poniedziałek, 30 grudnia 2013

Balast papierków

Okres świąteczny wywołuje we mnie uczucie spowolnienia zarówno aktywności fizycznej jak i psychicznej. Muszę, podobnie jak inni, poddać się pewnym powtarzającym się rok w rok procedurom związanym z celebrowaniem świąt, wizyt rodzinnych, rewizyt, wspólnych posiłków, schematycznych rozmów, uśmiechów, koniecznej serdeczności i tym podobnych czynności. Ponieważ nie potrafię już poddawać się kojącej magii grudniowych dni trwam w tym w czym muszę trwać, w stanie lekkiego napięcia. Dni pomiędzy Świętami a Sylwestrem witam w stanie lekkiego otumanienia i rozkojarzenia. Świadomość trudności powrotu do pożądanego toku myślowego, z odpowiednią porcją refleksji i skojarzeń odbieram jako poważną dolegliwość. Ponieważ w tym roku mam komfort pozostawania w domu aż do Nowego Roku szukam sobie mechanicznej czynności, która umożliwi mi zajęcie się czymś, co zaktywizuje mnie psychicznie dając równocześnie satysfakcję z załatwienia jakiegoś zadania, z którym zwlekać już nie mogłem. Ostatnie dni roku to dobry moment do ataku na piętrzące się papierki, notatki, fiszki. Ostatnie dni roku to dobry też moment na przegląd zawartości tego co w komputerze, na dyskach i innych nośnikach pamięci. Zaczyna się przegląd i selekcja. Ważne jest bezwzględne kasowanie i wyrzucanie do kosza wszystkiego tego, co tworzy niepotrzebny balast. Zrzucanie tego balastu to rodzaj wyzwolenia, wyzwolenia od rzeczy, które wydają się ważne, a ważne nie są. To możliwość wyboru tego co naprawdę istotne i wystrzelenie w niebyt tego, do czego nigdy już wracać nie będę. Każdy ma swój klucz do dokonywania takiej selekcji. Ważne jest aby grupa rzeczy istotnych nie była przypadkiem większa od górki śmieci. Jeżeli tak jest znaczy to tylko o oszukiwaniu samego siebie. Znaczy to, że pozostawiam rzeczy, które ktoś z moich znajomych określił kiedyś trafnie terminem „przydasiów”. Naturą „przydasiów” jest to, że nie przydają się już nigdy do niczego. Chyba, że zależałoby mi na budowaniu archiwum bardzo zasobnego bez względu na wagę treści.
Przeglądanie notatek, fiszek i dokumentów jest jak przeglądanie kończącego się kalendarza. Są tam ukryte aktywności ostatnich miesięcy. Minione wydarzenia wracają z całą swoją wyrazistością. Ta intelektualna inwentaryzacja wywołuje też często z niebytu to, co rok temu, kilka albo kilkanaście lat temu nie wpadło do kosza, czyli zyskało sobie etykietę nacechowaną jakąś wartością. Można w ten sposób dotrzeć do bardzo stanów i związanych z nimi utrwaleń tekstowych. Odnalazłem też bardzo stary album wizytówek. Kojarzę wszystkie zapisane tam osoby, ale mam wrażenia, że nikt z pośród nich nie pełni już określonej na kartoniku funkcji. Niektóre osoby odeszły na zawsze. Nie ma też wielu wymienionych na kartonikach instytucji. A wydawały się takie trwałe…
Przypadkiem znalazłem też kilka starych tekstów w wersach, pisanych kiedyś na kolanie, w biegu spraw. Jeden z nich przytoczę.

Kropla
kropla płynęła po szkle
wrony płakały
jednostajny głuchy szum
ludzkie łachmany
grudki brudnej ziemi
turlały się bezładnie
dom – sklep – pogrzeb
ojciec – szkoła – chleb
ślub – lekarz – pralka
dziecko – praca – …
… siedział skamieniały
pod oknem
za szybą kwitła róża
róża bez kolców


