcyjnych, handlowych i usługodawczych działających w tamtej rzeczywistości. Chodzi o takie podmioty jak zakłady Polar, Intermoda, Powszechna Kasa Oszczędności, Powszechny Zakład Ubezpieczeń, lokalne firmy usług lokatorskich itp. Celowo używam słowa freski zamiast murale, bo tak jak pamiętam termin murale pojawił się dużo później. Charakterystyczne było to, że wielkoformatowymi, użytkowymi malowidłami zostały zagospodarowane ściany kamienic, których powierzchnie odsłoniła wojna. Stało się to na skutek wyburzenia części zniszczonych kamienic i powstania dziur w strukturze urbanistycznej miasta. Ściana kamienicy, połączona ze ścianą kamienicy sąsiedniej stała się w ten sposób ścianą szczytową. Jeżeli na ścianie tej pojawiały się okna to tylko dzięki inwencji lokatorów, którzy otwory okienne w tym miejscu wybijali. Te duże powierzchnie ścian zagospodarowano malarsko. Dziś wiele z tych ścian już nie istnieje, ponieważ wolne przestrzenie zabudowano nowymi obiektami, które początkowa nazywano plombami, od dentystycznych plomb wypełniających dziury w zębach. Takie to było miasto – szczerbate.


Z katalogu wystawy

Dokumentacje takich ścian zrobił w 1988 roku fotograf Bogdan Konopka. Stało się to, na krótko przed jego wyjazdem na stałe do Francji. Dziś po latach wykonał pozytywy ze starych klisz i efekt tej pracy oglądać można na wystawie we wrocławskiej Galerii Entropia. Wernisaż tej wystawy przyciągnął tych widzów, którzy pamiętają tamto miasto. Tych, którzy mogą i chcieliby skonfrontować wspomnienia z materiałem zdjęciowym. Oczywiście, że percepcja zdjęć rodzi pewne wspomnienia o charakterze sentymentalnym. Przypomina się górka saneczkowa przy ul. Jedności Narodowej, wspominamy nierówne chodniki miejskich ulic, dziwi nas ubiór ludzi z tamtej epoki. Uświadamiamy sobie, że zimową porą marzeniem wszystkich było posiadać kożuszek i futrzaną czapę. Ulice, dziś rekreacyjnej części centrum, emanują na fotografiach pustką i rusztowaniami. Próbujemy sobie przypomnieć gdzie wówczas koncentrowało się życie mieszkańców. Może trudno to pojąć, ale w Rynku było kilka zaledwie lokali gastronomicznych, w porze letniej nie było ogródków piwnych, turyści zagraniczni nie przyjeżdżali.









wtorek, 6 czerwca 2017

Mój tekst na Port

Fot. Bożena Boba-Dyga


XV edycja Portu Poetyckiego w chorzowskiej Sztygarce powoli zapisuje się w pamięci. Układam to wszystko w głowie, zarówno obrazy, jak i dźwięki. Miło było spotkać znajomych, równie miło poznać nowe osoby. Fenomenem jest odczuwalne przebywanie w gronie ludzi tworzących coś więcej niż społeczność artystyczną. I nie pasuje tu określenie zgrana paczka, bo nie wyjaśnia w pełni tego zjawiska. To trochę tak, jakby zjechała się z odległych zakątków duża rodzina, rodzina tworząca podgrupy kuzynów i krewnych. Doświadczyłem tego kolejny już raz. Pewnym mankamentem Portu jest fakt, że po stronie estrady i widowni zasiadaję głównie poeci, czyli impreza jest rodzajem zjazdu poetów z kraju. Może to taka specyfika tego zdarzenia. W każdym razie nie jest to festiwal zamknięty dla szerszej publiczności. Należy tylko zdobyć się na odwagę słuchania mowy wiązanej i przyjść. 

W tym roku pojechałem na Port poetycki z takim tekstem:



