poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zmierzch wakacji



W mijających tygodniach pozwoliłem sobie na przepływanie wrażeń, obrazów, dźwięków i myśli w sposób swobodny. Nic wydaje się nie przykuwało mojej uwagi w sposób istotny. Obrazów i wrażeń było dużo, ale przelatywały jak fotki w cudzym albumie. Nic z tego co działo się wokół nie skutkowało narastaniem tekstu, w którym nazywałbym to, co widzę, nadawałbym znaczenie temu co przeżywam, utrwalałbym w jakiś sposób mijające chwile. W wyraźny sposób zacząłem się starzeć, bo jedynym sposobem przeciwstawienia się upływowi czasu jest nazywanie chwil. Tylko nazywając chwile wypełniam czas miniony treścią pojemną. Taką, dzięki której to co było nie mieści się w jednym zdaniu.
Po dość intensywnym urlopie wracam do siebie i rozglądam się wokół. Ponownie próbuję się chronić przed presją marketingową. Lubię bywać tu i tam, ale nie lubię być nagabywanym do takich czy innych zakupów. Pomysł wyprawy w miasto musi mieć inne cele. Wiem, że wielkim zmartwieniem handlowych struktur jest nieustanne zabieganie o to, aby wszyscy odczuwali stały przymus kupowania. Trzeba jednak żyć inaczej. Pewne zmiany w świecie dokonały się jakby na korzyść. Chłonę spontaniczną radość wielkiej festy letniego, ciepłego wieczoru w środku miasta. Uświadamiam sobie, że coś podobnego mogłem doświadczyć niegdyś tylko w kinie wybierając się na „Rzymskie wakacje” czy inny film o podobnym klimacie. Ukazywały one świat inny niż ten, w którym żyłem. Dziś jest inaczej, bo tamten utrwalany w filmach klimat wakacyjnego czasu europejskich metropolii jest charakterystyczną cechą mego miasta. Czemu jednak tamta obserwowana w kinie radość większa była wydaje się niż ta doświadczana dziś osobiście? Nie wystarczy zapewnienie podaży dóbr materialnych. Nie wystarczy informacja handlowa o dostępności towarów i usług. Może chodzi o iluzję istnienia światów równoległych zbudowanych ze słów, obrazów, muzyki, fabuły? Może dążenie do zdobywania takich światów jest tym, dzięki czemu chce się żyć? Może konstruowanie takich światów jest najbardziej satysfakcjonującym zajęciem ze wszystkich jakich możemy się podjąć? Nie wiem. Do wiedzy tej można dojść tylko samodzielnie, bo nie ma już gromady autorytetów, nie ma przewodników.
W ucieczce przed programem bloków reklamowych uciekam od telewizji, radia. Staram się oglądać tylko filmy nieprzerywane handlem, słuchać tych stacji radiowych, w których reklama nie dominuje. To coraz trudniejsze. Powoli w ogóle przestaję oglądać telewizję, słuchać radio. Jeszcze książki są tą sferą, która pozwala na prywatny, nie skażony handlem kontakt ze zbudowanymi ze słów rzeczywistościami. Pożyczyłem w wypożyczalni książkę Magdaleny Grzebałkowskiej o Beksińskich. W moim pokoleniu Tomasz Beksiński był jednym z przewodników po świecie muzyki. Jego ojciec był artystą tworzącym wizyjne obrazy, trochę niepokojące, eksponujące treści podświadome jakby, wewnętrzne lęki, gen przeszłych wojen, tragedii, traum. Informacja o samobójczej śmierci Tomasza była trudna do przyjęcia. W zasadzie była jak zdrada publiczności. Wprowadzał w światy muzyczne, pokazywał wartość podróży po tych światach, budował wrażliwość nie tylko na muzykę, ale na słowa konstruujące teksty piosenek, poezję, opowieści. Pozwalał dostrzec atrakcyjność wyobraźni bez granic i nagle rzucił to wszystko i wyszedł. Książka Grzebałkowskiej pokazuje Tomka Beksińskiego z innej strony. Nie był taki jakim postrzegali go słuchacze radiowi. Był impulsywny, gwałtowny w reakcjach, dużo klął, był odludkiem, nie integrował się ze środowiskiem kolegów po fachu, raczej mówił niż słuchał, równocześnie odczuwał niedostatek kontaktów, cierpiał z powodu głodu miłości, miał obsesje, fascynował go rozkład i śmierć. W kontaktach koleżeńskich i rodzinnych był gorzej niż trudny. Kilkakrotnie się zabijał. Ostatni raz skutecznie. W radiu mówił o muzyce budując wokół niej wartość. Dzięki odczuwaniu wartości chciało się mieć zainteresowania, pasje, dążenia. Tomasz Beksiński odszedł tak jakby świat pozbawiony był wartości. Umieszczone pośród artykułów książki zdanie pozwala wydaje się wyjaśnić ten stan rzeczy. Ojciec Zdzisław Beksiński nigdy Tomka nie przytulił.
Kiedy dwa tygodnie temu trafiłem na muzykę Kate Bush, wykonawczyni dawno niesłuchanej, zacząłem od przypomnienia sobie płyt starych. Później zrobiłem przegląd muzyki nowszej. Od kilku dni słucham codziennie muzyki z płyty z 2011 roku „50 Words for Snow”. To płyta inna niż dawne. Banałem byłoby twierdzić, że to płyta dojrzałej artystki. Pewien rys wrażliwości i muzycznych poszukiwań jest niezmienny. Dałem się wciągnąć w klimat „50 Words for Snow”. Doświadczam paradoksów czasu. Dawno temu Tomasz Beksiński był jednym z prezenterów, który popularyzował muzykę Kate Bush wśród słuchaczy. To było prawie trzydzieści lat temu. Dziś słucham muzyki z płyty, której Tomek nie mógł już usłyszeć, bo powstała jedenaście lat po jego śmierci. Tym niemniej wydaje się, że słyszę jakim głosem mógłby tę płytę prezentować. Jestem przekonany, że płyta ta bardzo by się mu podobała. 
Kiedy Beksiński mówił o muzyce osiągnięciem technologicznym w świecie mediów była płyta kompaktowa. Aby prezentować muzykę trzeba było mieć źródło pozyskiwania nowych płyt z Zachodu, on miał. Komputery wchodziły pomału w życie, internet raczkował. Nie było serwisów muzycznych pozwalających na słuchanie nowej muzyki z nowych wydawnictw bez wychodzenia z domu, dzięki sieci net. Duże zbiory muzyczne na płytach zajmowały niegdyś całą bibliotekę w pokoju lub dwóch. Dziś takie same zbiory muzyczne zmieszczą się na jednym pendrivie.    