niedziela, 22 grudnia 2013

Prze...świętny czas

Kolejny Mikołaj zagaduje coś głupkowato, anielice starają się przyciągnąć uwagę mężczyzn cośkolwiek erotycznie. Ostry zapach grillowanego mięsa drażni powonienie, dym z koksowników łzawi oczy. Głos spikera relacjonuje trasę świątecznego korowodu przechadzającego się między straganami. Żeby pochód ten obejrzeć trzeba udać się czym prędzej w miejsce sugerowane w komunikacie. Czym prędzej, bo przecież za chwilę korowód ruszy w drogę do Betlejem… Słowo Betlejem wypowiadane jest ze specjalną intonację i naciskiem. „Ale bredzi” – myślę sobie. – „Ciekawe jak mocno trzeba nagrzać się grzańcem, aby tak bredzić przez wiele godzin”. Zazwyczaj zlecenie takiego nawijania przez głośniki przyjmował jakiś prezenter radiowy. Ciekawe na kogo w tym roku padło. Rynek i przyległości zastawione są straganami Jarmarku Bożonarodzeniowego, w północno-zachodniej części placu trwa montaż sceny, która wykorzystana zostanie w święta i z której pobiegnie pewnie później relacja „Sylwestra z Jedynką”. Jest różnojęzycznie i wielokulturowo, bo widzę również sporo grup z Azji. Koreańczyków? Japończyków? Chińczyków? Nie wiem. Nie rozróżniam. Dziwnym wydaje mi się to, że turyści z różnych stron Azji porozumiewają się między sobą po angielsku, bo języki rodzime mają tak różne jak wyglądem ludzie ci podobni są do siebie.
W całym roku istnieją takie okresy, w których trudniej jest o skupienie, trudniej o koncentrację i trudniej o proste bycie sobą. Czas grudniowych świąt, a zwłaszcza dni je poprzedzające do takich należą. Nie jest to czas na kontemplację tajemnic religijnych. Nie jest to też dobry czas do introspekcji i rozwoju osobistego. To czas wielkich żniw handlowych. Bronić się przed dyktatem zakupów jest niezwykle trudno. Sporym problemem są dla mnie przedświąteczne sprawunki w sklepach. Nerwowość z jaką inni napełniają sklepowe koszyki wszelkimi dobrami, tak jakby dobra te uzupełnić miały stan magazynów jakiegoś schronu atomowego, podświadomie udziela się. Wygląda na to, że nadchodzi czas dni, charakteryzujących się niezwykłym powiększeniem żołądków, objawiającym się uczuciem przykrego ssania.
Najchętniej zaszyłbym się gdzieś z boku i przeczekał. Zaliczam jednak jarmarczny wypad, bo młodsi tego potrzebują. Potrzebują tych „świątecznych” bodźców i wrażeń, bo – na swoje szczęście – nie patrzą jeszcze na świat tak krytycznie jak ja. Straganów w zasadzie nie oglądam, bo rok w rok jest tam dokładnie to samo. Potrawy i artykuły spożywcze z różnych zakątków kulturowych, wyroby rzemiosła. Dostrzegam malowane fajanse, góralskie skarpety, ludowe ozdoby, potrawy z mięs i ryb, a nawet żabie udka. Przez analizę tego co na straganach nie sposób ocenić właściwości kulturowe miejsca gdzie jestem. Bo właściwością mojego miasta jest to, że nie ma swojej kulturowej odrębności, bo… jak głosi lokalny slogan miasto to jest miejscem spotkań. Niegdysiejsza multikulturowość wynikająca z mieszania się tu wpływów polskich, czeskich i niemieckich charakteryzuje się dziś mieszaniem się wpływów wszelakich.
Są różne rodzaje tłumu i różne formy relacji, uczestnictwa w takim zbiorowym byciu. Bardzo cenię sobie uczestnictwo w zbiorowości, która skupia się, gęstnieje z powodu takich pobudek jak penetracje kulturowe z racji jakiegoś festiwalu, wystawy artystycznej, czy choćby nocy muzeów. Bycie w zbiorowości ogarniętej przedświąteczną manią handlową napędzić może co najwyżej poczucie wyobcowania. Wyobcowanie w tłumie bywa dotkliwsze niż takie, które wynika z realnej, fizycznej samotności.

sobota, 14 grudnia 2013

Miedziane klepsydry


miedziane pnie drzew
emanują bladym jesiennym słońcem
gołe konary jak pusta komora
klepsydry

w ciepłym salonie pośród aromatów kawy
przeżywam emocje
zakodowane w starej piosence

trzydzieści lat temu zazdrościłem śpiewającemu
dorosłości, dojrzałości i talentu
do wpisywania w muzykę wzruszeń
drgnień w duszach dorastających

dziś znowu słucham go i oglądam
ktoś wygrzebał film z lamusa
z ekranu monitora patrzą na mnie oczy
osadzone w gładkiej twarzy
dziecka prawie





piątek, 13 grudnia 2013

Ożywcze iskierki

Po kilku szarych, ciemnych i ostatnio mglistych dniach nadszedł mroźny poranek. Słyszałem nad ranem jak kierowcy skrzybali z mozołem szyby swoich samochodów.
(Zastanawiałem się dlaczego mi edytor słowo skrzybali podkreślił. Wyguglałem, że miałem na myśli „skrobali”, a „skrzybali” to taki regionalizm spod Kielc. No i kto mi to w mózg zaszczepił?)
Tak więc po porannych zmaganiach kierowców uciszyło się. Nastał klimat do zaglądania w laptopa i pracy. Szaleństwo końca roku. Bilanse, raporty, wyrabianie planów, próba cudownego uratowania deklarowanych obrotów, inwentaryzacje baz danych… ręce opadają. Co to za przedziwny nawyk dopasowania się do kalendarza, zamykania starego i otwierania nowego. Wszyscy na wyścigi coś liczą, coś zapisują, w księgi wkładają, zbierają kwity. Wszystko po to, żeby zdążyć przed upojną nocą sylwestrową, kiedy to spontanicznie cieszyć będziemy się z kolejnego krzyżyka – z tego, że nam się pesel trochę zestarzeje. W następne dni tradycyjnie wpadniemy w czarną dziurę z poczuciem dramatycznego spłukania. Trwożliwie rozglądając się na boki będziemy powoli ruszać, rozkręcać nasze działania, pobudzać aktywność. To gospodarcze rozbudzanie trwa zwykle miesiąc lub dwa.
Zauważam przez okno ostre promienie słońca i długie cienie układające się w ogrodzie. Równocześnie widzę, że gdzieniegdzie iskrzy się szron na trawie i roślinach. To przemijające zjawisko. Zniknie za chwilkę jak słońce przygrzeje. Moja kotka śpi spokojnie nad grzejnikiem na parapecie okna. Mam ochotę na kontakt z naturą, bo ostatnio dużo w pomieszczeniach przebywam. Wychodzę więc na zewnątrz.
Wchłaniam ostre, mroźne, ale suche powietrze. Takim powietrzem łatwo się oddycha. Pod butami trzeszczą resztki liści, których nie zdążyłem wygrabić przed deszczem. Spacer po ogrodzie rozluźnia umysł. Pojawia się dystans do wszystkich spraw rodzących napięcie.
Słońce świeci pod ostrym kątem. Wchłaniam energię do walki.