Plan
plan był prosty wstać rano
zasilić jaźń kilkoma łykami czarnego naparu
napisać trzy wiersze
przemyśleć pęd świata do kresu
obudzić poczucie traumy przeżyć lęk
wypatrzeć światełko w tunelu
chwycić się nadziei poczuć ulgę
wspomnieć starą miłość odtworzyć drgnienia zmysłów
przekonać się że dawnych zakochań nie pokrywa patyna rdzy
nigdy
zwrócić się do szefa za wstawiennictwem świętych patronów
wypomnieć mu błędy dni twórczych albo
wyrazić tęsknotę duszy pragnącej spocząć w …
wsłuchać się w głosy ludzi szum ulicy
kakofonię dźwięków medialnych
dyskurs mądrych lirykę natchnionych
przejrzeć nagłówki pism artystycznych
zaktualizować wiedzę o punkcie rozwoju sztuki
przejrzeć stare notatki i metodą ponowoczesnej mowy
dopisać nowe
ogarnąć zgromadzone zasoby ogarnąć się
przygotować czystą kartkę lub otworzyć nowy dokument
położyć ręce na klawiaturze wysilić umysł
zobaczyć zestrój znaków słów powiązany w celową całość
zacząć pisać lub powtórzyć kilka razy
mam w dupie pisanie wierszy
mam w dupie pisanie wierszy
mam w dupie pisanie wierszy
potem pójść na mecz na ryby albo na dziwki




Galerie zdjęć portowych:

1. Wieczór Haiku
2. Warsztaty


środa, 24 maja 2017

Fantastyka



Bywa, że refleksja na określony temat wywołana jest bodźcem, który przychodzi gdzieś z boku, w sposób zaprogramowany. Tak było w przypadku rozważań o fantastyce. Był to temat majowego spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki w Bibliotece im. J. Iwaszkiewicza w moich Obornikach Śląskich. Pamiętam, że literaturą taką zaczytywałem się dawniej. Dawniej tzn. z końcem szkoły podstawowej i na początku liceum. Zgodnie z kalendarzem była to końcówka lat siedemdziesiątych i początek lat osiemdziesiątych. Czytanie fantastyki było wówczas na topie. Zdecydowanie częściej czytano literaturę tego typu niż kryminały. Trzeba tu coś uściślić. Czytano fantastykę naukową (science fiction). Literatury fantasy w dzisiejszym tego słowa znaczeniu jeszcze nie było. Czytelnicy pochodzili z różnych grup wiekowych. Czytałem ja i moi koledzy. Czytała pani z biblioteki szkolnej (mówiła zawsze, że jest to jedyny rodzaj literatury, który czyta dla rozrywki). Pani była w wieku przedemerytalnym. Wymienialiśmy się z nią wrażeniami z lektur, tytułami książek wpisywanymi na listę planów lekturowych. Science fiction związana była z techniką, technologią i kosmosem. Literatura fantasy, która pojawiła się później opiera się na micie, mitologii, eposach rycerskich. To zupełnie inny typ fabuły. Pamiętam, że na nowe wydanie powieści science-fiction polowało się w księgarniach, a najłatwiej było robić zakupy na rynku wtórnym. Znany wrocławski antykwariat miał specjalną ladę z tym typem literatury. Tłumek gromadził się w zasadzie wyłącznie przy tej ladzie. W tym samym momencie telewizja emitowała niezwykły serial angielski „Kosmos 1999”.
Pozostało mi w pamięci to, że w tamtych czasach czytało się autorów polskich, rosyjskich, brytyjskich i amerykańskich. Wszyscy wiedzieliśmy, że jednym z najważniejszych autorów tego typu literatury jest Stanisław Lem, słuchałem jego Solaris w odczytaniu lektorskim w Polskim Radiu (chyba w Lecie z Radiem), czytałem Kongres Futurologiczny i na tym chyba wówczas poprzestałem. Bo to był pisarz dość trudny. Inni dostarczali literaturę akcji i sensacji pełną zagadek wywiadowczych, kryminalnych, wojskowych rozgrywających się gdzieś daleko na zasiedlonych planetach. Bohaterowie posługiwali się urządzeniami rozwiniętej technologii. Przeczuwaliśmy, że podobne narzędzie pojawią się najprawdopodobniej w życiu realnym, ale nie wiedzieliśmy, że przyszłość znacznie przekroczy nasze oczekiwania. Fakt tego, że czytane lektury miały status literatury popularnej sprawił, że z czasem nazwiska autorów książek zatarły się. Pozostało kilku. Pamiętam nazwisko Czesława Białczyńskiego, Jacka Sawaszkiewicza, braci Strugackich, Kira Bułyczowa i Kate Wilhelm. Wilhelm napisała powieść, która w polskim tłumaczeniu nosiła tytuł „Gdzie dawniej śpiewał ptak”. Tematem przewodnim było klonowanie. Nie było o tym jeszcze głośno w mediach (nielicznych mediach). Z pewnym zdziwieniem dowiedziałem się później, że klonowanie nie jest tylko i wyłącznie fantazją z powieści scence fiction. Pojęcie klonowanie przyszło do mnie z fantastyki naukowej. 
Kiedy po latach próbowałem powrócić do literatury science fiction odrzuciłem jej nurt o fabule sensacyjnej. Nie zostałem także czytelnikiem fantasy. Na półce z fantastyką pozostał Lem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie to, że kosmos i technologia to scenografia i kostium. To, co najistotniejsze w powieściach Lema to zagadnienia filozoficzne dotyczące zagadki życia i egzystencji, funkcjonowania świadomości, a przede wszystkim zagadnienia etyczne dotyczące schematów i motywacji ludzkich zachowań. Nawet w najbardziej odległej galaktyce bohaterowie jego książek pozostają dziećmi Ziemi i mogą działać, żyć, starzeć się i umierać tylko w rytm ziemskich parametrów przestrzeni i upływającego czasu, wyznaczanego wirowaniem i obrotami globu. Teraz wiem, że nie zapisałbym się na pierwszy załogowy lot na Marsa. 