sobota, 2 lipca 2016

Odkrywanie miasta


Urodziłem się w mieście pozbawionym swojej historii. Zniszczenia wojenne i zmiany granic państwowych spowodowały, że wprowadzono grubą kreskę, od której miasto miało budować swoją historię od nowa. Ale tak się nie da, ponieważ zakodowane w znakach graficznych i napisach wyrytych w reliefach informacje świadczą o tym, że miasto żyło swoim wydarzeniami przez wieki, zamieszkiwali je konkretni ludzie tworzący kolejne dni dziejów miasta. To prawda, że miasto legło w gruzach decyzją uczynienia z niego twierdzy w trakcie działań wojennych i do jego zniszczenia przyczynili się wojenni włodarze. Tylko część tkanki miejskiej Wrocławia przypomina stary przedwojenny gród. Wiele kamienic i całych kwartałów obiektów zniknęło na zawsze. Dziś odtwarzamy te widoki oglądając stare zdjęcia. Zdjęcia przedstawiają obiekty. Ale obiekty to nie wszystko. Cała tkanka architektoniczna miasta związana była z życiem konkretnych ludzi. Żyli, pracowali, kochali się, przeżywali swoje prywatne uniesienia i dramaty, każdego dnia wnosili w historię miasta efekty swojej pracy. W roku 1945 zostali zrównani pamięcią z twórcami systemu, których trzeba było potępić, a pamięci o nich nie krzewić. Czy można tworzyć historię grodu od nowa, wybierając nowy punkt, od którego historia ta tworzy się? Takie pewnie były powojenne założenia. Niestety zakodowane w kamieniach informacje wzbudzają zainteresowanie. Wzbudzają chęć drążenia dziejów, poznania przeszłych wydarzeń, które tworzyły dzieje miasta znajdującego się przez lata pod wpływem kilku nacji. Przede wszystkim polskiej, niemieckiej i czeskiej.


Skorzystałem z letniej oferty wycieczki edukacyjnej po mieście zainicjowanej przez mieszkającą we Wrocławiu Czeszkę Natalię Raslavską (pisałem już o jej aktywności). W trakcie tej wycieczki trafiłem pod mury mojego liceum (nr IX) i dostałem porcję informacji o historii tego miejsca. Otrzymałem tę wiedzę dzięki temu, że przyjechała do Wrocławia młoda dziewczyna, fascynująca się czeskimi śladami w moim rodzinnym mieście. Dziewczyna, dla której odkrywania historii miasta jest wyzwaniem i pasją. 


Natalia zaaranżowała wycieczkę edukacyjną po mieście śladami czeskiego badacza Jana Ewangelisty Purkyniego. To naukowiec żyjący w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. 27 lat swego życia związał z Wrocławiem. Gdyby żył sto lat później byłby z pewnością laureatem nagrody Nobla. Dla wielu wrocławian jego nazwisko kojarzy się wyłącznie z ulicą jego imienia. Trzydzieści lat temu ulica kojarzona było ze znajdującą się przy niej instytucją komunikacji. Miejsca dystrybucji dobra nie zawsze łatwo wtedy dostępnego, czyli telefonu - dodajmy stacjonarnego. Było to jedyne skojarzenie z nazwiskiem Pyrkyniego. Dopiero w trakcie piątkowej wycieczki dowiedziałem się, że ten czeski badacz stworzył we Wrocławiu pierwszy w świecie zakład fizjologii eksperymentalnej. Był odkrywcą protoplazmy, dokonał opisu niepowtarzalności linii papilarnych, opisał gruczoły potowe. W pracy używał systemowo mikroskopu achromatycznego, sukces swój zawdzięczał także umiejętności zarządzania pracą zespołową.
Wycieczka zorganizowana przez Natalię ruszyła spod Muzeum Narodowego w kierunku miejsca gdzie znajdowała się kamienica, w której mieszkał Purkynie. Dziś jej nie ma. Legła w gruzach w trakcie wojny. Znajdowała się w pobliżu kompleksu budynków dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych. Udaliśmy się stamtąd do miejsca pracy badacza, do Zakładu Fizjologii przy ul. św. Katarzyny. Dziś obiekt tego zakładu znajduję się w ruinie. Nowy właściciel zwleka z remontem i adaptacją na nowe cele. Na niekonserwowanej tablicy pamiątkowej coraz trudniej odczytać informacje.


Kolejnym miejsce wycieczki związane było z obiektem mojego liceum przy ul. Piotra Skargi. W dawnych czasach w miejscu tym znajdowała się kamienica, w której żył przyjaciel Purkyniego, literat i profesor slawistyki Uniwersytetu Wrocławskiego Ladyslav Čelakovsky. Autor tekstów poetyckich, znajdujących się w obowiązkowym spisie utworów, które w czeskich szkołach młodzież uczy się na pamięć i recytuje. To, że dzisiejsi mieszkańcy Wrocławia nic o Čelakovskym nie wiedzą wynika być może z faktu jego krytycznego stosunku do naszych zmagań narodowowyzwoleńczych w trakcie zaborów. Ale wrogiem Polaków raczej nie był, bo dzięki niemu wielu polskich badaczy mogło wyjechać i działać w Pradze. Przyjaźń Purkyniego z Čelakovskym związana była z zainteresowaniami badacza kulturą i literaturą. Ciekawostką jest, że dokonał Purkynie tłumaczenia na czeski polskiego poematu „Maria” Antoniego Malczewskiego. Poza tym współtworzył stowarzyszenie słowiańskie krzewiące kulturę Słowian na terenie ówczesnych Prus.
Kolejne punkty wycieczki to katedra Marii Magdaleny, w której Purkynie odnalazł stare teksty napisane po czesku i gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego, którego badacz był pracownikiem.


Słuchając o kolejach losu badacza, w opowieści ukazującej sugestywnie jego postać aktywną na wielu polach pomyślałem sobie, że bardzo interesujący mógłby być przybliżający wiedzę o nim film biograficzny. Kiedyś takie produkcje były praktyką powszednią telewizji. 
Zazwyczaj ze spacerów edukacyjnych korzystam przybywając do obcych miast. Tym razem było inaczej. Okazuje się, że rodzinne miasto ma wiele jeszcze do odkrycia. Trzeba jednak spojrzenia kogoś z zewnątrz, kto dostrzega informacje z innej optyki, patrząc przez pryzmat własnej, w tym wypadku czeskiej kultury.  
Był ciepły słoneczny, ale nie duszny letni wieczór. Wycieczkę kończymy w restauracji Česka, racząc się czeskim piwem i czeską kuchnią.





piątek, 22 kwietnia 2016

Underground

Z pozdrowieniami dla Rdzawki (Ewy Grzeszczuk)
i Doktora Grzecha (Grzegorza Dąbrowskiego) za wspólne granie.



głos wydobywa znaczenia zdarzeń minionych
to miało być zwykłe śpiewanie piosenek
kiedy wszystko wokół rozbrzmiało oficjalnym świętem
ukryliśmy się w oficynie w podwórku w sercu miasta
niegdyś w takim miejscu majster-sąsiad motory składał
dziś to estrada i publika, teatrum jakieś
mówisz, że to  fajny underground
taka przeciwwaga dla zewnętrznego festiwalu
kiedy w czasach licealnych słuchałem o londyńskiej kontrkulturze
naprawdę myślałem o klubach w piwnicy
dziś  w garażu słuchamy poezji do dźwięków gitary
ukryci przed ludźmi chronimy swoje nieprzyzwoite potrzeby
refleksji, wzruszeń, melodii, harmonii
powtarzając frazy odpływamy w marzenia
czujemy cele do zdobycia, emocje budujące
krainy do obejrzenia
wyobrażamy sobie ludzi, z którymi warto spędzić
choć jeden milczący dzień
kiedy jesteś blisko jest mi dobrze
zła się nie lękam, śmierć ma naturę abstrakcyjną
pieśń unosi mnie w chwilę, która trwa
dotykam wieczności