niedziela, 8 grudnia 2013

Każdego dnia

DO POETKI
bo nie ma nic poza samotnością
moją i twoją
poza wyczekiwaniem każdego dnia
poza ciągiem pojęć, obrazów i gestów
czasem przywołanych emocji przeszłych
odległych jak ferie szkolne w roku siedemdziesiątym szóstym
i nie ma nic poza głodem impulsów
do myślenia, pisania
- nowa rzeczywistość ciąży intensywnością
dziwne prawda – jak nierealna robi się powszedniość -
gdyby tak można było
łatwo uchylać drzwi to tego
co w zmyślaniu się chowa
każdego dnia zamierasz pod dyktatem homo economicus
każdego dnia nie pomnażasz dóbr
każdego dnia ratujesz coś przed zapadaniem we współczesność
zatrzymujesz słowami, przywołujesz zwrotami
urealniasz w wierszu
i nie ma nic poza samotnością
moją i twoją
… każdego dnia


piątek, 6 grudnia 2013

Pociąg do książek

Kilka popołudniowych godzin spędziłem dziś na wrocławskim Dworcu Głównym, ale nie dlatego, że czekałem na opóźniony pociąg. Odnowiony w zeszłym roku gmach stacji kolejowej stał się obiektem wielofunkcyjnym. Dziś galeria znajdująca się nad holem głównym, a także pomieszczenia do niej przylegające, zapełniły się stoiskami pełnymi książek. Rozpoczęły się Wrocławskie Targi Dobrych Książek. Dworzec zapełnił się więc nie tylko podróżnymi. Chociaż i podróżni stanowili niemałą grupę księgarskiej publiczności. Widok osób wędrujących od stoiska do stoiska, ciągnących za sobą walizeczką na kółkach nie był rzadkością. Targi to około 130 wystawców oraz zaprogramowane spotkania z autorami. Autorzy podpisują swoje książki na stoiskach wydawnictw, ale wypowiadają się też publicznie w ramach zaaranżowanych rozmów w specjalnie przygotowanych salach widowiskowych. Dziś dużym zainteresowaniem cieszyła się rozmowa Michała Nogasia z Olgą Tokarczuk na temat planów twórczych i autorefleksji pisarki po dwudziestu latach od jej pierwszej publikacji. Tokarczuk zapytana czy te dwadzieścia lat pracy literackiej zmieniły ją odpowiedziała, że tak – bardzo. Przede wszystkim dlatego, że dziś nie umie już nic innego. Kiedyś była psycholożką, dla której pisanie było tylko rodzajem hobby, dziś zdaje sobie sprawę, że tkwi w pewnym stałym torze działań, z którego co najwyżej mogłaby się wykoleić – jak zażartowała. Dalej rozmówca prowokował pisarkę do refleksji nad kondycją literatury, pojętej jako układany słowami świat zmyślony. Czy ma ona szansę w przeciwstawianiu się naporowi faktów? Czy można wymyślić coś oryginalniejszego, bardziej zaskakującego, niż to, co bardzo często samo życie dostarcza, a o czym informują reporterzy i dziennikarze? – Jesteśmy zasypywani ogromną ilością informacji o faktach, które nijak nie są ze sobą powiązane – odpowiedziała Tokarczuk. – Zadaniem pisarzy jest często ująć opisywane zdarzenia w zwarty system, logiczny świat, całość, która pociąga wewnętrznym uporządkowaniem.
Rozmowa z pisarką mogła być przyczynkiem do własnych przemyśleń. Czy potrzebujemy dobrej fabuły i sprawnych opowiadaczy? Czy można zrozumieć siebie i postępowanie innych dzięki literackim próbom interpretowania zachowań poprzez ukazywanie ich w pewnych całościach, którym wewnętrzny porządek i sens nadaje pisarz, wykorzystując w ten sposób swoje doświadczenie życia? Czy może potrzebujemy już tylko informacji o realnych wydarzeniach, o faktach? Czy potrzebujemy jeszcze budować swoje widzenie świata poprzez aktywny dialog czytelniczy z wizjami kolejnych twórców literackich? Czy fakty powinny być interpretowane i stawać się elementami do budowy nowych koncepcji procesów życia i porządku świata? Czy może powinniśmy przyjąć jako zasadę obiór faktów w ich pierwotnym nieoznaczeniu i nieuporządkowaniu, w ich naturalnej entropii? I wreszcie – czy przypadkiem nie jest tak, że fabuły dostarczane nam przez sprawnych opowiadaczy są niezbędną pożywką do procesów warunkujących utrzymanie integralności własnej osobowości?
Pomimo prognozowanej od lat śmierci literatury pięknej największą popularnością na wrocławskich targach cieszą się stoiska pełne książek zawierających wykreowane światy fikcyjne. Te dla dorosłych i te dla dzieci. Zauważyłem, że spory też był na targach obrót handlowy. Dzień przed szóstym grudnia z założenia jest dniem zakupów na mikołajkowe niespodzianki. Najwyraźniej książka w dalszym ciągu traktowana jest przez wiele osób jako dobry prezent. Jeszcze przez trzy dni można zapoznawać się z nowościami wydawniczymi i pozostałą ofertą wydawnictw. Wrócę tam jeszcze w sobotę.









Olga Tokarczuk i Michał Nogaś

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Dlaczego zima nie...