czwartek, 27 kwietnia 2017

Teatr z popiołów



Czytam gorące newsy o odwołaniu z funkcji dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu Cezarego Morawskiego. Docierają do mnie wiadomości o radości części aktorów i protestach teatralnych związków zawodowych. Decyzję o odwołaniu dyrektora podjął Zarząd Województwa Dolnośląskiego. Przeciwko tej decyzji wystąpił wojewoda, który zablokował wykonanie uchwały. Gdyby nie blokada wojewody dyrektor teatru następnego dnia musiałby ustąpić. Wówczas pełniącym tymczasowo obowiązki dyrektora zostałby ze wskazania Urzędu Marszałkowskiego Remigiusz Lenczyk. Pan Remigiusz Lenczyk próbował wejść do gabinetu w obiekcie teatru i nie udało mu się to. Broniący gabinetu Morawskiego pracownicy powoływali się na uchylenie wojewody. Tłumaczyli, że zgodnie z ich wiedzą dyrektorem nie jest Lenczyk. Wezwali do teatru policję prosząc o pomoc w wyprowadzeniu uzurpatora na zewnątrz budynku.



Sięgam pamięcią daleko wstecz i przypominam sobie, że Remigiusz Lenczyk miał to przedziwne szczęście pojawiać się w budynku przy ul. Zapolskiej w momentach przełomowych dla tej instytucji. Tak jest zapewne i dziś. Dawniej, jak pamiętam, robił to pełniąc obowiązki dyrektora Urzędu Wojewódzkiego. Było to w czasach sprzed reformy administracyjnej, gdy obowiązywał stary podział na wiele małych obszarowo województw i gdy nie istniało dzisiejsze ciało samorządowe nazywane Urzędem Marszałkowskim. Teatr Polski podlegał więc administracyjnie pod Urząd Wojewódzki. Przeglądam stare zdjęcia i docieram do tych, na których widzę wozy gaśnicze, rozwinięte węże i uwijających się strażaków. Zaskoczeniem może być to, że nie są to zdjęcia rejestrujące pożar, który strawił całkowicie widownię teatru w roku 1994. Ten wielki pożar przesłonił mniejszy, który wybuchł kilkanaście miesięcy wcześniej i strawił tzw. Trzecią Sceną. Bo zanim powstała Scena na Świebodzkim (a powstała jako scena zastępcza po pożarze widowni sceny głównej) teatr miał już trzy sceny. Ta trzecia mieściła się w budynku biurowym umiejscowionym za sceną główną. Ten wcześniejszy pożar miał miejsce w roku 1992.