  
  






sobota, 16 kwietnia 2016

Natá​lie



Zdarzenie, które miało miejsce dziś wieczór ma swój początek pół roku wstecz. W zasadzie jest to zwykła historia, ale splot pewnych okoliczności nadaje jej aurę pewnej niezwykłości. Kilka miesięcy temu zostaję, w mojej aktywności zarobkowej, oddelegowany do obsługi klientów czeskich. To efekt zmian kadrowych w firmie. Kolega zajmujący się tą grupą kontrahentów odchodzi. Naglącą potrzebą jest utrzymanie kontaktów. Nagle z dnia na dzień znalazłem się w obrębie czeskojęzycznych odbiorców mojej firmy. Nie ze wszystkimi można porozumieć się po angielsku. Muszę przyswoić sobie podstawowe zwroty, trochę słów. Na początku idzie to opornie, później trochę lżej. Pewnego dnia wyrywam się z pracy i w celu odprężenia i relaksu wchodzę na koncert w kultowej artystycznej kawiarni wrocławskiej Kalambur. Siadam obok dwóch dziewczyn, zajmując jedno z nielicznych wolnych miejsc. Okazuje się, że dziewczyny te rozmawiają po czesku. Uśmiecham się, bo uświadamiam sobie, że coś nakazuje mi być blisko tego języka. W ten sposób poznają Natalię. Rodowitą Czeszkę, mieszkającą od kilku lat we Wrocławiu. Dowiaduję się, że wspólnie z koleżankami zajmuje się pracą w branży tłumaczeń. Dziewczyny zajmują się czymś więcej niż tylko samymi tłumaczeniami. Założyły fundację, której celem jest propagowanie kultury polskiej w Czechach i czeskiej w Polsce. Kilka tygodni później trafiam na spotkanie, promujące wydawnictwo, w którym czescy artyści i dziennikarze opowiadają o swoich zbliżeniach z Polską za pośrednictwem kuchni. "Jak smakuje Polska" to zbiór historyjek z żurkiem i bigosem jako daniami głównymi.  
Poznaję bliżej Natalię. Dowiaduję się, że studiowała języki słowiańskie w Brnie, wybierając jako jedną ze specjalizacji przystąpiła do studiów polonistycznych, które później kontynuowała i skończyła we Wrocławiu. Teraz mieszka i zbiera informacje o mieście, w którym oddziaływały na siebie wpływy czeskie, polskie i niemieckie. Współtworzy portal internetowy Kvet Evropy, w którym opowiada swoim rodakom o mieście, które ją zafascynowało.  


Kilka tygodni temu zaprosiłem Natalię na koncert piosenek śpiewanych do wtóru gitary w Galerii Ślimak. Prowadząca galerią Aneta dostrzega wyjątkowość Natalii i proponuje jej zorganizowanie spotkania-prelekcji na temat czeskich śladów we Wrocławiu. Dziś właśnie takie spotkanie miało miejsce przy pełnym komplecie publiczności. Okazało się, że prelekcja historyczno-poznawcza może być czymś niezwykle atrakcyjnym. Pomieszczenie galerii wypełnia się po brzegi. Przyszli ci, którzy chcieli posłuchać czegoś intersującego o Wrocławiu. Przyszli Czesi studiujący w tym mieście. Przyszedł nawet przewodnik miejski. Natalia lekko i z wdziękiem zaczyna opowiadać. Opowieść zaczyna się od nawiązania do postaci Mieszka księcia Polan i Dobrawy, czeskiej księżniczki, opowieść zaczyna się od nawiązania do zdarzeń z początków polskiej historii. Później w toku wykładu pojawiają się główne postacie historii Czech w osobach Karola IV i księcia Wacława, ogłoszonego świętym. Rzeźby, reliefy, herby umieszczone na średniowiecznych obiektach świadczą o związkach tych postaci z miastem. Dowiadujemy się, że w czasach gdy miasto znajdowało się w obrębie Korony Czeskiej, w XIV i XV wieku, był to drugi co do wielkości gród po Pradze. Wroclaw upodobał sobie Karol. Przebywał tu kilkadziesiąt razy. Czeski lew z podwójnym ogonem pozostał wykuty w kamieniu na licznych starych budowlach. Później w opowieści Natalii pojawiają się czescy artyści i naukowcy z Wrocławiem związani. Nazwiska niektórych znane są, bo są w mieście ulice nazwane ich imieniem. Na tym kończy się zazwyczaj wiedza dzisiejszych mieszkańców grodu o tych postaciach. Dziś porcja wiedzy bardziej szczegółowej. 


Natalia uświadamia mi jak dużo jeszcze nowych rzeczy o swoim mieście mogę się dowiedzieć. Mieszkając tu nie mam dystansu. Omijam znaki w kamieniu wykute i nie czytam ich. Co innego ona, która przybyła z zewnątrz. Widzi to, co dla współczesnych mieszkańców jest niewidoczne, dekoduje ślady historii.  Informacje o śladach tych zamieszcza na portalu Kvet Evropy. Idzie dalej. Szuka miejsc niezwykłych, odkrywa to między innymi, że w wielu kamienicach śródmieścia zachowały się stare ozdobne glazury, wyścielające klatki schodowe. Nie widać ich dopóki nie wejdzie się do środka obiektów i dopóki nie zestawi się zrobionych zdjęć świadczących o tym, że występowanie tej glazury to nie jednorazowy kaprys budowniczych.  
Prowadzony wrażliwością i zmysłem poznawczym Natalii odkrywam Wrocław na nowo. 


Portal Kvet Evropy - http://kvetevropy.cz/index.php

Fangage - https://www.facebook.com/kvetEvropy

piątek, 1 kwietnia 2016

Ostatni dzień



Burzą zakończył się we Wrocławiu ostatni dzień marca. Niby nic, a jednak dziwne. Grzmot usłyszałem przebywając w galerio-kawiarni Macondo. Uświadomiłem sobie, że chwilę wcześniej zarejestrowałem w świadomości błyski, ale byłem przekonany, że to zaiskrzyła trakcja elektryczna od przejeżdżającego tramwaju. Do Macondo wybrałem się na comiesięczne spotkanie z zaproszonym gościem - tym razem jest to spotkanie z poetką Elżbietą Lipińską. Dojeżdżając do galerii uświadomiłem sobie, że poprzednim razem byłem tam cztery miesiące temu. Doznaję przykrego uczucia gonitwy czasu.

Słuchając czytanych wierszy zastanawiamy się nad istotą poetyckości. Nad potrzebą budowania zestawień słownych, które tworzącym nadają cechę "bujania w obłokach" - odrealnienia. To nie tak. Realność ma wiele wymiarów. Umiejętność nazywania odcieni rzeczywistości jest cechą tych, którzy doświadczają świata i egzystencji mocno, czasami do bólu.