Z wiekiem narasta mój opór przeciwko zimie, przeciwko zimowym miesiącom, w których warunkiem egzystencji jest jakiś ciepły azyl. Mam świadomość tego, że najchłodniejsza pora roku dopiero się zaczyna i przede mną kilkanaście tygodni czegoś co odczuwam jako walkę o przetrwanie. Odbieram to jako rodzaj osobistej krzywdy. W ciepłe miesiące można zatracić się w swoim istnieniu, łagodnie balansować między obecnością lub nieobecnością w wartkim nurcie życia. Nawet jeżeli pozwolimy sobie odpaść od rzeczywistości to sama natura nie jest przeciwko nam. Możemy spędzić kilka godzin lub dni kontemplując zielony krajobraz, nowopoznany utwór muzyczny, tomik inspirującej poezji, pozwalając snuć się myślom, wspomnieniom, skojarzeniom, emocjom i już. W bardzo ciepłe dni można dawać się wchłaniać zewnętrznej przestrzeni, spędzać wiele godzin w plenerze. Mniej jest rzeczy, które burzą poczucie bezpieczeństwa. Nieprzychylnym może być labirynt, gąszcz, topiel życia społecznego. Ale w tej sferze nieustannie musimy umieć się znaleźć, ustawić, przeciwstawić… Rzadko kiedy mamy wolne. Tu powoduje nami większa wprawa, przyzwyczajenie, automatyzmy zachowań i reakcji. Sama natura nie wydaje się nastawać na nas.
Czemu więc świadomość nadejścia zimy odczuwam ostatnio jako coś złowrogiego? Nie zawsze tak było. Pamiętam zimowo-mroźne orzeźwienie. Pokusę zabaw na śniegu czy choćby zimowych spacerów. Pamiętam jak skrzypiał śnieg pod butami w dni mocniejszego mrozu i pamiętam charakterystyczny zapach mroźnego powietrza. Pamiętam ostre słońce w dni wyżu pogodowego i przejrzyste powietrze aż po horyzont. Na dobrą sprawę nic się tu nie zmieniło. Z pewnością i dziś takie dni dobrze by mnie nastrajały. Ale im starszy jestem tym bardziej odczuwam, że brak mi tej dziecięcej beztroski, która pozwalała marznąć na podwórku i grzać się później w ciepłym pomieszczeniu. Beztroska zwalnia od myślenia o konieczności dostarczania energii i liczenia wydatków z tym związanych. W zasadzie te konieczności energetyczne zimowej aury w ogóle kiedyś nie zajmowały najmniejszej nawet cząstki świadomości. Pamiętam oczywiście pewne wypadki, jak przykładowo zimę stulecia, której widomym objawem było zamrożenie i zerwanie taśm transportujących węgiel w elektrociepłowni w moim mieście. Poskutkowało to tym, że nagle w mieszkaniach kilkuset tysięcy osób wystygły grzejniki, parę godzin później zabrakło też prądu z powodu przeciążenia sieci na skutek uruchomienia przez mieszkańców elektrycznych piecyków, słoneczek, farelek. To było wydarzenie ekstremalne. Pamięć mam jednak selektywną, bo zapamiętałem tylko to, że zwolniono nas ze szkoły na kilka dni i dni te spędziłem na górce saneczkowej. W trakcie zabawy było raczej ciepło.
Pamiętam domy ogrzewane kaflowymi piecami węglowymi. W takim domu mieszkał mój dziadek, ulubiona ciocia, jacyś bliżsi lub dalsi krewni. To były takie zwykłe budynki wzniesione według technologii, które dziś określa się mianem nieoszczędnych. Dlatego były wygrzane. Czasami aż zbyt mocno. Przyjemnie było w tej ciepłej aurze spędzać czas w gronie innych, przyjemnie było w porze świątecznej oddawać się przyjemnemu lenistwu czy też poświęcać czas na czytanie książek. Późna jesień i zima zawsze była dobrym czasem na czytanie. Przyjemnie było przenosić się wyobraźnią w światy w lekturach zapisane wtedy, gdy mróz rzeźbił roślinne ornamenty na szybach.
Dziś coś się zmieniło. W pobliżu miejsca gdzie dziś żyję wybudowano osiedle termodomów. Termodomy to domy energooszczędne. Domy szczelne, w których ubytki ciepła są minimalne, domy, które nie wymagają dostarczenia hałdy węgla na zimę. To domy, które w ogóle nie wymagają węgla, bo ogrzewane są przez piece gazowe dzięki doprowadzeniu do nich gazowniczej instalacji. To domy ekologiczne, bo nie dymią, osiedle nie tonie w smogu. To domy, w których piece pracują impulsowo włączając ciepło kilka razy na dobę – na chwilę. To domy, w których termometry pokazują nieustannie tę samą zadaną temperaturę. To domy wreszcie, w których ciepło niby jest – tak pokazują pomiary, ale ciepło nie promieniuje tu tak jak ze starego pieca kaflowego. To takie ludzkie termosy podtrzymujące egzystencję. Podtrzymujące jedynie, bo trudniej w takiej atmosferze o dawkę dobrej, emanującej ciepłem energii, która uskrzydla, inspiruje, pomaga wzlatywać, unosić się, myśleć, pracować.
Podobno różne wersje technologii termodomów to konieczność, to nasza przyszłość. W poprzedniej epoce zbyt dużo energii ponoć marnowaliśmy, para szła w gwizdek, ciepło w kosmos. Można się oczywiście nie zgadzać na postęp technologiczny – jest wolność. Cenę tej wolności łatwo policzyć. W przestrzeni geograficznej, w której okres grzewczy trwa najczęściej osiem-dziewięć miesięcy, koszt zakupu opału zaczyna obejmować coraz większą część budżetu rocznego zwyczajnej rodziny. A trzeba przecież grzać żeby żyć, żeby móc pracować, myśleć, żeby coś tworzyć również.
Mamy z jednej strony rozbudowaną machinę nacisku na to, co energooszczędne, z drugiej strony czynniki nacisku w kierunku zniechęcenia do tradycyjnych nieoszczędnych systemów, na przykład poprzez podnoszenie kosztów tradycyjnego grzania. Ktoś mi wmawiał ostatnio z telewizyjnego okienka, że poziom oszczędności poczynionych dzięki wprowadzaniu energetycznych nowinek jest imponujący. Nie wiem komu to imponuje, bo nie wiem kto odcina kupony od tych oszczędności i w którą stronę płyną oszczędzone środki. Pewnie w żadną, bo przywołując znaną bankową reklamę „oszczędności to to, co masz na koncie”. W efekcie tych wszystkich zabiegów bogaci się bogacą, a biedni biednieją.