To, że tej nocy znalazłem się w centrum wydarzeń jest jedną z dziwaczniejszych rzeczy jakie mi się w życiu przytrafiły. Pracowałem wówczas w Gazecie Robotniczej (przekształconej później w istniejącą do dziś Gazetę Wrocławską). W poszukiwaniu materiałów postanowiłem wspólnie z redakcyjnym kolegą Cezarym Trytko poasystować dyżurującym strażakom w Komendzie Wojewódzkiej przy ul. Borowskiej. Było sympatycznie – strażacy ochoczo przygarnęli znudzonych reporterów miejskich, do północy opowiadali nam o codziennych perypetiach z wariatami, którzy dzwonią na telefon alarmowy w informacją, że im się dupa pali, o konieczności wyjazdów w miasto celem zdjęcia kota z drzewa, który wejść potrafił, ale zejść już nie, o okresowo występujących atakach szerszeni na mieszkańców, o zabłąkanych rojach pszczół, palących się altankach i zalanych piwnicach. Krótko przed północą usłyszeliśmy: „Panowie! Mamy na górze pomieszczenia koszarowe. Idźcie spać. Jakby się coś działo obudzimy was”. Poszliśmy więc. Jakiś czas później obudził mnie tupot na korytarzach. Po chwili uchyliły się drzwi, w których pojawił się asystent komendanta, który rzucił: „Chłopaki! Wstawajcie - Teatr Polski się pali.” Nie byłem pewien czy znudzeni strażacy nie robią nas po prostu w konia. Ale nie. Zaproszeni do samochodu komendanta pojechaliśmy w kierunku ul. Zapolskiej. Z daleka już widzieliśmy rozłożone drabiny przypięte do budynków teatralnych. Dymu było jeszcze dużo, ale sytuacja została opanowana. Kiedy dogaszano tlące się konstrukcje sceny, kotary i podesty pozwolona nam wejść do mocno zadymionego budynku. Trwały już czynności dochodzeniowe. Stwierdzono, że po wieczornej próbie opuszczono salę pozostawiając włączone oświetlenie sceny. Od nagrzanego transformatora zapaliła się czarna kotara i stąd zaczął się pożar.
- Macie może papierosy? - zapytał nas komendant – bo tak jakoś jest, ze zawsze po pożarze strasznie chce się zakurzyć...


W obiekcie pojawił się już jego ówczesny dyrektor Jacek Weksler i dyrektor Urzędu Wojewódzkiego Remigiusz Lenczyk. Po obejrzeniu strat wywołanych pożarem stanęli w jednym z korytarzy i naradzali się. O czym mówili? O braku prewencji przeciwpożarowej? Czy o sposobach naprawy szkód? Nie wiem, bo szeptali. O prewencji na pewno nie rozmawiali, bo gdyby tak było to kilkanaście miesięcy później dużo większy pożar nie spopieliłby głównej widowni. (Pamiętam, że jedna z hipotez przyczyny pożaru mówiła o pozostawionym niedopałku papierosa w tapicerce fotelu na widowni po jakiejś bibie wieczornej, jaka miała tam miejsce).


Jak widać Teatr Polski we Wrocławiu co jakiś czas spopiela się dosłownie lub w przenośni. Aktorom chwilowo przysługuje tytuł artystów ze spalonego teatru. Albo z upadłego... Lata lecą, ale w okolicach teatru cały czas pojawia się ta sama postać Remigiusza Lenczyka. (Nie przywołuję jego nazwiska w celach negatywnej krytyki. Co to to nie... Słyszałem niedawno pozytywne głosy, że w czasach gdy pełnił urzędowe funkcje bardzo przysłużył się wielu artystom będącym w potrzebie. Słyszałem to z ust artystów właśnie). Charakterystyczne jednak jest, że pewna wąska grupa ludzie ma w instytucji wrocławskiego teatru jakiś interes do zrealizowania. Jedno budzi nadzieję, że Teatr Polski zawsze jak Feniks wznosi się do góry nad pogorzeliskiem i rozkłada skrzydła. Zakładam, że po obecnym kryzysie związanym z kontrowersjami wokół obsady stanowiska dyrektora też tak będzie.







środa, 12 kwietnia 2017

Przygoda z Tyrmandem




Słuchając Marcela Woźniaka, autora biografii Leopolda Tyrmanda, książki zatytułowanej “Moja śmierć będzie taka jak moje życie” uzmysławiam sobie przede wszystkim fakt niezwykłej przygody jaką dane było przeżyć temu, który zadał sobie trud odtwarzania ścieżek życia twórcy “Złego”. Marcel zainteresował się Tyrmandem sprowokowany przez wykładowcę uniwersyteckiego. Wcześnie o autorze bestsellera wydawniczego lat pięćdziesiątych nie wiedział nic. Dzieliło go od niego kilka pokoleń i kilka dekad kulturowych. Marcel znalazł w sobie chęć do wszczęcia detektywistyczno-dziennikarskich badań nad kolejami życia i twórczości postaci, która pozostawiła po sobie i o sobie w masowej świadomości kilka stereotypowych opisów, kilka schematycznych charakterystyk, kilka sloganów.




