wtorek, 6 grudnia 2016

Wczorajsze manifestacje



Do sięgnięcia do materiałów archiwalnych związanych z manifestacjami początku lat dziewięćdziesiątych skłoniły mnie wydarzenia związane z solidarnościowym bohaterem Józefem Piniorem, na którego padło podejrzenie parania się płatną protekcją. Pamiętam jak niegdyś wpadł mi on w obiektyw na manifestacji, która przetoczyła się przez centrum Wrocławia. Nie byłoby może w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że była to manifestacja anarchistów, a Józef Pinior wędrował w jej szeregach wymachując czerwoną flagą. Co chciał wtedy tym gestem powiedzieć? Dziś nie jestem tego w stanie odtworzyć.
To był dziwny czas, bo manifestacje przetaczały się ulicami miasta bardzo często. Poza anarchistami zobaczyć można było protestujących Zaburzan upominających się o utracone na kresach mienie, aktywni byli emeryci i renciści, osoby niepełnosprawne angażowane były w akcje nazywane pikietami, czasami odbywały się jeszcze happeningi a’la Pomarańczowa Alternatywa.
Przemianowana w policję milicja starała się asystować pochodom, ale stare przyzwyczajenia nie pozwalały niebieskim chłopakom staś spokojnie. Uganiali się więc z pałami za chuliganami raczej (w ich przekonaniu) niż za nieprawomyślnymi politycznie. Zresztą - jeden pies…


Oglądam stare zdjęcia i zastanawiam się, czy była to zarejestrowana na obrazach rzeczywistość była była ciekawa i intrygująca czy raczej ponura. Nie wiem.

Manifestacje dalej ożywiają krajobraz miejski. Pojawili się nowi organizatorzy tych wydarzeń, głoszone są nowe hasła, określane są nowe cele. I w dalszym ciągu panuje powszechne przekonanie, że brak realizacji wypowiadanych postulatów skutkować będzie jakąś wielką katastrofą.






piątek, 28 października 2016

Freedom




Dziś znajduje się tam podziwiane przez wielu Narodowe Forum Muzyki. Przestronny plac przed obiektem skrywa podziemny parking. Na początku lat dziewięćdziesiątych oznaką uwolnienia rynku było spontaniczne targowisko. Używam określenia spontaniczne, a nie dzikie, bo nie było jeszcze precyzyjnych rozporządzeń prawnych dotyczących handlu na świeżym powietrzu. Wzrost inicjatywy gospodarczej nowych małych przedsiębiorców można było mierzyć tempem zagospodarowywania wszystkich wolnych miejskich przestrzeni. W taki sposób odzyskana wolność ucieleśniła się na wrocławskim Placu Wolności. Wcześniej było to miejsce skupiające panów, parających się grą w szachy. Raz do roku organizowano tam jakiś festyn miejski. Tylko wówczas było tam tłoczno. To się zmieniło. Tłum zaczął przybywać na plac na co dzień.


Targowisko było jednym z miejsc sprzedaży towarów importowanych, czyli przywożonych. Bez problemu można było zaopatrzyć się w dezodoranty Fa i Wiener Kaffee w charakterystycznych złotych opakowaniach. Dużo było odzieży. Polskiej odzieży z małych i średnich wytwórni, które nie musiały wówczas tak mocno ścigać się z konkurencją tego, bo w latach późniejszych zaczęło docierać ze Wschodu. Jak grzyby po deszczu wyrastały zakłady produkcji odzieży jeansowej. Chodząc po placu można było wsłuchać się w relacje w budowania własnych biznesów. Na początek tzw. szczęki, czyli metalowy stragan ze składanym daszkiem. To, coś więcej niż handel z rozkładanego stoliczka. Ci, którzy dopracowali się już jakiegoś kapitału inwestowali w nowe punkty na innych placach targowych. Wielu z nich jeździło na handel do Zgorzelca, gdzie powstał wówczas jeden z największych (tak twierdzono) placów targowych Europy. Klientami byli zarówno Polacy jak i Niemcy z dawnego DDR-u.


Kiedy dziś oglądam obrazy z tamtych dni próbuję zrekonstruować sobie tamtą rzeczywistość. Wiem, że był plac targowy, ale nie było jeszcze handlowych centrów. Równolegle funkcjonowały co najwyżej stare domy towarowe. Bardzo szybko pojawiły się głosy mówiące o potrzebie uregulowania tego żywiołowego handlu w środku miasta. Głosy wskazujące na potrzebę ograniczania tego zjawiska. Głównym powodem było to, że targowiska psują estetykę miasta, produkują śmieci, przyciągają grupy z półświatka. W połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczęto działania mające na celu usunięcie targujących z Placu Wolności. Ponieważ sprzedający zorganizowali się w stowarzyszenie trzeba było wyznaczyć im inny punkt w mieście. Nowe targowisko funkcjonowało przy ul. Zielińskiego. Tego targowiska też już nie ma. Jego kontynuacją jest wybudowany nieopodal Pasaż Zielińskiego, gdzie handel drobnych przedsiębiorców prowadzony jest nadal, ale już w zupełnie innych warunkach, w zadaszonej hali.