Patrzę i czytam, to co napisałem powyżej i odkrywam symptomy minorowego nastroju. Nie jest to jednak efekt jesiennej depresji. Jak każdy próbuję życie i to, co z nim związane jakoś rozumem objąć – łatwo nie jest. A zimy nie lubię z przyczyn ekonomicznych.

wtorek, 26 listopada 2013

Zimowe kapcie

Trochę się zapóźniłem w tym roku i dopiero pierwsze płatki śniegu zmusiły mnie do wizyty u wulkanizatora celem zmiany opon w samochodzie z letnich na zimowe. Przyszedł najwyższy czas wyposażenia samochodu w zimowe kapcie. Termin zimowe kapcie słyszałem wielokrotnie z ust różnych osób wokół mnie. Jest w takim określeniu coś miękkiego i ciepłego zupełnie wbrew wulkanizacyjnej rzeczywistości. Po pierwsze pora roku nieprzyjazna – zimno, ciemno z powodu szybko zapadającego zmroku, dodatkowo wilgotno, a przez to temperatura subiektywnie odczuwalna dużo niższa jest niż ta mierzona termometrem. Wielokrotnie przekonałem się, że bardziej się marznie w porze wilgotnego listopada niż później kiedy dosypie śniegu i złapie lekki przymrozek. Po drugie wreszcie zakłady wulkanizacyjne nie są z reguły miejscami ciepłymi i przytulnymi. Nie myślę oczywiście o wielkich serwisach oponiarskich wyglądających jak autoryzowane stacje obsługi topowych marek samochodów. Te serwisy to obszerne hale o wykafelkowanych podłogach i ścianach. Podatek od możliwości przejechania samochodem po glazurze widoczny jest oczywiście w cenniku usług. Tak, wiem, że zdjęte opony wkładane są tam do czegoś w rodzaju pralki celem ich odpiaszczenia i umycia. Zakłady wulkanizacyjne, z których korzystam to zazwyczaj kawałek zaadaptowanego baraku, czy większego garażu. Pomieszczenia sprawiają wrażenie wiaty raczej, bo zdjęcie kół z samochodu odbywa się na betonowym podjeździe, a tylko demontaż i montaż nowych opon bardziej w głębi. Wieje chłodem i trochę poraża brudem, bo to nieczysta praca. Podziwiam zawsze charaktery pracujących w zakładzie, ubranych wielowarstwowo mężczyzn. Mają zaczerwienione od chłodu twarze i trwale przybrudzone dłonie. Wiem na czym polega ich praca, bo zawsze wtedy gdy korzystam z samochodu wyposażonego w opony sezonowe na drugim niezależnym komplecie felg, to funduję sobie zazwyczaj samodzielną zmianę kół na własnym podwórku , z szarpaniem się celem poluzowania śrub, z podnoszeniem samochodu na lewarkach itd. Wiem jak pękać potrafi kręgosłup kiedy trzeba dźwignąć koło aby włożyć je na śruby wystające z tarcz i bębnów, zwłaszcza wówczas gdy koła mają nieco większe rozmiary.
Tak więc w zakładach, które odwiedzam pracują mężczyźni o mocnych kręgosłupach i silnych dłoniach, twardych charakterach i specyficznym lekko topornym poczuciu humoru. Te cechy dotyczą zazwyczaj całego zespołu pracowników. Bardziej delikatny chłopak, który chciałby się tu nająć celem dorobienia nie pasowałby do obrazka. Sam nie lubię być milczkiem - próbuję więc zagajać jakąś rozmowę. Żadnych intelektualnych wycieczek, żadnych subtelności. Trzeba zejść na określony poziom i odzywać się określonymi zwrotami, najlepiej krótkimi zdaniami lub pojedynczymi słowami. Bezpieczne jest mówienie o polityce – zwłaszcza źle, albo o ostatnim zakrapianym spotkaniu z kumplami.
Zauważam więc dużą opozycję między miękkością i rodzajem ciepła zawartego w określeniu zimowe kapcie a twardą rzeczywistością przestrzeni usług wulkanizacyjnych. Jest w tej przestrzeni jeden stały element odwołujący się do innych wyobrażeń i innego świata. Zauważyłem, że we wszystkich zakładach, w których byłem, znajduje się przypięty gdzieś na ścianie plakat ładnej dziewczyny w stroju toples, bogato obdarzonej w kobiece wypukłości. Albo plakat dziewczyny w stringach fotografowanej od tyłu, siedzącej na jakimś wspaniałym motorze i eksponującej czarująco wyglądającą w tej pozycji pupę. Zastanawiałem się czy patrząc na plakaty powinienem odczuć chłód wynikający z troski, że porozbierane dziewczyny przeziębią się w tym chłodnym klimacie, czy też wręcz przeciwnie odczuwać powinienem przypływ ciepła kontemplując niezwykłe kształty kobiecego ciała, urodę ich twarzy i magię ich spojrzeń. W każdym bądź razie, ci którzy tu pracują, w chwilach gdy wzrok i pada na plakat, rekompensują sobie najwyraźniej cały ten chłód, brud i trud miejsca pracy.