Spotkanie z Marcelem Woźniakiem zorganizowano w Bibliotece Publicznej im. Jarosława Iwaszkiewicza w Obornikach Śląskich. Na spotkanie przychodzę odtwarzając w pamięci lekturę zarówno “Złego” jak i “Dziennika 1954”. Teksty te czytałem wiele lat temu jako ślady po dekadzie lat pięćdziesiątych, nie mojej historii, raczej okresie, na który przypadała pierwsza młodość moich rodziców. Zanim udałem się do biblioteki udało mi się przeczytać część napisanej biografii. W miarę jak Marcel opowiadał o swojej pracy nad książką uświadamiam sobie jak mało tak naprawdę o Tyrmandzie wiedziałem. Ponowne wydanie jego powieści “Zły”, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych przywróciło na chwilę pamięć o twórcy, który po podjęciu decyzji o emigracji z Polski został skazany na mentalny niebyt w kraju. Wyrzucono z obiegu księgarskiego i bibliotecznego jego książki. ośmieszono w publicystyce i pismach satyrycznych, wreszcie skasowano z pamięci. Przetrwało głównie skojarzenie Tyrmanda z modą i stylem życia lat pięćdziesiątych, z bikiniarzami. W zasadzie to skojarzenie Tyrmand-bikiniarz miało wystarczyć za wszystko w erudycji przeciętnego Polaka.
Książka Woźniaka dostarcza pełnej wiedzy o Tyrmandzie zarówno z okresu jego największej popularności, jak i okresu wcześniejszego, a także z amerykańskiego, ostatniego okresu jego życia. Biograf zadał sobie trud odwiedzenia miejsc, w których archiwa mogły zawierać dokumenty źródłowe  (w tym zarówno tych w kraju, jak i na Litwie oraz w Stanach Zjednoczonych). Rozmawiał też z tymi, którzy znali Tyrmanda osobiście, dziś już starszymi osobami.




W trakcie prelekcji krystalizuje się osoba o urozmaiconej biografii, raczej prostolinijna, nie konformistyczna. Tyrmand jawi się jako ktoś wierny samemu sobie, swojej wizji życia i świata, i swojej chęci wyrażania tej wizji. Tak jak potrafił zjednać sympatię i podziw, tak też mocno odrzucony został przez środowisko w momencie, gdy oficjalne przyjaźnienie się z nim zaczynało narażać innych na konflikty o charakterze ideologiczno-politycznym, w komunistyczną władzą. Tyrmand żyje pod prąd. Jako Polak żydowskiego pochodzenia szuka schronienia w trakcie wojny w Niemczech, przyjmując fałszywe dokumenty i zgłaszając się na roboty, bo najbezpieczniejszym miejscem było oko cyklonu. Po wojnie wraca do kraju, który znalazł się w sferze wpływów komunistycznego Związku Radzieckiego. Jest publicystą m. in. w Przekroju i w Tygodniku Powszechnym. To on wymyślił nazwę dla festiwalu Jazz Jamboree w momencie gdy muzykę tą można było już oficjalnie grać. Jest widoczny w środowiskach elit kulturalnych. Jest przez wszystkich aprobowany i pożądany jako kompan. Do czasu. Dziś dostęp do archiwów Instytutu Pamięci Narodowej umożliwia identyfikację towarzystwa Tyrmanda. Poruszające jest to, co w archiwach IPN-u znalazł Marcel Woźniak. Ustalił on, że większość utrwalonych na starych fotografiach znajomych Leopolda Tyrmanda to tajni współpracownicy aparatu ucisku komunistycznej władzy. Z upodobaniem donosili na autora “Złego”. Byli to ludzie kultury, publicyści, dziennikarze. Tyrmand nie wiedział o tym, kto na niego donosi i nigdy się nie dowiedział. Mógł się domyślać jedynie. Mógł czuć jak psuje się wokół niego atmosfera. Doprowadziło to w konsekwencji do decyzji o emigrowaniu z kraju. Zostawia wszystko. W wieku 45 lat wyjeżdża po to, aby zacząć życie na nowo. Zaczyna na amerykańskim kontynencie i znowu udaje mu się. Podczas gdy w kraju jest albo przedmiotem kpin, albo panuje wokół jego osoby zmowa milczenia tam, w Nowym Jorku, jeszcze raz udaje mu się zabłysnąć jako znany i czytany publicysta. O tym wszystkim opowiadał Marcel Woźniak na spotkaniu z okazji wydanej biografii. Po szczegóły warto zajrzeć do napisanej przez niego książki. Jego pasja do dziennikarskiego odtwarzania kultowej postaci lat pięćdziesiątych budzi podziw. Nie ma żadnych punktów stycznych między życiem Tyrmanda a życiem jego biografa. A jednak dzięki systematycznej i drobiazgowej pracy udaje się zebrać materiał i stworzyć książkę, której lektura wciąga. Styl opowiadania nie przeciążony paradygmatami naukowego opisu wciąga. Chce się czytać kolejne strony, kolejne rozdziały. Dla Marcela Woźniaka spotkanie z Tyrmandem było na pewno dużą przygodą. Przygodą, której można pozazdrościć. Przygodą, w której można uczestniczyć, czytając...