Nie ma jednej recepty na dobry wiersz. Dziś wiersze z poprzednich epok tchną często naiwnością. Wtedy były wysoką literaturą. Wiersze współczesne potrafią porazić eksploracją sfer brzydkich, brudnych, nadmiernie fizjologicznych. Bywa, że emanują wulgaryzmami. Wszystko jest dobrze, jeżeli po odczytaniu całego tekstu widać, że sięganie po te tematy i środki jest uzasadnione. A jeżeli nie jest? To cechy tła twórczego, o którym mówimy. Nie są to cechy prezentowanej dziś poezji. To, co słyszymy pełne jest refleksji, swobodnych myśli kogoś, kto porusza się między ludźmi i w przestrzeniach. Doznania prowokują do nazywania.

Podobno w krajach arabskich poeci czytają swoje utwory na stadionach, dla wielu tysięcy słuchaczy...

Siedzimy w Macondo i słuchamy poezji bardzo kameralnie. Może tak jest lepiej? Duża widownia wymaga od poety umiejętności parateatralnych. Tak myślę.

Kiedy dzień wszedł w noc za oknami lunął rzęsisty deszcz. Dokładamy nowe elementy do budowanej na ścianie instalacji. Goście galerii przylepiają na ścianie to, co mają w kieszeniach: bilety, monety, zapalniczkę, jakieś fiszki. Ja mam tylko napoczętą paczkę chusteczek higienicznych. Ktoś przylepił mały rewolwer, zabawkę. Dlaczego wypychał nim kieszeń?

Przedwiośnie uwalnia zapachy. W pierwszej kolejności to ziemia, wilgoć, stęchlizna. Niedługo pojawi się zapach zieleni i kwiatów. Zimny deszcz oznacza chłodną noc przed ciepłym dniem. Trudno w to uwierzyć.



niedziela, 13 marca 2016

Znaki minionej rzeczywistości


Zapisałem sobie w kalendarzu informację o nowej wystawie.  Piątkowy termin wernisażu odpowiadał mi, bo wieczór przed  weekendem pozwala nie myśleć o pracy  i  związanych  z nią obowiązkach. Poza tym to wystawa szczególna – wystawionymi obiektami będą znaki graficzne. Będąc już na miejscu ekspozycji, we wrocławskie Galerii Dizajn BWA, dowiaduję się, że zasadnicza część ekspozycji jest rekonstrukcją pierwszej wystawy znaków graficznych jaka miała miejsce w Warszawie w roku 1969.
Zaprezentowane znaki graficzne to zasadniczo to, co dziś określamy terminem logo. Ale nie tylko. Wśród zaprezentowanych znaków obejrzeć możemy te, które miały wartość bardzo użytkową, oznaczały typ paliwa na stacji benzynowej, wyjście ewakuacyjne, czy też pierwszą klasę towaru. Wiele znaków oznacza instytucje do dziś istniejące i funkcjonujące. Wśród znaków rozpoznawalnych zarówno przez starszych, jak  i młodszych widzów, znajdziemy Herbapol, Polmos, Amino. Rozpoznawalne są znaki instytucji, które do niedawna obecne były w naszej rzeczywistości, a dziś albo nie istnieją, albo zmieniły nazwę. Wśród nich CPN, Petrochemia, Unitra, Bank Pekao, Orbis. Sporą reprezentacje mają znaki znanych polskich wydawnictw, wśród nich: Nasza Księgarnia, Czytelnik, czy Wiedza Powszechna.


Im dłużej oglądam prezentowane znaki tym mocniej uświadamiam sobie jak wielką rolę przypisywano dobrym projektom. Miały one funkcję użytkową, ale powstawały dzięki kreacji podobnej do tej, którą postrzegamy w sztuce. Łączyły prostotę z wpisanym w kształt symbolem.
Sale galerii wypełnia tłum, głównie młodych ludzi, robi się tłoczno, ciasno. Wernisaż ma nadspodziewaną frekwencję. Jedna z gablot zawiera zestaw narzędzi warsztatowych grafika projektującego znaki. To narzędzie kreślarskie, cyrkle, linijki, krzywaki. Może to dziwnie brzmi, ale komputerów z programami graficznymi nikt sobie w czasach tamtych projektów nawet nie wyobrażał.


Oglądanie ekspozycji jest lekcją historii gospodarczej. Mam na myśli grafiki wyznaczające zespół zakładów przemysłowych, dziś już nie istniejących. Sporą grupę stanowią tu zakłady odzieżowe, producenci tkanin, przedsiębiorstwa z branży chemicznej. Nie tylko zakłady miały, używając współczesnego określenia, swoje logo. Znaki takie posiadały liczne instytuty badawcze, doświadczalne i wdrożeniowe. Ciekawe czy jakikolwiek z tych instytutów przetrwał do dziś?
W drugiej z sal galerii czeka mnie duża niespodzianka. Sala ta gromadzi znaki związane z Biurem Wystaw Artystycznych. Jest tam też gablota w wycinkami prasowymi i zdjęciami z imprezy, która odbywała się w tym miejscu u zarania galerii w jej  obecnym kształcie. Były to wydarzenie drugiej edycji Festiwalu Wizualnych Realizacji Okołomuzycznych WRO, czyli prezentacji wideoartu. Wśród zamieszczonych zdjęć znajduję moje własne, które robiłem dokumentując imprezę, pracując dla jednej z wrocławskich gazet. Obliczam kiedy to było. Wynik – dwadzieścia sześć lat temu. Mam pod powiekami te wydarzenie jakby miały miejsce wczoraj. Nad gablotą spotykam organizatorów wrocławskich prezentacji wideoartu: Violettę i Piotra Krajewskich oraz Zbigniewa Kupisza. Do dziś konsekwentnie kontynuują tę aktywność organizując Biennale WRO.

Na skutek bodźców wywołanych przez obiekty wystawy umysł mój powędrował w przeszłość. W takim też dość nostalgicznym nastroju opuszczam galerię.


niedziela, 6 marca 2016

W rytm Ślimaka


O pojawieniu się nowej galerii umiejscowionej na wrocławskim Nadodrzu wiedziałem od kilkunastu tygodni. Konieczne zajęcia, przeziębienie i wypadki losu nie pozwalały mi zajrzeć tam aż do pierwszego marcowego czwartku. Wiem, że każde nowe miejsce oferujące wydarzenia kulturalne walczy o publiczność. Na początku zazwyczaj nie jest łatwo. Galeria Ślimak, bo o nie piszę, musi zmierzyć się nie tylko z typowymi trudnościami startującej instytucji, ale w obecnej chwili także z populistyczną ofertą Europejskiej Stolicy Kultury. Dlaczego? Przykładowo w weekend otwarcie stolicy, konkurencja kuglarzy i żonglerów operujących rozpalonymi pochodniami na pobliskiej Wyspie Słodowej skutecznie odbierała publiczność.
Do Ślimaka zaproszony zostałem przez prowadzącą galerię Anetę Dotkę. Moją pierwszą wizytę poprzedziła korespondencja na komunikatorze internetowym. Kiedy po kilku tygodniach docieram po raz pierwszy na wystawę i koncert mam nieczyste sumienie. Zajęcia zarobkowe uniemożliwiły mi punktualność. Jestem więc spóźniony. Zbliżając się do galerii słyszę dźwięki muzyki. Na progu zaskoczenie. Wnętrze wypełnione jest ludźmi w pełni. Pozostaję na ulicy i początkowo słucham muzyki z zewnątrz. Kilkanaście minut później udaje mi się zająć miejsce tuż za progiem. Nie przeszkadza mi to, bo daję się porwać w trans dźwięków. Gra Przemysław Nicewicz. Jego muzyka kieruje uwagę ku sferom nie związanym z pogonią i pośpiechem. Po wielu godzinach i dniach spędzonych na czynnościach handlowych zaczynam odczuwać relaks w jego najlepszej postaci. Najlepszej, bo jest to relaks prowokowany sztuką.