niedziela, 24 listopada 2013

Droga z dołka

(Blog Zwierciadła - 2013.11.21)
Myślę, że kilka co najmniej osób w blogowisku Zwierciadła zastanawia się nad naturą zjawiska depresji. Trochę oczywiście za sprawą Pana Tomasza. Ale trochę tylko, bo ten jesienny impuls mógł nadejść równie dobrze z innej strony. Też o tym myślę – to taki temat powracający co jakiś czas. Ci, którzy nie mieli nigdy melancholijnych epizodów patrzą na pewno na ludzi ogarniętych tą przypadłością jak na tych, którzy mają fochy. Patrząc z boku, widząc tylko zewnętrzne objawy przypadłości i nie mając żadnych własnych doświadczeń można tak myśleć. Trochę inaczej wygląda to kiedy czujemy ten stan od środka. Wówczas wiemy jak w subiektywnym odczuciu wielki to problem, jak w stanie tym zmienia się obraz świata, jak falują emocje, jak ucieleśniają się lęki.
Czy osoby w depresji można pocieszać?… Dlaczego nie? Dwie są formy podejścia do ubezwłasnowolnionych depresją. Jedni ośmieszają ich stan mówiąc o konieczności brania się w garść. Inni wyrażają empatię pokazując, że znają stan ostrych zjazdów psychicznych z autopsji. Paradoksalnie oba podejścia są dobre i wcale się nie wykluczają. Ci współodczuwający często pomagają wytrwać czas terapii gdy trzeba zaadoptować się do tabletek chemicznej litości i zdarza się, że początkowo jest gorzej niż lepiej. Ci ośmieszający przypominają o istniejącej w oddali twardej rzeczywistości, w której wszystko nie jest tak pogmatwane jak w depresyjnych lękach. Przypominają, że gdzieś tam równolegle znajduje się rzeczywistość, w której jeszcze przed chwilą byliśmy i do której mimo wszystko zamierzamy wrócić. Nawiasem mówiąc ci twardo stąpający mają w oczach pacjenta trochę inną wartość, bo nie należą do klubu.
W pułapce lęków, przerażenia, psychicznej śmierci wszystko co nas dotyczy wydaje się złe. Zło panuje nad człowiekiem jak wymierzona kara. Trudno znaleźć tu cel i sens. Może jednak są tu jakieś korzyści? Depresja przychodzi jak dezintegracja osobowości, jak rozwolnienie umysłowe i jak choroba emocji skazanych na dużą impulsywność. Towarzyszący jej relatywizm wiedzy i rozchwianie systemu wartości muszą objawiać się silnym lękiem. Skąd to rozchwianie? Czasami tłumaczy to się tak – to skłonność indywidualna objawiająca się dysharmonią płynów ustrojowych odpowiadających za funkcjonowanie neuroprzekaźników. To bardzo wygodna formuła, bo umożliwia zrzucenie całej odpowiedzialności na biologię. Czy jednak zawsze tak jest? Pewnie, że w mocnym epizodzie wariują neuroprzekaźniki i często zastosowanie środków farmakologicznych stymulujących ich funkcjonowanie jest koniecznością. Ale wychodząc z dołka uświadamiamy sobie często to, że przed depresyjnym zjazdem były momenty, w których wystąpiliśmy przeciw samemu sobie, przeciw innym, przeciw higienie psychicznej. Teraz układając świat na nowo, na nowo kształtujemy system wiedzy, relacje z innymi i hierarchię wartości. Czy ta nowa wiedza nie jest więc jakąś nabytą korzyścią. Zauważamy przykładowo, że do tej pory jechaliśmy przez życie z nogą mocno wciskającą gaz, a tu nagle jakaś siła, wydawałoby się zewnętrzna, zatrzymała nas, przystopowała brutalnie wprowadzając w stan depresyjnej destrukcji.
Może nie zauważyliśmy, że nie jesteśmy w stanie tak dalej, szybko, dynamicznie, często bezmyślnie, powierzchownie? Być może w sytuacji gdy nie potrafimy sami przystopować, to bywamy gwałtownie zatrzymani w jakimś punkcie niejako wbrew nam samym?
I jeszcze jedno – kiedy już umrzemy psychicznie kilka razy, kiedy już oswobodzimy się z ataków paniki i zaczniemy układać wszystko na nowo, kiedy już wszystko zaczęło się rządzić nową logiką zauważamy, że te trudne doświadczenia dają nam nowe impulsy inspirujące nas do jakiejś nowej aktywności. Powrót aktywności jest jak powrót zdrowia. Gwałtowny powrót do normalności, rzeczywistości, codzienności może wywołać pewną ambiwalencję odczuć. Z jednej strony czujemy niepokój przed powrotem ekstremalnie niżowych stanów, z drugiej strony świadomość tego, że dołki pozwoliły nam dotrzeć do jakiejś nowej prawdy o samym sobie może wywołać tęsknotę za lekką deprechą – bo okazała się dość kreatywna. Może wszystkie procesy twórcze zawierają w sobie element melancholii i tylko uwarunkowania osobiste powodują, że jedni przechodzą to łagodniej inni ekstremalnie cierpią? W ogóle chyba cechą wielu osobowości kreatywnych jest nieumiejętność nie rozpędzania się. Żyją, pracują, rozpędzają się, coś ich gwałtownie stopuje, przeżywają rozstrój nerwowy, sraczkę umysłową, rozpad hierarchii wartości, rozchwianie systemu wiedzy, depresję z objawami mocnego dyskomfortu psychicznego i fizycznego, agonię psychiczną, korzystają z pomocy psychiatry, później zbierają się do kupy, wraca im aktywność, mogą znowu żyć i pracować, mają nowe pomysły, wdrażają nowe projekty, zaczynają się na nowo rozpędzać… I tak w kółko. Jeżeli ktoś amplitudę tego zachowania ma bardzo dużą to dostaje łatkę, że odstaje od normy psychicznej i społecznej.

Arkadia

to jest kraina,
w której rośliny nigdy nie więdną
zawsze świeci słońce
zagubiona pośród falistego oceanu

intensywna zieleń życia
kontrastuje ze złocistym piaskiem plaż
zawsze pełne owoców drzewa
pod nimi odpoczywający ludzie
owoce spadają im wprost do ust

ludzie mają duże okrągłe oczy
wpatrzone nieruchomo w błękitną przestrzeń
ciała ich są napięte
spocone
paznokcie orzą
pobliską ziemię
wszyscy czekają na
Sen