Jeszcze jedna rzecz przykuwa moją uwagę na wyciągniętych z lamusa zdjęciach. Tamten styl, tamte sweterki, kamizelki, powypychane marynarki. Fiaty 126p i Żuki, charakterystyczne spacerówki i zapach dymu papierosowego, który unosił się w tej przestrzeni.




czwartek, 20 października 2016

Seniorzy


Utknąłem w starych zdjęciach z czasów mojej aktywności reporterskiej. Mówię starych, chociaż wcale mi się nie wydawało, że takie są. Dla mnie to utrwalone chwile sprzed kilku dni, może miesięcy. Z jednej strony kontakt z obrazami uświadamia mi dystans czasowy, z drugiej strony czuję, że z tym czasem i jego odczuwaniem jest coś nie tak. Próbuję porządkować fotografie, układać je w jakieś grupy tematyczne. W tej chwili patrzę na osoby z grupy emerytów, które zabalsamowałem zdjęciami. Uderza mnie fakt tego, że status tej grupy nie zmienił się chyba od lat. W miejsce starszych wchodzą nowi. Czas płynie wyznaczony nowymi zdobyczami technologicznymi. Zarejestrowane niegdyś zdjęcia mogę przywrócić do istnienia dzięki elektronice. Mogę je przekazywać i udostępniać w sposób niewyobrażalny niegdyś. Pomimo upływu czasu, pojawienia się smartfonów, tabletów, globalnej sieci teleinformatycznej, portali społecznościowych, komunikatorów starsi ludzie cały czas tak samo przesiadują na ławeczkach w parku. Moją swój mikroświat wyznaczony mieszkaniem, werandą czy balkonem, mają stałe trasy codziennych wędrówek. Mają swój niewielki krąg znajomych, dzięki którym godziny poszczególnych dni mniej się nużą. Może tak jest, może jest inaczej… 


Na fotografiach widać charakterystyczne postacie, ale nie sposób dojrzeć jak odchodzą, znikają. Można się tego tylko domyślać. Zestawiam stare zdjęcia czarno-białe z nowymi barwnymi i widzę, że czas potrafi się zatrzymać. Do pewnego momentu pędzimy w życiu. Potem już nie, chyba, że wypadniemy po drodze. Myślę, że podświadomie obawiamy się tego zatrzymania, wyhamowania, utraty pędu, tego spokoju wieku senioralnego, tych dni, godzin i minut, tej utraty perspektywy na większe plany na przyszłość. Tego czekania na kres życia. Tego kontemplowania ars moriendi.


























czwartek, 6 października 2016

Podwórka


Otworzyłem pudełka z negatywami zdjęć z czasów gdy, pracując jako dziennikarz, poruszałem się po mieście i utrwalałem niektóre widoki przy pomocy aparatu fotograficznego. Negatywy te zawierają zdjęcia, które przez długi czas wydawały mi się mało wartościowe. Nie były tak fascynujące jak obrazy miasta sprzed drugiej wojny światowej. Umknęło mojej uwadze to, że dystans czasowy jaki dzieli teraźniejszość od momentu naciśnięcia migawki to bez mała ćwierć wieku. W tym czasie sporo się zmieniło. Zupełnie zapomniałem, że Wrocław był niegdyś miastem raczej brudnym i zaniedbanym. Gruz, śmieci, rozbebeszone chodniki to był normalny widok. Zachowane kwartały przedwojennych kamienic straszyły ceglanymi, pozbawionymi tynku ścianami. Wewnętrzne podwórka pełne były rupieci, byle jak skleconych baraczków, komórek. W tej nieciekawej scenerii bawiły się dzieci. Niedostatki otoczenia uzupełniały w zabawach swoją wyobraźnią. Czy miały gorzej niż te dzieci, które dziś wychodzą na zadbane i estetyczne podwórka w wyremontowanych częściach miasta? Te nowe podwórka wydaję mi się czasem zbyt sterylne. Ich ład i porządek zdają się krępować inwencję, kreatywność, wyobraźnię. Zardzewiała kłódka spinająca metalowy łańcuch zamykający bramę miała czasem magiczne znaczenie, sygnalizowała tajemnice ukryte w zamkniętym pomieszczeniu. Mogły to być skarby przeszłości, kolekcja przedmiotów współczesnych, które zmagazynowano, bo na pewno przydadzą się do czegoś, mógł to być tajemny warsztat gdzie dorośli mężczyźni spędzali czas wolny po pracy zarobkowej naprawiając lub modernizując motory, maszyny, auta. Zazdrośnie chronili swoje poczynania zamykając się przed oczami gapiów. Typowym widokiem podwórek była bita ciemna ziemia, fragmenty dzikich, nie pielęgnowanych trawników, gruz, trzepaki, kontenery śmietnikowe, często poprzeciągane między słupkami, drzewami i murkami sznury do suszenia prania.