Po koncercie aktywizuje się publiczność. Zgromadzeni korzystają z poczęstunku, rozmawiają. Dopiero teraz mogę przyjrzeć się pracom fotograficznym Ewy Grzeszczuk. Obrazom, których wernisaż poprzedził koncert. Cykl prac fotograficznych pt. „Moje Rdzawki” to duża niespodzianka. Nazwa Rdzawki odwołuje się do detali z otaczającej rzeczywistości, wykonanych z metalu, który ulega korozji. To takie przedmioty jak przykładowo dzwonek rowerowy, stara kanka na mleko, powierzchnia tarki kuchennej, czy jakiś dekielek. Czasami obraz odwołuje się nie tyle do konkretnej rdzy, co raczej do rdzawego koloru, na przykład jesiennych liści. Cykl fotografii jest mi bliski, ponieważ w mojej percepcji świata dużą rolę odgrywa szczegół wyabstrahowany z otaczającej rzeczywistości. W codziennym zabieganiu świat odbieramy wyłącznie w jego ogólnych widokach. Dostrzeżenie szczegółu wymaga ciszy, skupienia i koncentracji. Zrozumiała więc jest refleksja jakiej doznałem, kiedy uświadomiłem sobie, że z obrazów bije spokój.

Przerzucam uwagę na ludzi, wypełniających galerię. Zauważam, że jest tam sporo osób starszych. W świecie, w którym już osoby powyżej czterdziestki wypychane są poza margines interakcji społecznych to, co zastaję w galerii zaskakuje. Ale zaskakuje coś więcej. Zaskakuje to, że zebrani nie są bierni, rozmawiają, przemieszczają się, są nastawieni na kontakt z innymi. Kiedy obserwuję ludzi podchodzi do mnie Ewa z talerzem i prosi, abym się poczęstował. Na talerzu zardzewiałe nakrętki, śruby, jakieś kolanka i inne metalowe akcesoria. Iluzja jest pełna, bo to czym częstuje mnie artystka, to matowa czekolada. Jakby ruda od rdzy. Ruda jest też artystka, to znaczy ma ogniście rude włosy i czarny strój. To wyróżnia ją w otoczeniu. Rozmawiamy i bardzo szybko docieramy do takiego rodzaju komunikacji jakbyśmy znali się dużo wcześniej.
Później wchodzę w dialog ze starszym mężczyzną, odpowiadam na uwagi zaczepiających mnie kobiet, ze zdumieniem stwierdzam, że takiego nagromadzenia ekscentryków przypadających na jeden metr kwadratowy powierzchni nie spotkałem nigdy wcześniej. Coś mi to przypomina. Szukam w pamięci. Znajduję. Podobną atmosferę obserwowałem w świecie starego filmu Woody Allena. Scenerią też jest wernisaż. Miejscem była galeria na Manhattanie. Wystawa była pretekstem do spotkania nowojorskiej inteligencji. Każdy z przybyłych ma tu możliwość eksponowania swoich poglądów na życie, na ekspresję swojej wizji świata. Mam wrażenie, że podobnie jest dziś we Wrocławiu w Galerii Sztuki Ślimak. Konfiguracja rozmawiających zmienia się co chwila, rozmowy toczą się, jest rzeczywiście i realnie, a zarazem nierealnie. Wieczór zamienia się w noc. Ponieważ jest to czwartek, do początku weekendu brakuje jednego dnia, muszę podjąć decyzję o powrocie do domu.
Do galerii wróciłem następnego wieczoru. Miałem wrócić na chwilę, by przez moment uczestniczyć w koncercie Dr Grzecha, ale szybko zmieniłem plany. Plan pierwotny przewidywał wizytę w klubie Pieśniarze. Miałem tam zabrać Natalię, mieszkającą we Wrocławiu Czeszkę. Umówiliśmy się, że godzinę przed koncertem u Pieśniarzy wejdziemy na chwilę do Ślimaka. Weszliśmy... i pozostaliśmy tam. Pieśniarzy odwiedzimy kiedy indziej.

 Piątkowy wieczór był odmienny do tego czwartkowego. Bardzo kameralny. Na publiczność łącznie z nami składało się sześć osób. Powiedziałby ktoś, że to zbyt mało, żeby koncert mógł się odbyć. Wręcz przeciwnie. To, co miało miejsce tego wieczoru było szczególne zarówno dla publiczności, jak i samego artysty. Było to szczególne, bo odbywało się w aurze spontanicznej, bliskiej komunikacji. Dr Grzechu, czyli Grzegorz Dąbrowski, śpiewał pieśni o mądrych, refleksyjnych tekstach, utwory z gatunku poezji śpiewanej przekładał bluesami. Śpiewał bez nagłośnienia przy akompaniamencie akustycznej gitary. Był to umplugged, bo zazwyczaj muzyk śpiewa przy mikrofonie używając gitary elektrycznej. Jeden z tekstów przypomniał mi moją refleksję z poprzedniego dnia. Treść była o tym, że bardzo często aby zmienić coś w życiu myślimy sobie, że pora ruszać w świat. A świat jest tymczasem tu, gdzie aktualnie jesteśmy. Nowojorskie klimaty mogą zdarzyć się w galerii na parterze starej kamienicy na wrocławskim Nadodrzu. Wyjątkowy artysta może grać dla nas, kameralnie, jakby prywatnie. Poczucie rodzących się więzi jest niezwykłe.
Niezwykłości dostarczyło również to, że noszący to samo co ja nazwisko artysta jest w zasadzie prywatnie moim sąsiadem. Nasze ścieżki gdzieś tam się przecinały, ale dopiero dzięki Galerii Ślimak mogliśmy się zetknąć.
Kiedy Grzegorz grał i śpiewał za witryną przemieszczali się przechodnie, świeciły się okna w mieszkaniach kamienic po drugiej stronie ulicy. Ktoś tam kilka kondygnacji wyżej kończył tydzień i rozpoczynał weekend pijąc piwo, oglądając sport albo film akcji. My słuchaliśmy pieśni Grzecha trzymając w dłoniach czerwone wino. Być może ktoś z przechodniów patrząc przez witrynę zobaczył, że w środku dzieje się coś przyjemnego. Może nawet pomyślał czy nie popchnąć drzwi i nie wejść do środka, ale najprawdopodobniej zabrakło mu odwagi. Bo wejście w miejsca gdzie ludzie tworzą dobry klimat wymaga początkowo odwagi. Tak jakby obecni mieli coś przeciwko nowo przybyłym. Kiedy nie dajemy sobie tej odrobiny odwagi coś nas omija, coś przechodzi obok nas bez naszego udziału. Potem wypełnia nas żal do losu. Rzeczy niezwykłe wydarzają się na co dzień. Ale żebyśmy mogli w nich uczestniczyć musimy im pomóc. Po pierwsze musimy wyjść z domu, porzucić wszystkie ważne, jak nam się wydaje rzeczy, i wejść w nową przestrzeń, pośród innych ludzi.