Mimozy jesienne

(Blog Zwierciadła - 2013.11.19)
Pewnego dnia zauważył, że w codziennym pędzie zawodowym zaczyna wpadać w dziwny stan. Czuł się jak pędząca kula, która nie może zatrzymać się w miejscu, ponieważ siła bezwładu pcha ją dalej i dalej. Na oślep. Tak właśnie w niektórych momentach zachowywał się jego umysł. Skoncentrowany na jakimś przedmiocie analizy nie odrywał się już, nie przenosił na nowy przedmiot i trwał tak w jakimś mentalnym miejscu unieruchamiając procesy myślowe. Zauważył, że coraz więcej ma w pamięci takich pustych miejsc, gdzie powinny się znajdować wyrażone słowem znaczenia. Miejsca owszem są, słów brakuje. Nie mógł przypomnieć sobie imienia kolegi z rodzinnej miejscowości, nie udało mu się odtworzyć nazwiska reżysera ważnego filmu, oglądanego kilka tygodni temu w kinie. Czasami w trakcie rozmowy zacinał się nagle, bo wątek wywodu gdzieś mu umykał.
Prawdziwy niepokój poczuł wówczas gdy nagle serce zaczynało mu mocno łomotać pod żebrami, a dziwny szum wypełniał głowę. – Czy to zawał?! Zator?! – pytał. Na domiar wszystkiego czuł jakby głowa z unieruchomionymi oczami zsuwała mu się w dół, tak jakby winda zwoziła ją wzdłuż kręgosłupa w chwilach, gdy ciało wiotczało. Gwar rozmów ludzi obok przycichał, a obraz świata w oczach nabierał wydłużonej perspektywy. Rosło poczucie obcości w otoczeniu.
Kładąc się spać, zapadał gwałtownie w tępy sen, z którego przebudzał się w środku nocy po to, aby nasłuchiwać. Nasłuchiwać i myśleć. Myśleć i niepokoić się jakimś uciskiem krążącym w ciele i dającym o sobie znać co rusz to w nowym miejscu. Przy nawrocie arytmii serca zobaczył twarz swojej żony i przypomniał sobie o tym, że zapomniał niedawno o rocznicy ślubu. Zobaczył smutną twarzyczkę dziecka, które patrzy jak w wolny dla rodziny dzień ojciec wychodzi z domu, bo musi, bo takie ma zawodowe wyzwania, wymagające stałej aktywności. – Przyjemnej pracy! – wyszeptał synek.
Serce znów załomotało i ponownie ujrzał swoją żonę i dziecko, ale jego samego z nimi nie było. W ogóle nie było go już. – Wszystko spieprzyłem! – wyszeptał sam do siebie. Fala gorąca uderzyła mu do głowy i krople potu wyszły na czoło. Zawsze dotychczas mówił sobie, że to, czego nie robi odkłada tylko w czasie. Wszystko zrobi, wszystko naprawi. – Nie mam już czasu! Wszystko przepadło! – jęczał do siebie. Zwierzęcy strach paraliżował jego członki.
Mocne zdenerwowanie nie pozwalało mu usiedzieć w jednym miejscu. Nie pozwalało skupić uwagi na czymkolwiek. Nie poszedł do pracy. Kilka godzin spacerował po mieszkaniu chodząc z pokoju do pokoju, próbując wydeptać z siebie lęk. Odzywał się pojedynczymi słowami. Nie miał siły zatrzymać się aby rozmawiać. Rozmowa wydawała się ponad siły. Na szczęście nikt nie zmuszał go do gadania. W pewnym momencie włączył radio, aby zlikwidować ciężką ciszę. Dźwięki najspokojniejszej muzyki wydawały się męczącym hałasem, który rozbiegane myśli jeszcze bardziej rozpędza. Wszedł do pomieszczenia, w którym włączony był telewizor. Usiadł przed nim i patrzył tępo. Na ekranie grupa ludzi uczestniczyła w teleturnieju. Odpowiadali na pytania i wyznaczali następną osobę rzucając w jej kierunku piłką. W pewnym momencie widział już tylko mechaniczny ruch piłki między ludzkimi pionkami. Ruch sugerował jakąś przestrzeń kosmiczną. Przestrzeń bezmyślną, mechaniczną, automatyczną, bez Boga, bez istnień. Poczuł wzbierające w nim poczucie pustki w tej kosmicznej przestrzeni. Zapadł się w siebie. Lęk znowu paraliżował całe jego ciało.
Przekonany o poważnej, wrogiej, podstępnej chorobie poszedł następnego dnia do lekarza. Poszedł, podreptał , doczołgał się w zasadzie prosząc o pomoc. Lekarz potraktował go poważnie. Korzystając z miejscowego laboratorium zrobiono mu najważniejsze badania, ekg, nawet usg serca. Siedział teraz przed doktorem, który oglądał jego wyniki. – To tylko depresja – usłyszał. – Wszystkie wyniki są prawidłowe – stwierdził lekarz. Wypisał recepty na środki nasenne i tabletki przeciwdziałające melancholii. Zalecił odpoczynek i unikanie stresów.
Wiadomość o tym, że to nic śmiertelnego przyniosła chwilowe uspokojenie. Postanowił skorzystać z porady i zastosować leki. Wyobraził sobie szybką poprawę. Zdumiało go i przeraziło gwałtowne pogorszenie samopoczucia po zastosowaniu antydepresantów. Napady panicznego lęku, uderzenia gorąca, oczy w słup. Najbardziej bał się poranków. Sygnałem pobudki było kolejne uderzenia lęku w świadomość. Uderzenie wciskające głowę głęboko pod kołdrę. W pewnym momencie uświadomił sobie sprzeczne myśli. Z jednej strony miotał nim lęk przed śmiercią, z drugiej często myślał o tym, że gdyby umarł przestałby cierpieć.
Tak minął tydzień i połowa następnego. Z dnia na dzień zaczął pomału odzywać się do bliskich, rozmawiać z odwiedzającymi go przyjaciółmi. Zauważył, że rozmowy rozpraszają go. Lęki wracały w chwilach ciszy, samotności i milczenia. Coraz więcej było rozmów, coraz mniej milczenia. Któregoś ranka, miał niejasne przeczucie, że śnił o czymś przyjemnym, marzył o czymś, coś nawet planował. Przyszedł taki jesienny poranek, w którym poranne niebo nie było zasnute chmurami. Promyk słońca wpadał przez szybę do pokoju. Otworzył oczy, czuł, że się wyspał, że ciało ma luźne i wiotkie, ale nie bezwładne. Zobaczył synka bawiącego się klockami obok łóżka. Myślał o bliskich, obrazy z przeszłości nie budziły przerażenia – przeciwnie inspirowały w nieokreślony sposób do jakiegoś działania. Nie czuł lęku. – Chemia zadziałała! – pomyślał nieśmiało.