Marcel Woźniak. Biografia Leopolda Tyrmanda - Moja śmierć będzie jak moje życie. Wydawnictwo MG


niedziela, 2 kwietnia 2017

Moja bukowina, moja dębina



Po długich miesiącach zimowego letargu, po dniach chłodnych, szarych, często mglistych rozbłysło nagle ostre światło słońca. Zrobiło się ciepło tak jakby lato miało się zacząć już następnego dnia. O tym, że do lata jeszcze trochę dni upłynąć musi przypomina widok drzew, jeszcze gołych, jeszcze bez liści. Bardzo lubię ten czas ostrego, kontrastowego światła. Las w te dni jest niezwykły. Jest taki tylko przez kilka dni w roku. Korona liści nie tłumi światła. Pnie i konary rzucają cienie na ziemię z brązowym dywanem tego, co jesienią z drzew spadło. Co roku wybieram się w te dni na dłuższy spacer. Blisko mojego domu znajduje się las bukowy przechodzący w dębinę. Nieco dalej, bardziej w głąb rosną również drzewa iglaste. Mimo wszystko jest to las mocno liściasty. Buki wydają się tworzyć konstrukcję jakby budowli jakiejś pełnej kolumn biegnących do sklepienia obszernej, ogromnej wysokiej hali. Halę tą stworzyła natura, mniej ręka człowieka. Trudno rozeznać czy bukowina powstała jako samosiejka, czy też celowo nasadzona została pracą leśników.



Spacer lasem w porze przedwiośnia umożliwia złapanie dystansu do codziennego pędu zdarzeń. Natura odrywa świadomość od konieczności uczestnictwa w grach biznesowych, społecznych, politycznych. Natura jest taka jak zawsze. Stabilna, niewzruszona. Wiatr powiewa poruszając gałęziami drzew, Słońce przenika przez siatkę pni i konarów. Woda płynie powoli leśnym strumieniem. Sarny wypadają nagle nie wiadomo skąd i dziwią się, że jeszcze ktoś leśną drogą spaceruje.

Sądząc po rozmiarach buków i dębów las ma nie mniej niż sto lat. Inni ludzie mieszkali w jego sąsiedztwie. Mieli swoje sprawy, swoje troski i zmartwienia. Może podobnie jak ja chodzili pośród drzew w dni rodzącej się wiosny, ciesząc oczy promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie do spodu lasu. O tamtym świecie mówią coś zachowane stare zdjęcia zdjęcia, pocztówki, ryciny. Ale niezwykłość przeszłości jest dziełem kreacji umysłu, który pobudzony obrazem dobudowuje sobie historie i tak zwany klimat miejsca i czasu. Cechą umysłu jest trwać w przeświadczeniu tego, że kiedyś to było niezwykle. Że kiedyś to było lepiej chyba. Trwałość lasu, tego świata w świecie, daje uspokojenie.  





środa, 15 marca 2017

piątek, 24 lutego 2017

Etno wibracje



Miałem wewnętrzne przeczucie, że zbliża się wydarzenie, którego nie mogę opuścić. W zaprzyjaźnionej Galerii Ślimak we Wrocławiu (zaznaczę - instytucji niepublicznej i niekomercyjnej zarazem) zaśpiewać miały Izabela Młynarz i Ewa Żurakowska. Obie wykonawczyni do niedawna zupełnie osobno zajmowały się  szukaniem, łowieniem, poznawaniem i uczeniem się pieśni etno z różnych stron Europy. Jakiś czas temu przy okazji wieczoru autorskiego ich wspólnej znajomej - Alicji Mojko - zaśpiewały po raz pierwszy razem. Narodził się pomysł systematycznego śpiewania w duecie.
Miałem dość realne wyobrażenie jakiego typu koncert usłyszę. Wynikało to z faktu słuchania od wielu już lat magazynu radiowej Dwójki “Źródła” i audycji relacjonujących kolejne edycje festiwalu Nowa Tradycja.  Tym bardziej więc ciągnęło mnie, żeby w środku tygodnia porzucić kierat powszednich obowiązków i przybyć w miejsce spotkania. Nie pomyliłem się. Warto było. Uszy wchłaniały śpiewanie, skóra drżała od wibracji, emocje kołysało wzruszenie. Pieśni etno to nie tylko muzyka, to nie tylko tekst, to jakaś ceremonia, celebracja, często misterium. Moja relacja nie jest w stanie oddać jedynej w swoim rodzaju komunikacji jaka wytwarza się pomiędzy śpiewającymi a słuchającymi. Niewielka salka Galerii Ślimak wypełniona była publicznością. Ludzie słuchali w skupieniu, wiele osób przyznało się do tego, że pieśni i ich wibracje szkliły im oczy. Zupełnie nie umieli by wytłumaczyć sobie dlaczego tak się dzieje.