Piątkowy wieczór w Ślimaku przynosi nowe niespodzianki. Ewa Grzeszczuk (podoba mi się ta fonetyczna zbieżność jej nazwiska z pseudonimem Dr Grzechu) nie tylko robi fascynujące zdjęcia, ale także śpiewa. Wcześniej śpiewała w chórze, potem na prośbę znajomej poetki, wspólnie z grupą muzyków, wyśpiewywała zaproponowane teksty. Teraz spontanicznie zaśpiewała do gitary Grzegorza. Najpierw ona podała mu linię melodyczną, a on ułożył do niej gitarę, a potem pomieszczenie wypełnił kobiecy śpiew i dźwięki strun.
Przemek Nicewicz, który wczoraj grał, a dziś był częścią publiczności opierał się przez długi czas propozycjom ponownego zagrania. Opierał się twardo, ale do czasu. Późnym wieczorem w duecie z Grzegorzem wykonują improwizowaną kompozycję. Napięcie w muzyce wznosi się i opada, przez chwilę muzyka jest tak lekka jak tło do jakiejś narracji. Jesteśmy świadkami gitarowego jam session.
Nie tylko muzyka istotna była tego wieczoru. Jest z nami Natalia, siłą rzeczy brniemy w zestawienia słów polskich i czeskich, śmiejemy się z tego jak Czesi nazywają muzyków punk rockowych i opowiadamy sobie o dolach i niedolach kulturowej wymiany. Chciałem powiedzieć transgranicznej, ale to złe słowo, bo dla nas nie ma granic.


Kiedy opuszczamy galerię miasto wchodzi w godziny środkowo nocne. Chłodny powiew zimowego jeszcze powietrza ciągnie po nogach. Wracamy do domu ciesząc się ze spotkania i z tego, że przed nami cały jeszcze weekend.


 Więcej fotografii - tu

 

wtorek, 19 stycznia 2016

Drepcząc po Europejskiej Stolicy Kultury



Jest piątkowe popołudnie zmierzam do Wrocławia. Spośród kilkudziesięciu wydarzeń Weekendu Otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury wybieram kilka. Po pierwsze kieruję swoje kroki do Biura Wystaw Artystycznych gdzie rozpoczyna się właśnie wernisaż wystawy baskijskiego rzeźbiarza Eduardo Chillidy. Wystawa montowana była już miesiąc wcześniej. Zauważyłem, że od kilku tygodni galeria BWA była nieczynna. Wywieszona informacja odsyłała widzów na wernisaż 15 stycznia. Dziś wnętrza wypełnione są ludźmi po brzegi. Nie sposób wejść do środka. Przez witrynę widzę, że przemawia właśnie prezydent miasta. Podobnie jak ja do wnętrza galerii nie dostało się kilka znanych osób, wśród nich Michał Nogaś z radiowej Trójki. Stoi obok, rozgląda się i w końcu rezygnuje z wejścia. Mnie udaje się przez chwilę słuchać wypowiedzi zaproszonych gości. Na samą wystawę przybywam następnego dnia. Bardzo podoba mi się sposób organizacji przestrzeni, gdzie zbudowano ciemne korytarze, prowadzące do eksponowanych prac. To przede wszystkim rzeźby z kamienia, alabastru i metalu. Formy abstrakcyjne, ale emanujące monumentalnością. Wystawie towarzyszy tło dźwiękowe zrealizowane przez Gorkę Aldę. Tytuł wystawy „Brzmienia” sygnalizuje, że zgodnie z założeniem zarówno twórcy, jak i organizatorów wystawy rzeźby mają korespondować z innymi środkami wyrazu. W sali nazwanej przez kuratora wystawy kaplicą umiejscowiono jedną z większych alabastrowych rzeźb. Muzyka ma sprzyjać wyciszeniu i kontemplacji. Faktycznie jest to przestrzeń wyrwana z rzeczywistości, kierująca umysł w miejsca wolne od pośpiechu.


Kiedy przemierzam wrocławski Rynek idąc w kierunku kolejnego miejsca weekendowych wydarzeń widzę rusztowania z reflektorami i projektorami wyświetlającymi na ścianach kamienic logo ESK. Atmosfery jakieś wyjątkowej fety nie ma. Może to z powodu chłodu. Jest w końcu środek stycznia. Gdzieniegdzie rozstawiono koksowniki buchające żywym płomieniem, przy których można się ogrzać. W różnych punktach centrum rozstawiono też info namioty. Fakt inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury mają sygnalizować dzięki muzyki wydobywającej się z tych namiotów. Zaproszeni muzycy grają na trąbkach, saksofonie, z jednego z namiotów wydobywa się pieśń intonowana przez sopranistkę. Śpiewania na kilkustopniowym mrozie nie zazdroszczę. Mijane rusztowania kojarzą mi się z wieżami oblężniczymi.


Docieram do Galerii Jadalnia będącej częścią pubu Nagi Kamerdyner. Tu rozpoczyna się wernisaż wystawy towarzyszącej wydarzeniom ESK. Wystawa to szczególna, bo eksponująca prace nie tyle uznanych gwiazd co raczej artystycznego narybku, studentów Akademii Sztuk Pięknych, którzy pod kierunkiem pedagoga Małgorzaty Kazimierczak starali się sprostać zadaniu wykonania autoportretu kreacyjnego, wewnętrznego i społecznego. W zależności od indywidualnej wrażliwości poszczególni twórcy różnie podchodzili do tego zadania dokonując rzeczywistych na sobie utrwalonych później w medium łączącym wszystkie prace, czyli w fotografii. W galerii-pubie panuje atmosfera klubu jazzowego. Wnętrze zachęca do spędzenia tu wieczoru. Nie pozostaję, zaplanowałem sobie bowiem jeszcze jeden wernisaż. W Zamku w Leśnicy otwierana jest wystawa prac Edwarda Dwurnika.


Kiedy przybywam wernisaż trwa, artysta rozdaje autografy, grupa zebranych krąży po galerii oglądając prace. Jak łatwo się zorientować są to obrazy, które powstały w przeciągu dłuższego okresu. Niektóre jeszcze w czasach sprzed transformacji ustrojowej, w komunistycznej rzeczywistości. Tematyka prac wskazuje zresztą na czas, bo to co oglądam jest rodzajem wyostrzonego obrazu rzeczywistości, często trochę karykaturalnego. Artysta koncentruje się na osobach, a właściwie na grupach społecznych, ukazuje ich status w świecie. W ten sposób oglądamy zwykłych mieszkańców miasta w sytuacjach zgromadzeń, przedstawicieli poszczególnych grup, żołnierza, listonosza, robotników. Prace Dwurnika wciągają widzą w swoją wewnętrzną narrację. Fakt układania postaci na powierzchni prac, które wyglądają jakby były multiplikowane sprawił, że motywy z obrazów Dwurnika trafiły jako ilustracje przedmiotów pamiątkowych lub tak zwanych gadżetów (np. kubki), stały się też obrazami do gier w puzzle. Tego typu rzeczy można kupić w ramach zorganizowanej w leśnickim zamku wystawy.