Podwórka pustoszały w ciągu dnia i zaludniały się po południu, kiedy dzieci wracały ze szkoły a starsi z pracy. Czy dziewczynki wspinające się na płot, aby pokonać przeszkodę i przejść na drugą stronę wybierały się właśnie do czarodziejskiego ogrodu? Chyba tak. Nikt z dorosłych o przytępionej wyobraźni nie podążał ich śladem.



Nie wydaje mi się żeby postacie z oglądanych zdjęć przez fakt zabawy na brzydkim, zaniedbanym podwórku miały smutne dzieciństwo. Nie wygląd otoczenia jest ważny tylko to, co uczestnicy zabaw mieli w głowach, ich projekty, ich zdolności kreacyjne oglądania świata lepszym niż był. Postacie ze zdjęć mają dziś ponad trzydzieści lat. Większość z nich mieszka już w innym miejscu z pewnością. Może cieszy ich fakt nowych zadbanych placów dla dzieci, pełnych rozmaitych sprzętów zabawowych. Ich dzieci nie muszę wiele tworzyć. Wypełniają schemat czynności narzucony przez zainstalowane sprzęty. Mają dzieciństwo perfekcyjnie zaprojektowane. Rzadko kiedy straszy je widok kogoś biednego, przeglądającego zawartość śmietników. Nie muszą się brzydzić takim widokiem. Bo wewnętrzne podwórka nowych osiedli zamknięte są płotami, szlabanami, furtkami z domofonem, są chronione przed przybłędami. Nie przybłąka się tam żebrak, nie wejdzie reporter z codziennej gazety z aparatem fotograficznym. Przestrzeń jest uporządkowana i prywatna.  









poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zmierzch wakacji



W mijających tygodniach pozwoliłem sobie na przepływanie wrażeń, obrazów, dźwięków i myśli w sposób swobodny. Nic wydaje się nie przykuwało mojej uwagi w sposób istotny. Obrazów i wrażeń było dużo, ale przelatywały jak fotki w cudzym albumie. Nic z tego co działo się wokół nie skutkowało narastaniem tekstu, w którym nazywałbym to, co widzę, nadawałbym znaczenie temu co przeżywam, utrwalałbym w jakiś sposób mijające chwile. W wyraźny sposób zacząłem się starzeć, bo jedynym sposobem przeciwstawienia się upływowi czasu jest nazywanie chwil. Tylko nazywając chwile wypełniam czas miniony treścią pojemną. Taką, dzięki której to co było nie mieści się w jednym zdaniu.
Po dość intensywnym urlopie wracam do siebie i rozglądam się wokół. Ponownie próbuję się chronić przed presją marketingową. Lubię bywać tu i tam, ale nie lubię być nagabywanym do takich czy innych zakupów. Pomysł wyprawy w miasto musi mieć inne cele. Wiem, że wielkim zmartwieniem handlowych struktur jest nieustanne zabieganie o to, aby wszyscy odczuwali stały przymus kupowania. Trzeba jednak żyć inaczej. Pewne zmiany w świecie dokonały się jakby na korzyść. Chłonę spontaniczną radość wielkiej festy letniego, ciepłego wieczoru w środku miasta. Uświadamiam sobie, że coś podobnego mogłem doświadczyć niegdyś tylko w kinie wybierając się na „Rzymskie wakacje” czy inny film o podobnym klimacie. Ukazywały one świat inny niż ten, w którym żyłem. Dziś jest inaczej, bo tamten utrwalany w filmach klimat wakacyjnego czasu europejskich metropolii jest charakterystyczną cechą mego miasta. Czemu jednak tamta obserwowana w kinie radość większa była wydaje się niż ta doświadczana dziś osobiście? Nie wystarczy zapewnienie podaży dóbr materialnych. Nie wystarczy informacja handlowa o dostępności towarów i usług. Może chodzi o iluzję istnienia światów równoległych zbudowanych ze słów, obrazów, muzyki, fabuły? Może dążenie do zdobywania takich światów jest tym, dzięki czemu chce się żyć? Może konstruowanie takich światów jest najbardziej satysfakcjonującym zajęciem ze wszystkich jakich możemy się podjąć? Nie wiem. Do wiedzy tej można dojść tylko samodzielnie, bo nie ma już gromady autorytetów, nie ma przewodników.
W ucieczce przed programem bloków reklamowych uciekam od telewizji, radia. Staram się oglądać tylko filmy nieprzerywane handlem, słuchać tych stacji radiowych, w których reklama nie dominuje. To coraz trudniejsze. Powoli w ogóle przestaję oglądać telewizję, słuchać radio. Jeszcze książki są tą sferą, która pozwala na prywatny, nie skażony handlem kontakt ze zbudowanymi ze słów rzeczywistościami. Pożyczyłem w wypożyczalni książkę Magdaleny Grzebałkowskiej o Beksińskich. W moim pokoleniu Tomasz Beksiński był jednym z przewodników po świecie muzyki. Jego ojciec był artystą tworzącym wizyjne obrazy, trochę niepokojące, eksponujące treści podświadome jakby, wewnętrzne lęki, gen przeszłych wojen, tragedii, traum. Informacja o samobójczej śmierci Tomasza była trudna do przyjęcia. W zasadzie była jak zdrada publiczności. Wprowadzał w światy muzyczne, pokazywał wartość podróży po tych światach, budował wrażliwość nie tylko na muzykę, ale na słowa konstruujące teksty piosenek, poezję, opowieści. Pozwalał dostrzec atrakcyjność wyobraźni bez granic i nagle rzucił to wszystko i wyszedł. Książka Grzebałkowskiej pokazuje Tomka Beksińskiego z innej strony. Nie był taki jakim postrzegali go słuchacze radiowi. Był impulsywny, gwałtowny w reakcjach, dużo klął, był odludkiem, nie integrował się ze środowiskiem kolegów po fachu, raczej mówił niż słuchał, równocześnie odczuwał niedostatek kontaktów, cierpiał z powodu głodu miłości, miał obsesje, fascynował go rozkład i śmierć. W kontaktach koleżeńskich i rodzinnych był gorzej niż trudny. Kilkakrotnie się zabijał. Ostatni raz skutecznie. W radiu mówił o muzyce budując wokół niej wartość. Dzięki odczuwaniu wartości chciało się mieć zainteresowania, pasje, dążenia. Tomasz Beksiński odszedł tak jakby świat pozbawiony był wartości. Umieszczone pośród artykułów książki zdanie pozwala wydaje się wyjaśnić ten stan rzeczy. Ojciec Zdzisław Beksiński nigdy Tomka nie przytulił.
Kiedy dwa tygodnie temu trafiłem na muzykę Kate Bush, wykonawczyni dawno niesłuchanej, zacząłem od przypomnienia sobie płyt starych. Później zrobiłem przegląd muzyki nowszej. Od kilku dni słucham codziennie muzyki z płyty z 2011 roku „50 Words for Snow”. To płyta inna niż dawne. Banałem byłoby twierdzić, że to płyta dojrzałej artystki. Pewien rys wrażliwości i muzycznych poszukiwań jest niezmienny. Dałem się wciągnąć w klimat „50 Words for Snow”. Doświadczam paradoksów czasu. Dawno temu Tomasz Beksiński był jednym z prezenterów, który popularyzował muzykę Kate Bush wśród słuchaczy. To było prawie trzydzieści lat temu. Dziś słucham muzyki z płyty, której Tomek nie mógł już usłyszeć, bo powstała jedenaście lat po jego śmierci. Tym niemniej wydaje się, że słyszę jakim głosem mógłby tę płytę prezentować. Jestem przekonany, że płyta ta bardzo by się mu podobała. 
Kiedy Beksiński mówił o muzyce osiągnięciem technologicznym w świecie mediów była płyta kompaktowa. Aby prezentować muzykę trzeba było mieć źródło pozyskiwania nowych płyt z Zachodu, on miał. Komputery wchodziły pomału w życie, internet raczkował. Nie było serwisów muzycznych pozwalających na słuchanie nowej muzyki z nowych wydawnictw bez wychodzenia z domu, dzięki sieci net. Duże zbiory muzyczne na płytach zajmowały niegdyś całą bibliotekę w pokoju lub dwóch. Dziś takie same zbiory muzyczne zmieszczą się na jednym pendrivie.    

sobota, 2 lipca 2016

Odkrywanie miasta


Urodziłem się w mieście pozbawionym swojej historii. Zniszczenia wojenne i zmiany granic państwowych spowodowały, że wprowadzono grubą kreskę, od której miasto miało budować swoją historię od nowa. Ale tak się nie da, ponieważ zakodowane w znakach graficznych i napisach wyrytych w reliefach informacje świadczą o tym, że miasto żyło swoim wydarzeniami przez wieki, zamieszkiwali je konkretni ludzie tworzący kolejne dni dziejów miasta. To prawda, że miasto legło w gruzach decyzją uczynienia z niego twierdzy w trakcie działań wojennych i do jego zniszczenia przyczynili się wojenni włodarze. Tylko część tkanki miejskiej Wrocławia przypomina stary przedwojenny gród. Wiele kamienic i całych kwartałów obiektów zniknęło na zawsze. Dziś odtwarzamy te widoki oglądając stare zdjęcia. Zdjęcia przedstawiają obiekty. Ale obiekty to nie wszystko. Cała tkanka architektoniczna miasta związana była z życiem konkretnych ludzi. Żyli, pracowali, kochali się, przeżywali swoje prywatne uniesienia i dramaty, każdego dnia wnosili w historię miasta efekty swojej pracy. W roku 1945 zostali zrównani pamięcią z twórcami systemu, których trzeba było potępić, a pamięci o nich nie krzewić. Czy można tworzyć historię grodu od nowa, wybierając nowy punkt, od którego historia ta tworzy się? Takie pewnie były powojenne założenia. Niestety zakodowane w kamieniach informacje wzbudzają zainteresowanie. Wzbudzają chęć drążenia dziejów, poznania przeszłych wydarzeń, które tworzyły dzieje miasta znajdującego się przez lata pod wpływem kilku nacji. Przede wszystkim polskiej, niemieckiej i czeskiej.