A dziewczyny… Dziewczyny były niesamowite, niezwykłe, śpiewanie dodawało im uroku, którego i tak im nie brakowało. Prezentują stare etniczne pieśni, bo mają taki imperatyw wewnętrzny, bo śpiewanie daje im możliwość porzucania na moment szarej codzienności, bo śpiewając przeżywają wypowiadane treści, bo widać wyraźnie, że w momencie gdy dźwiękami drga im przepona czują się szczęśliwe. Ten błogostan promieniuje i przenosi się na publiczność. Można więc doładować się wewnętrzną energią potrzebną do sprostania wyzwaniom kolejnych dni.


Galeria fotografii z koncertu: tu





sobota, 18 lutego 2017

Fotografie w bunkrze



O tym, że w lutym rozpocznie się wystawa prac fotograficznych artystów związanych z dolnośląskim okręgiem ZPAF wiedziałem już od kilku co najmniej miesięcy. Podobnie jak o tym, że to ekspozycja szczególna, bo związana z jubileuszem siedemdziesięciolecia organizacji. O zbliżającym się wernisażu przypomniał mi anons zwiastujący audycję w Radiu Wrocław Kultura. W programie o wystawie opowiadał jej kurator Andrzej Dudek-Dürer. Fakt, że to on jest kuratorem pomógł mi w podjęciu twardej decyzji udania się na otwarcie ekspozycji. Andrzeja cenię za konsekwencję w procesach twórczych, brak jakiejkolwiek pozy, niezwykłą autentyczność, serdeczność, wnikliwość, uwagę jaką ma dla swoich rozmówców, wewnętrzny logos i… dobre oczy.




Kiedy przybywam pod Muzeum Współczesne Wrocław na dworze była mży. Z powodu lekko dodatniej temperatury i dużej wilgotności powietrza odczuwam przykre wrażenie chłodu. Z przyjemnością chowam się w obiekcie poniemieckiego bunkra zaadaptowanego na wielką galerię. Na dole kolejka osób oddających wierzchnią odzież do szatni. Na górze, na kondygnacji gdzie zorganizowano wystawę, tłum. To jeden z najbardziej tłocznych wernisaży w jakich miałem możliwość uczestniczyć w ostatnim czasie. Ponieważ okresowo na przestrzeni dwudziestu pięciu lat zbliżałem się do środowiska fotografików spotykam wielu znajomych. Również takich, których nie miałem okazji widzieć od bardzo dawna. Ta możliwość spotkania ich jest jak zataczanie koła historii. Czuję się jakbym wracał do określonych punktów z przeszłości. Nie wszystko jest takie stuprocentowo proste, radosne. Jacek Lalak na przykład przekazuje mi drastyczną informację o tym, że dokładnie miesiąc temu przeszedł zawał. Cieszę się, że go widzę. Widzieliśmy się zresztą nie tak dawno, bo jesienią w Galerii Kontrast w Obornikach Śląskich na jego indywidualnej wystawie. Nic wtedy nie zapowiadała awarii zdrowotnej. Mówi, że za moment zaczyna rehabilitację, uśmiecha się. Będzie dobrze – wiem to. Uświadamiam sobie, że zasadnicza grupa fotografików, których znam posunęła się w latach. Czas nieubłaganie mija. Tym bardziej cieszy fakt wystawy, która jest punktem w czasoprzestrzeni, w którym możemy się zobaczyć.