W sobotę idę na położoną w korycie Odry ląd, gdzie realizowany jest projekt pt. „Płonąca wyspa”. Na dwóch krańcach Wyspy Słodowej zbudowane są sceny, na których prezentowane są widowiska grup teatralnych. Ściślej grup akrobatyczno-teatralnych. Jest to układ scen i tańca w wykorzystaniem przeróżnych pochodni. Jest to żonglerka płonącymi żagwiami, wirowanie przeróżnych płonących obręczy, pejczy, ram. Na wyspę przybyła liczna widownia spragniona pokazów rodem z cyrku. Są też przebierańcy spacerujący na szczudłach. Teatru sensu stricte jest tu niewiele. Jest kolorowo, niecodziennie, widowisko mogłoby się podobać dzieciom, ale te które nie korzystają z ramion rodziców niewiele zobaczą, bo na płaskim terenie tłum pierwszych szeregów zasłania scenę. Część ludzi dla lepszego widoku wchodzi na niewielkie wzniesienie, ale zganiani są stamtąd okrzykami ochroniarzy. Tamci wołają aby nie deptać przykrytej cienką warstwą śniegu zieleni. W powietrzu wyczuwam jakiś absurd…


W niedzielę zaglądam do Muzeum Architektury na wystawę Made in Europe. To ekspozycja kilkuset modeli obiektów, które doczekały się swojej realizacji. Niektóre z nich, tak jak londyński biurowiec w kształcie cygara, znane ze zdjęć i filmów. Spacerowanie wyobraźnią po ścieżkach, tunelach i przestrzeniach modeli zawsze było dla mnie dużą przyjemnością. Obok wystawy projektów architektonicznych muzeum jest przestrzenią Międzynarodowego Triennale Rysunku. Eksponowane są przede wszystkim prace artystów polskich i japońskich. Niektóre odległe bardzo od tego, co w pierwszym skojarzeniu łączymy z terminem rysunek.
Zmierzam na Rynek gdzie ma mieć miejsce centralne wydarzenie inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury. Mijam plac Nowy Targ, na którym, jak program głosi znajdować się ma ekspozycja kultury smaków. Plac zajmują tzw. food trucki, czyli samochody gastronomi obwoźnej. Nie wiem jaka idea przyświecała organizatorom, bo nie widzę nic poza standardowym spożywczym targowiskiem. To drugie obok wyspy miejsce cieszące się sporym zainteresowaniem publiczności.


W kierunku Rynku zmierzają cztery pochody mieszkańców prowadzone przez Cztery Duchy Wrocławia: Ducha Wielu Wyznań, Ducha Innowacji, Ducha Odbudowy i Ducha Powodzi. Duchy te to metalowe instalacje umieszczone na ruchomych platformach. Próbuję zrozumieć ideę powołania się na te duchy. Duch powodzi, destrukcyjny w swej naturze nie łączy mi się z trzema pozostałymi. Widowisko finałowe okazuje się być przydługim i nużącym montowaniem wieży z wykorzystaniem czterech przywiezionych, czy przyciągniętych konstrukcji. Wszystko w asyście linoskoczków, kuglarzy i postaci na szczudłach. Znowu, podobnie jak na Wyspie Słodowej wyczuwam atmosferę karnawałowo-cyrkową. Całej ceremonii towarzyszy tekst narracji wypowiadany przez aktora, który siedzi w oknie jednej z kamienic. Postać ta widoczna z daleka kojarzy mi się z osobą Jokera z Batmana. Po każdej wypowiedzianej frazie młode dziewczyny stojące obok mnie pękają ze śmiechu. Nie czuję się tym ani zbulwersowany, ani zdziwiony. Tekst jest pompatyczny, napuszony, sztucznie patetyczny, pełen przedziwnych figur i wydumanych symboli. Jeżeli potraktować ten tekst jako literacki to jest to niestety literatura „gorszego sortu”. Całe widowisko kończy się wysypaniem przez trzy postacie (gołębie?) poruszające się na linkach nad placem ogromnej ilości białego pierza. Będę je starannie czyścił z płaszcza jeszcze rankiem następnego dnia.
Wracam z centrum przeświadczony o tym, że zgodnie z inauguracją w wydarzeniach Europejskiej Stolicy Kultury akcent położony zostanie na to co wizualne, ludyczne, cyrkowe. Pamiętam, że kilka miesięcy temu w atmosferze głosów krytykujących przygotowania do cyklu imprez usłyszałem jak ktoś powiedział: „Pochodzą trochę na szczudłach i jakoś to będzie”. Oby się te słowa nie sprawdziły.