Skorzystałem z letniej oferty wycieczki edukacyjnej po mieście zainicjowanej przez mieszkającą we Wrocławiu Czeszkę Natalię Raslavską (pisałem już o jej aktywności). W trakcie tej wycieczki trafiłem pod mury mojego liceum (nr IX) i dostałem porcję informacji o historii tego miejsca. Otrzymałem tę wiedzę dzięki temu, że przyjechała do Wrocławia młoda dziewczyna, fascynująca się czeskimi śladami w moim rodzinnym mieście. Dziewczyna, dla której odkrywania historii miasta jest wyzwaniem i pasją. 


Natalia zaaranżowała wycieczkę edukacyjną po mieście śladami czeskiego badacza Jana Ewangelisty Purkyniego. To naukowiec żyjący w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. 27 lat swego życia związał z Wrocławiem. Gdyby żył sto lat później byłby z pewnością laureatem nagrody Nobla. Dla wielu wrocławian jego nazwisko kojarzy się wyłącznie z ulicą jego imienia. Trzydzieści lat temu ulica kojarzona było ze znajdującą się przy niej instytucją komunikacji. Miejsca dystrybucji dobra nie zawsze łatwo wtedy dostępnego, czyli telefonu - dodajmy stacjonarnego. Było to jedyne skojarzenie z nazwiskiem Pyrkyniego. Dopiero w trakcie piątkowej wycieczki dowiedziałem się, że ten czeski badacz stworzył we Wrocławiu pierwszy w świecie zakład fizjologii eksperymentalnej. Był odkrywcą protoplazmy, dokonał opisu niepowtarzalności linii papilarnych, opisał gruczoły potowe. W pracy używał systemowo mikroskopu achromatycznego, sukces swój zawdzięczał także umiejętności zarządzania pracą zespołową.
Wycieczka zorganizowana przez Natalię ruszyła spod Muzeum Narodowego w kierunku miejsca gdzie znajdowała się kamienica, w której mieszkał Purkynie. Dziś jej nie ma. Legła w gruzach w trakcie wojny. Znajdowała się w pobliżu kompleksu budynków dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych. Udaliśmy się stamtąd do miejsca pracy badacza, do Zakładu Fizjologii przy ul. św. Katarzyny. Dziś obiekt tego zakładu znajduję się w ruinie. Nowy właściciel zwleka z remontem i adaptacją na nowe cele. Na niekonserwowanej tablicy pamiątkowej coraz trudniej odczytać informacje.


Kolejnym miejsce wycieczki związane było z obiektem mojego liceum przy ul. Piotra Skargi. W dawnych czasach w miejscu tym znajdowała się kamienica, w której żył przyjaciel Purkyniego, literat i profesor slawistyki Uniwersytetu Wrocławskiego Ladyslav Čelakovsky. Autor tekstów poetyckich, znajdujących się w obowiązkowym spisie utworów, które w czeskich szkołach młodzież uczy się na pamięć i recytuje. To, że dzisiejsi mieszkańcy Wrocławia nic o Čelakovskym nie wiedzą wynika być może z faktu jego krytycznego stosunku do naszych zmagań narodowowyzwoleńczych w trakcie zaborów. Ale wrogiem Polaków raczej nie był, bo dzięki niemu wielu polskich badaczy mogło wyjechać i działać w Pradze. Przyjaźń Purkyniego z Čelakovskym związana była z zainteresowaniami badacza kulturą i literaturą. Ciekawostką jest, że dokonał Purkynie tłumaczenia na czeski polskiego poematu „Maria” Antoniego Malczewskiego. Poza tym współtworzył stowarzyszenie słowiańskie krzewiące kulturę Słowian na terenie ówczesnych Prus.
Kolejne punkty wycieczki to katedra Marii Magdaleny, w której Purkynie odnalazł stare teksty napisane po czesku i gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego, którego badacz był pracownikiem.