Rozpoczyna się oficjalne otwarcie wystawy. Przebiega ona pod hasłem „Globalizacja i indywidualność”. Tradycyjne przemówienia na otwarcie, powitania, podziękowania i uprzejmości. Na szczęście bez większego zadęcia. O ile dobrze pamiętam zadęcia takiego nigdy nie doświadczyłem na wystawach dolnośląskiego okręgu ZPAF. Jest tłoczno jak na uroczystości odpustowej w bazylice. Robi się trochę gorąco. To uświadamia, że jesteśmy w świątyni sztuki. Sztuki żywej, chętnie oglądanej, budzącej zainteresowanie.
Po przemówieniach rozchodzimy się po galerii. Póki co rezygnuję z wyprawy na ostatnią kondygnację muzeum, gdzie w pomieszczeniach kawiarni jest poczęstunek i tradycyjna lampka wina. Mam inne cele. Te cele to nie tylko oglądanie prac. W trakcie gwarnych wernisaży uwielbiam poruszać się między ludźmi z aparatem w dłoni i rejestrować obrazy. Goście wernisażu na tle eksponowanych prac są bardzo wdzięcznym obiektem do fotografowania. Lubię zbliżać się do grup osób i robić serię zdjęć. Bardzo lubię brać w celownik aparatu osoby trzymające się lekko na uboczu. Robię bardzo dużo zdjęć. Wiem, że będę miał potem ogromny trud selekcji. Po usunięciu wszystkich niepoprawnych technicznie zdjęć pozostaną grupy podobnych ujęć. Założeniem najprostszym byłoby wybrać po jednym najlepszym ujęciu z danej grupy. To jest tylko pozornie takie proste. Bardzo często ujęcia tworzą swoiste studium fotografowanych postaci. Istotne są kumulowane gesty na kolejnych fotografiach. Nie wystarczy jedno ujęcie. To najlepszy dzień na fotografowanie we wnętrzach galerii. Bo galeria bez ludzi jest martwa. Wiem, że do osobistego, szczegółowego kontemplowania prac wrócę tu innego dnia. Medium pośrednim do zapoznania się z eksponowanymi fotografiami jest bardzo dobrze wydany katalog. Nie oddaje on jednak tego, co pełno formatowe wydruki.





Wystawa gromadzi prace w większości nowe. Oglądam zwykłe fotografie jakby reporterskie i mocno przetworzone obrazy, dla których fotograficzny obraz był źródłem, pierwszym bodźcem. Biało-czarna tonacja przenika się z pełno barwnymi obrazami. To tyle na dziś. Kiedy opuszczam muzealny bunkier wpadam w świat zdominowany przez noc, deszcz i chłód. Mało tu wizualnej różnorodności. 




Pełna fotorelacja z wernisażu wystawy: tu

środa, 21 grudnia 2016

Urodziny portalu



Obok całego zamieszania związanego z przygotowaniami do świąt, obok niepokojących informacji dotyczących aktów terrorystycznych za rogatkami kraju i przepychanek politycznych w jego wnętrzu, miało miejsce urocze spotkanie z racji pierwszych urodzin portalu kvetevropy.cz. To portal, który w czeskim języku informuje o atrakcjach Wrocławia. Strona powstała, bo tak chciała jej pomysłodawczyni - mieszkająca w stolicy Dolnego Śląska Czeszka - Natalia Raclavska.
Przez rok funkcjonowania wokół portalu skupiła się grupa osób, do której należą mieszkający w Polsce Czesi, a także ich znajomi, którzy powodowani bodźcem promującym atrakcyjność miasta przyjeżdżają do Wrocławia. Wokół portalu skupiają się oczywiście przyjaźniący się z Czechami Polacy. Rośnie grupa osób, które na skutek praktyki zawodowej kontaktują się z firmami południowego sąsiada i odczuwają potrzebę poznania choćby podstawowego słownictwa czeskiego, ułatwiającego im codzienną komunikację. Ważną grupą są adepci Bohemistyki.  Jest taki kierunek na Uniwersytecie Wrocławskim. Do grona wymienionych wyżej osób dołączyła Katka, która przyjechała ze Słowacji i podobnie jak Natalia zamieszkała we Wrocławiu. Katka śpiewa ballady - przejmujące słowackie ballady.


NIe potrafię opisać przyjemności przebywania w grupie, w której mieszają się języki polski, czeski i słowacki, gdzie nie ma żadnych barier komunikacyjnych. Portal internetowy jest tylko zewnętrznym medium, gdzie zapisywane są informacje i relacje z wydarzeń. Najistotniejsza jest chęć wzajemnych kontaktów, spędzania ze sobą czasu, przygotowywania i przeprowadzania projektów kulturalnych, edukacyjnych, towarzyskich.


W zaciszu Klubu Pieśniarze słuchaliśmy piosenek, kosztowaliśmy urodzinowy tort i uwarzone według czeskich receptur piwo, rozmawialiśmy i cieszyliśmy się z chwil wspólnie spędzanych.






Zapis wideo: tu