wtorek, 12 stycznia 2016

Krakowskie chwile

Fot. Bożena Boba-Dyga

Chodząc po Krakowie słyszę, że romantyczna mgła zmiękczająca widok ulic to w rzeczywistości smog, czyli powietrze, którym niezbyt zdrowo jest oddychać. Pozostaję przy swojej wersji, że to magiczna scenografia labiryntu starego miasta. Przyjechałem rano na zaproszenie Bożeny Boby-Dygi. Weźmiemy wieczorem udział w 38 Poezjach i Herezjach, czyli wielkim zbiorowym czytaniu wierszy. To później. Teraz korzystamy z kilku godzin, które możemy poświęcić na szwendanie się po mieście. Bożena próbuje zrobić rzecz niemożliwą. Próbuje w ciągu kilku godzin opowiedzieć mi Kraków. Opowiedzieć mi swoje widzenie Krakowa. Ma do miasta stosunek emocjonalny i jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, fizyczny. Pracuje bowiem jako konserwator zabytków. Dotyka murów i zdobień, wiele obiektów ma odnowione jej ręką ornamenty. Można powiedzieć, że jestem szczęściarzem, bo oprowadzanie po mieście tego typu, subiektywne, jakby intymne jest czymś niezwykłym. Kiedy mnie wewnętrzne podwórko skojarzy się jedynie z rysunkami prof. Zina z programu telewizyjnego nadawanego w latach siedemdziesiątych ona, pokazując detale, opowiada mi historie o teatrze, który był i którego nie ma, o wystawie starych fotografii odzyskanych ze szklanych negatywów... Wystawie, która dała autorce zdjęć pośmiertną sławę. Mówi o zachowanej stylistyce miejsc. Mnie – gdybym sam spacerował po starówce nie przyszłoby do głowy aby zachodzić na ul. św. Jana do baru Rio. A jednak? Bar ten ma zachowany design z lat sześćdziesiątych. Charakterystyczny wystrój, kształty i linie, nawet wiatrak pod sufitem, obowiązkowe wyposażenie lokali gastronomicznych w tamtej dekadzie, poprzednik klimatyzacji. Zachowana stylistyka została lekko przekształcona, wiatrak w całości powleczony jest czarną farbą, podobnie rurki przebiegające między powierzchnią stołów a płytą obniżonego sufitu. Wrażenie zatrzymania w czasie jest silne. Lokal odwiedzają głównie ci, których młodość wypadła w tamtej odległej dekadzie. Jest to miejsce spotkań dzisiejszych seniorów.
Inne miejsce szczególne to znajdujący się na Rynku BAR zVIS, albo VIS-à-VIS jak można przeczytać na markizie. Tu też wystrój wnętrza nie zmienił się od co najmniej trzydziestu lat. Lokal znajdujący się po sąsiedzku z Piwnicą pod Baranami skupiał artystów. Do dziś przychodzą tu znani aktorzy, poeci, artyści estradowi. Zostaje mi przedstawiony barman-poeta Marek Wawrzyński. Zamawiam espresso, rozmawiamy. Snują się anegdoty o Bobsie (Adam Marczek), który nie pytany o zgodę odwiedzał lokale starówki i czytał swoje wiersze. O inicjatywie stałych bywalców wydawania zvisowej gazetki. - Tu przy tym blacie - Marek wychodzi przed bar – jeszcze kilka lat temu siadywała Szymborska. Naciąłem dyskretnie deskę, żeby zaznaczyć miejsce gdzie przebywała.
Przed witryną baru zamontowano rzeźbę siedzącego przy stoliczku Piotra Skrzyneckiego, jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci Krakowa. Dziś jest elementem atrakcji turystycznej. Takie mosiężne postacie znanych twórców i ludzi kultury umieszczono w większości polskich miast. Siedzą na ławeczkach, krzesłach, przy stoliczkach. Jest to jeden z elementów globalizacji gustów.
Kropi deszcz. Idziemy w kierunku Pałacu Sztuki. Secesyjny obiekt stanowi dziś galerię sztuki współczesnej. Oglądamy wystawę rysunków Mariana Siwka. To prace z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, mocno przerysowany, ponury w wyrazie obraz życia w tamtym systemie. Wśród prac zwraca uwagę seria poświęcona upamiętnieniu górników kopalni Wujek, którzy zginęli zastrzeleni w trakcie stanu wojennego.
W pozostałych salach ma miejsce wystawa zbiorowa prac osób związanych z krakowskim oddziałem Związku Polskich Artystów Plastyków. Ogromna różnorodność. Różne style. Wiele obrazów przykuwa moją uwagę. Wystawa ukazuje potencjał lokalnego środowiska artystycznego. Jeden dysonans. Sale Pałacu Sztuki nie są ogrzewane, bowiem administratora obiektu nie stać na to. Chłód jest mocno odczuwalny. Stare mury wzmacniają to wrażenie. Dla mnie chłód ten ma znaczenie symboliczne. Pokazuje jak bardzo w liberalnym świecie sztuka i kultura spychana jest na margines życia.
Po południu chodzimy jeszcze po krużgankach kościołów oo. Franciszkanów i Dominikanów. Tam oglądamy stare obrazy po konserwacji, wyeksponowane specjalnym oświetleniem. Do tego alabastrowe nagrobki i napisy w staropolszczyźnie. W moim mieście o skomplikowanej historii napisy są po łacinie albo po niemiecku. Dlatego chłonę teksty ze starych reliefów.
Potem przyszedł wieczór. W Klubie Kabaret mieszczącym się na Kazimierzu było czytanie poezji, byli znajomi, osoby z którymi widziałem się ostatnio bądź to w Chorzowie, bądź u mnie we Wrocławiu. I jeszcze koncert Debilio Kudenzo. Tu niespodzianka. Pseudonim artystyczny nie zachwycał. Image artysty ubranego w maskę z wielkim nosem i okularami, przystrojonego w kapelusz stożkowy, też kierował uwagę w kierunku jarmarcznych raczej rozrywek. Tymczasem usłyszeliśmy piosenki śpiewane mocnym głosem, o dużej skali, ładnej barwie. Dużo było w tej muzyce brzmień podobnych do szant. Teksty rozbawiające, będące mądrą satyrą obrazującą współczesny świat i styl życia.
Wracam z Krakowa z wiązką tomików poetyckich w plecaku i z płytami Bożeny, bo ona poza pisaniem wierszy, pracami przy konserwacji zabytków, a przez to również aktywnością plastyczną, zajmuje się jeszcze muzyką i śpiewaniem. Wydaje mi się to typowe dla tego miasta, że są tu artyści, którzy wykorzystują maksymalnie wszystkie środki wyrazu. Muzyka Bożeny pozwala mi trwać w wysokoartystycznych doznaniach jeszcze długo po powrocie. 

Debilio Kudenzo

sobota, 26 grudnia 2015

sZAFa na Święta



Udostępniony został właśnie nowy numer kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa. 
Tam kilka moich wierszy, felieton i teksty o książkach.

http://szafa.kwartalnik.eu/56/spis.html


POEZJA
Paweł Dąbrowski, Ewa Frączek, Sławomir Hornik, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Jakub Sajkowski, Marta Zelwan, Kinga Weronika de Walla
PROZA
Jacek Durski, Hanna Dikta, Karol Maliszewski, Mirosław G. Majewski, Rafał Różewicz, Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska
FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Dmitry Babenko, Dariusz Bareya, Svietlana Dzemidovich, Agnieszka Kutylak-Hapanowicz, Edyta Purzycka
sZAFa Presents
Leszek Jodliński - Mój Franz Pawlar. Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu. (i o tym jak książka powstała)
Maja Staśko - Pograniczenia epoki. Neo-barokowość/nie-barokowość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (II)
ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Paweł Dąbrowski - Czy utopia multi kulti?
Ewa Frączek - Sarmata nie musi być angielską królową, czyli bez przesady z tym savoir vivre
Magda Harmon - Śmierć czyli być jak neutrino
Leszek Jodliński - Nowojorskie pośladki dziewcząt
Wiola Maj - Redaktor, nie ghostwriter
Karol Maliszewski - Nie do śmiechu... Wokół kwestii humoru w poezji współczesnej
Ania Możdżeń-Brzozowska - O tym, jak kulturożerstwo uratuje kulturę
Kamila Wasilewska-Kaczmarczyk - (Nie)pamięć nasza powszechna
Maja Staśko - Narysuj mi baranka, czyli „to be”
TEATR, FILM
Natalia Kołaczek - Stockholm Stories: Sztokholmskie opowieści
Maja Staśko - Otua. Autoterapeutyczność a autotematyczność wokół Szklanych ust Lecha Majewskiego (II)
KRYTYKA LITERACKA-RECENZJE
Paweł Dąbrowski - W oczach dziecka. Bronka Nowicka Nakarmić kamień * Bodźce pamięci. Jerzy Jarniewicz Woda na Marsie * Raport z nie-tożsamości. Ewa Sonnenberg Obca * Trudne śląskie losy. Sabina Waszut Rozdroża, W obcym domu
Przemysław Górecki - Dojrzewanie, pragnienie, rozczarowanie – o Pierwszej krwi Ireny Krzywickiej
Leszek Jodliński - 1/8 czerni. Wystawa Archibalda Motleya
Klaudia Raczek - Michel Houellebecq Uległość
Teresa Radziewicz - Jak to przetłumaczyć? – Google Translator Jakub Sajkowski
Jakub Sajkowski - Mapy wnętrza gór, centra dowodzenia i konfitury na siedemsetletnią rocznicę. Przegląd debiutancki. Robert Feszak Wnętrza gór, Ewa Olejarz Milczenie placu zabaw
Beata Zdziarska - Zakurzony pisarz, czyli wspomnienie o Choromańskim
Marcin Włodarski - Ofiary i kaci w jednym głosie. Spalanie Grzegorz Kwiatkowski
ROZMOWY W SZAFIE
Cykl o życiu, sztuce i przyjaźni (I)
Małgorzata Południak rozmawia z Katarzyną Tchórz