Słuchając o kolejach losu badacza, w opowieści ukazującej sugestywnie jego postać aktywną na wielu polach pomyślałem sobie, że bardzo interesujący mógłby być przybliżający wiedzę o nim film biograficzny. Kiedyś takie produkcje były praktyką powszednią telewizji. 
Zazwyczaj ze spacerów edukacyjnych korzystam przybywając do obcych miast. Tym razem było inaczej. Okazuje się, że rodzinne miasto ma wiele jeszcze do odkrycia. Trzeba jednak spojrzenia kogoś z zewnątrz, kto dostrzega informacje z innej optyki, patrząc przez pryzmat własnej, w tym wypadku czeskiej kultury.  
Był ciepły słoneczny, ale nie duszny letni wieczór. Wycieczkę kończymy w restauracji Česka, racząc się czeskim piwem i czeską kuchnią.





piątek, 22 kwietnia 2016

Underground

Z pozdrowieniami dla Rdzawki (Ewy Grzeszczuk)
i Doktora Grzecha (Grzegorza Dąbrowskiego) za wspólne granie.



głos wydobywa znaczenia zdarzeń minionych
to miało być zwykłe śpiewanie piosenek
kiedy wszystko wokół rozbrzmiało oficjalnym świętem
ukryliśmy się w oficynie w podwórku w sercu miasta
niegdyś w takim miejscu majster-sąsiad motory składał
dziś to estrada i publika, teatrum jakieś
mówisz, że to  fajny underground
taka przeciwwaga dla zewnętrznego festiwalu
kiedy w czasach licealnych słuchałem o londyńskiej kontrkulturze
naprawdę myślałem o klubach w piwnicy
dziś  w garażu słuchamy poezji do dźwięków gitary
ukryci przed ludźmi chronimy swoje nieprzyzwoite potrzeby
refleksji, wzruszeń, melodii, harmonii
powtarzając frazy odpływamy w marzenia
czujemy cele do zdobycia, emocje budujące
krainy do obejrzenia
wyobrażamy sobie ludzi, z którymi warto spędzić
choć jeden milczący dzień
kiedy jesteś blisko jest mi dobrze
zła się nie lękam, śmierć ma naturę abstrakcyjną
pieśń unosi mnie w chwilę, która trwa
dotykam wieczności



  
  






sobota, 16 kwietnia 2016

Natá​lie



Zdarzenie, które miało miejsce dziś wieczór ma swój początek pół roku wstecz. W zasadzie jest to zwykła historia, ale splot pewnych okoliczności nadaje jej aurę pewnej niezwykłości. Kilka miesięcy temu zostaję, w mojej aktywności zarobkowej, oddelegowany do obsługi klientów czeskich. To efekt zmian kadrowych w firmie. Kolega zajmujący się tą grupą kontrahentów odchodzi. Naglącą potrzebą jest utrzymanie kontaktów. Nagle z dnia na dzień znalazłem się w obrębie czeskojęzycznych odbiorców mojej firmy. Nie ze wszystkimi można porozumieć się po angielsku. Muszę przyswoić sobie podstawowe zwroty, trochę słów. Na początku idzie to opornie, później trochę lżej. Pewnego dnia wyrywam się z pracy i w celu odprężenia i relaksu wchodzę na koncert w kultowej artystycznej kawiarni wrocławskiej Kalambur. Siadam obok dwóch dziewczyn, zajmując jedno z nielicznych wolnych miejsc. Okazuje się, że dziewczyny te rozmawiają po czesku. Uśmiecham się, bo uświadamiam sobie, że coś nakazuje mi być blisko tego języka. W ten sposób poznają Natalię. Rodowitą Czeszkę, mieszkającą od kilku lat we Wrocławiu. Dowiaduję się, że wspólnie z koleżankami zajmuje się pracą w branży tłumaczeń. Dziewczyny zajmują się czymś więcej niż tylko samymi tłumaczeniami. Założyły fundację, której celem jest propagowanie kultury polskiej w Czechach i czeskiej w Polsce. Kilka tygodni później trafiam na spotkanie, promujące wydawnictwo, w którym czescy artyści i dziennikarze opowiadają o swoich zbliżeniach z Polską za pośrednictwem kuchni. "Jak smakuje Polska" to zbiór historyjek z żurkiem i bigosem jako daniami głównymi.  
Poznaję bliżej Natalię. Dowiaduję się, że studiowała języki słowiańskie w Brnie, wybierając jako jedną ze specjalizacji przystąpiła do studiów polonistycznych, które później kontynuowała i skończyła we Wrocławiu. Teraz mieszka i zbiera informacje o mieście, w którym oddziaływały na siebie wpływy czeskie, polskie i niemieckie. Współtworzy portal internetowy Kvet Evropy, w którym opowiada swoim rodakom o mieście, które ją zafascynowało.  


Kilka tygodni temu zaprosiłem Natalię na koncert piosenek śpiewanych do wtóru gitary w Galerii Ślimak. Prowadząca galerią Aneta dostrzega wyjątkowość Natalii i proponuje jej zorganizowanie spotkania-prelekcji na temat czeskich śladów we Wrocławiu. Dziś właśnie takie spotkanie miało miejsce przy pełnym komplecie publiczności. Okazało się, że prelekcja historyczno-poznawcza może być czymś niezwykle atrakcyjnym. Pomieszczenie galerii wypełnia się po brzegi. Przyszli ci, którzy chcieli posłuchać czegoś intersującego o Wrocławiu. Przyszli Czesi studiujący w tym mieście. Przyszedł nawet przewodnik miejski. Natalia lekko i z wdziękiem zaczyna opowiadać. Opowieść zaczyna się od nawiązania do postaci Mieszka księcia Polan i Dobrawy, czeskiej księżniczki, opowieść zaczyna się od nawiązania do zdarzeń z początków polskiej historii. Później w toku wykładu pojawiają się główne postacie historii Czech w osobach Karola IV i księcia Wacława, ogłoszonego świętym. Rzeźby, reliefy, herby umieszczone na średniowiecznych obiektach świadczą o związkach tych postaci z miastem. Dowiadujemy się, że w czasach gdy miasto znajdowało się w obrębie Korony Czeskiej, w XIV i XV wieku, był to drugi co do wielkości gród po Pradze. Wroclaw upodobał sobie Karol. Przebywał tu kilkadziesiąt razy. Czeski lew z podwójnym ogonem pozostał wykuty w kamieniu na licznych starych budowlach. Później w opowieści Natalii pojawiają się czescy artyści i naukowcy z Wrocławiem związani. Nazwiska niektórych znane są, bo są w mieście ulice nazwane ich imieniem. Na tym kończy się zazwyczaj wiedza dzisiejszych mieszkańców grodu o tych postaciach. Dziś porcja wiedzy bardziej szczegółowej. 


Natalia uświadamia mi jak dużo jeszcze nowych rzeczy o swoim mieście mogę się dowiedzieć. Mieszkając tu nie mam dystansu. Omijam znaki w kamieniu wykute i nie czytam ich. Co innego ona, która przybyła z zewnątrz. Widzi to, co dla współczesnych mieszkańców jest niewidoczne, dekoduje ślady historii.  Informacje o śladach tych zamieszcza na portalu Kvet Evropy. Idzie dalej. Szuka miejsc niezwykłych, odkrywa to między innymi, że w wielu kamienicach śródmieścia zachowały się stare ozdobne glazury, wyścielające klatki schodowe. Nie widać ich dopóki nie wejdzie się do środka obiektów i dopóki nie zestawi się zrobionych zdjęć świadczących o tym, że występowanie tej glazury to nie jednorazowy kaprys budowniczych.  
Prowadzony wrażliwością i zmysłem poznawczym Natalii odkrywam Wrocław na nowo. 


Portal Kvet Evropy - http://kvetevropy.cz/index.php

Fangage - https://www.facebook.com/kvetEvropy

piątek, 1 kwietnia 2016

Ostatni dzień



Burzą zakończył się we Wrocławiu ostatni dzień marca. Niby nic, a jednak dziwne. Grzmot usłyszałem przebywając w galerio-kawiarni Macondo. Uświadomiłem sobie, że chwilę wcześniej zarejestrowałem w świadomości błyski, ale byłem przekonany, że to zaiskrzyła trakcja elektryczna od przejeżdżającego tramwaju. Do Macondo wybrałem się na comiesięczne spotkanie z zaproszonym gościem - tym razem jest to spotkanie z poetką Elżbietą Lipińską. Dojeżdżając do galerii uświadomiłem sobie, że poprzednim razem byłem tam cztery miesiące temu. Doznaję przykrego uczucia gonitwy czasu.

Słuchając czytanych wierszy zastanawiamy się nad istotą poetyckości. Nad potrzebą budowania zestawień słownych, które tworzącym nadają cechę "bujania w obłokach" - odrealnienia. To nie tak. Realność ma wiele wymiarów. Umiejętność nazywania odcieni rzeczywistości jest cechą tych, którzy doświadczają świata i egzystencji mocno, czasami do bólu.

Nie ma jednej recepty na dobry wiersz. Dziś wiersze z poprzednich epok tchną często naiwnością. Wtedy były wysoką literaturą. Wiersze współczesne potrafią porazić eksploracją sfer brzydkich, brudnych, nadmiernie fizjologicznych. Bywa, że emanują wulgaryzmami. Wszystko jest dobrze, jeżeli po odczytaniu całego tekstu widać, że sięganie po te tematy i środki jest uzasadnione. A jeżeli nie jest? To cechy tła twórczego, o którym mówimy. Nie są to cechy prezentowanej dziś poezji. To, co słyszymy pełne jest refleksji, swobodnych myśli kogoś, kto porusza się między ludźmi i w przestrzeniach. Doznania prowokują do nazywania.

Podobno w krajach arabskich poeci czytają swoje utwory na stadionach, dla wielu tysięcy słuchaczy...

Siedzimy w Macondo i słuchamy poezji bardzo kameralnie. Może tak jest lepiej? Duża widownia wymaga od poety umiejętności parateatralnych. Tak myślę.

Kiedy dzień wszedł w noc za oknami lunął rzęsisty deszcz. Dokładamy nowe elementy do budowanej na ścianie instalacji. Goście galerii przylepiają na ścianie to, co mają w kieszeniach: bilety, monety, zapalniczkę, jakieś fiszki. Ja mam tylko napoczętą paczkę chusteczek higienicznych. Ktoś przylepił mały rewolwer, zabawkę. Dlaczego wypychał nim kieszeń?

Przedwiośnie uwalnia zapachy. W pierwszej kolejności to ziemia, wilgoć, stęchlizna. Niedługo pojawi się zapach zieleni i kwiatów. Zimny deszcz oznacza chłodną noc przed ciepłym dniem. Trudno w to uwierzyć.



niedziela, 13 marca 2016

Znaki minionej rzeczywistości


Zapisałem sobie w kalendarzu informację o nowej wystawie.  Piątkowy termin wernisażu odpowiadał mi, bo wieczór przed  weekendem pozwala nie myśleć o pracy  i  związanych  z nią obowiązkach. Poza tym to wystawa szczególna – wystawionymi obiektami będą znaki graficzne. Będąc już na miejscu ekspozycji, we wrocławskie Galerii Dizajn BWA, dowiaduję się, że zasadnicza część ekspozycji jest rekonstrukcją pierwszej wystawy znaków graficznych jaka miała miejsce w Warszawie w roku 1969.
Zaprezentowane znaki graficzne to zasadniczo to, co dziś określamy terminem logo. Ale nie tylko. Wśród zaprezentowanych znaków obejrzeć możemy te, które miały wartość bardzo użytkową, oznaczały typ paliwa na stacji benzynowej, wyjście ewakuacyjne, czy też pierwszą klasę towaru. Wiele znaków oznacza instytucje do dziś istniejące i funkcjonujące. Wśród znaków rozpoznawalnych zarówno przez starszych, jak  i młodszych widzów, znajdziemy Herbapol, Polmos, Amino. Rozpoznawalne są znaki instytucji, które do niedawna obecne były w naszej rzeczywistości, a dziś albo nie istnieją, albo zmieniły nazwę. Wśród nich CPN, Petrochemia, Unitra, Bank Pekao, Orbis. Sporą reprezentacje mają znaki znanych polskich wydawnictw, wśród nich: Nasza Księgarnia, Czytelnik, czy Wiedza Powszechna.


Im dłużej oglądam prezentowane znaki tym mocniej uświadamiam sobie jak wielką rolę przypisywano dobrym projektom. Miały one funkcję użytkową, ale powstawały dzięki kreacji podobnej do tej, którą postrzegamy w sztuce. Łączyły prostotę z wpisanym w kształt symbolem.
Sale galerii wypełnia tłum, głównie młodych ludzi, robi się tłoczno, ciasno. Wernisaż ma nadspodziewaną frekwencję. Jedna z gablot zawiera zestaw narzędzi warsztatowych grafika projektującego znaki. To narzędzie kreślarskie, cyrkle, linijki, krzywaki. Może to dziwnie brzmi, ale komputerów z programami graficznymi nikt sobie w czasach tamtych projektów nawet nie wyobrażał.


Oglądanie ekspozycji jest lekcją historii gospodarczej. Mam na myśli grafiki wyznaczające zespół zakładów przemysłowych, dziś już nie istniejących. Sporą grupę stanowią tu zakłady odzieżowe, producenci tkanin, przedsiębiorstwa z branży chemicznej. Nie tylko zakłady miały, używając współczesnego określenia, swoje logo. Znaki takie posiadały liczne instytuty badawcze, doświadczalne i wdrożeniowe. Ciekawe czy jakikolwiek z tych instytutów przetrwał do dziś?
W drugiej z sal galerii czeka mnie duża niespodzianka. Sala ta gromadzi znaki związane z Biurem Wystaw Artystycznych. Jest tam też gablota w wycinkami prasowymi i zdjęciami z imprezy, która odbywała się w tym miejscu u zarania galerii w jej  obecnym kształcie. Były to wydarzenie drugiej edycji Festiwalu Wizualnych Realizacji Okołomuzycznych WRO, czyli prezentacji wideoartu. Wśród zamieszczonych zdjęć znajduję moje własne, które robiłem dokumentując imprezę, pracując dla jednej z wrocławskich gazet. Obliczam kiedy to było. Wynik – dwadzieścia sześć lat temu. Mam pod powiekami te wydarzenie jakby miały miejsce wczoraj. Nad gablotą spotykam organizatorów wrocławskich prezentacji wideoartu: Violettę i Piotra Krajewskich oraz Zbigniewa Kupisza. Do dziś konsekwentnie kontynuują tę aktywność organizując Biennale WRO.

Na skutek bodźców wywołanych przez obiekty wystawy umysł mój powędrował w przeszłość. W takim też dość nostalgicznym nastroju opuszczam galerię.