Kopczyk słów

(Blog Zwierciadła - 2013.11.16)

Policzyłem sobie, że od czasu gdy ostatni raz coś zapisałem na tym blogu, zdążyło narosnąć około dwadzieścia pięć stron wpisów. Słowa przesypują się jak w klepsydrze i rośnie z nich kopczyk. Specyficzny rodzaj czasomierza. Pełen refleksji, wspomnień, uwag… Mam za sobą czas, który nie owocował w myśl, która w tekst się układa. Lato zamieniło się szybko w jesień, a ta pomknęła w kierunku długich i ciemnych wieczorów, drzew bez liści i porannych chłodów.
Ta najciemniejsza pora roku obfituje w zupełnie inne wrażenia. Spacerując wieczorami po swoim mieście widzę, że jest wyludnione. Wrocław tłoczny latem teraz często zadziwia pustawym centrum. Sporo lokali opustoszało, wiele zamknięto… To nie tylko efekt jesieni. Zabudowania wyglądają dość mrocznie, przyciężko. Powietrze wilgotne i zimne nie sprzyja długiemu błądzeniu w sieci uliczek. Nadzieję budzą wnętrza oświetlone ciepłym światłem. Mimo wszystko chodzę, wędruję, zaglądam w ulubione kąty, podnoszę głowę, aby zobaczyć szczyty dachów, zaglądam w okna. Przypominam sobie jak wyglądały te miejsca niegdyś, w letniej aurze, w śnieżnej aurze, w odległych latach. To nie prawda, że listopad to najbrzydszy miesiąc w roku. Może to miesiąc najbardziej niesamowity. Miesiąc zwrotu do wewnątrz, miesiąc introspekcji, dumania. Idę dalej, oglądam, notuję w głowie.


ciekawość sprowadziła mnie
na schody wewnątrz stuletniej kamienicy
słyszałem szmer ich rozmów i muzykę
z patefonu
w szczelinie uchylonych drzwi ujrzałem
kapelusz cloche i cygaretkę
długą, czarną na dębowej komodzie
śpiew kantora wdarł się
z nieszczelnego okna od podwórka
obok na stole zapłonęły świece
sylwetki postaci wypełniły przestrzeń
przed budynkiem oficyny – synagogą pod bocianem
kilkadziesiąt lat temu zaczynał się szabas
i nie ma ich dziś
chociaż ich słyszę i czuję
w tych murach gęstych od cieni

DUALITY

(Blog Zwierciadła - 2013.08.30)

Wśród wybranych utworów muzycznych, przy których dobrze mi się myśli, ten album jest zapisany bardzo wysoko. Poniższy kawałek jest moim ulubionym – ma kompozycję o narastającym napięciu. Jest na youtube wersja z teledyskiem, ale po co zdjęcia… obrazy same powstają… w głowie. Cały album warty słuchania.


http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=5ZlLbvhoe0k

Czytanie "Pasji..."

(Blog Zwierciadła - 2013.08.21)
To, co piszę miało być początkowo komentarzem jedynie do tekstu Anny Janko „Kolorowo, kolejowo…”. Niestety tekst napęczniał w słowa i dlatego też wrzucam go jako osobny post.
Skorzystałem z podanego linku do programu z anteny TVP Katowice i obejrzałem wskazaną audycję – poświęconą głównie refleksji i rozmowom nad lekturą książki „Pasja według św. Hanki”. Dostrzegłem tu stare przeświadczenie o tym, że książkę trzeba omówić. Nie wystarczy tylko przeczytanie jej. „Pasja…” wyraźnie skłania do rozmów. Przyjemne jest oglądanie grupy ludzi rozmawiających o literaturze, bo ostatnio zjawisko takiej wymiany refleksji jest jakby w odwrocie. Nie stymuluje go publicystyka kulturalna obecna w mediach popularnych. Nie wiem czy do rozmawiania o doświadczeniach czytelniczych stymuluje współczesna szkoła. Nie są dla mnie miernikiem zachowania moich dzieci, bo nie wiem w jakim stopniu potrzebę takich rozmów wyniosły ze szkoły, a jakim stopniu z domu. Z tym większym zainteresowaniem obejrzałem katowicki program.
Na pewno chęć rozmawiania wynika częściowo ze wspomnianego w audycji mieszania sfer przeciwstawnych – świętości i grzeszności, sacrum i profanum, wzniosłości i zwykłości. Do refleksji prowokuje fakt łamania przez bohaterkę utrwalonych sztywno zasad stosowności obyczajowej, wzorców prawego męża i żony, ojca i matki. Nazywanie stanów odwołujących się do zmysłowej strony miłości może być odczytane jako próba zainteresowania czytelnika postacią poprzez odwoływanie się do tego, co cały czas w wielu kręgach uważane jest za bulwersujące i skandalizujące. Myślę, że wielu czytelników przyciągnie opowieść o tym, co odbierane jest jako niezwykłe w przeciwstawieniu doświadczanej monotonii codzienności. Powieściowa Hanka jawi się jako postać, którą charakteryzuje intensywność przeżyć sięgających do sfer, które poprzez subiektywne odczuwanie miłości sugerują odwołanie się do czegoś nieziemskiego, do jakiejś czystej duchowej komunikacji. O życiu bohaterki możemy powiedzieć , że jest bardzo emocjonalne, trudne, pogmatwane, stresujące, euforyzujące, przewrotne, zmysłowe, nieobyczajne, naznaczone introspekcją i chroniczną autoanalizą. Na pewno nie powiemy, że życie jej jest nudne, monotonne. Te określenia jakoś nie pasują. Tak kształtowana bohaterka może więc być postacią interesującą w oczach czytelników. Interesującą , bo pokazującą to na czym nam zbywa? Stawiam w ostatniej kwestii pytanie, a nie tezę, bo rzecz nie jest tak prosta. Czy nas nie dotyczą podobne przeżycia i podobne emocje?
Mnie w lekturze „Pasji…” ujęła właściwość włączania czytelnika w proces przeżyć, doświadczeń i decyzji bohaterki. Nieświadomie w trakcie lektury zaczynamy odnosić jej stan do swoich stanów, jej emocje do własnych emocji, jej trudności decyzyjne do trudności własnych… Odkrywamy, że tytułowa Hanka ma odwagę nazwać po imieniu wiele zjawisk życia, o których my często boimy się pomyśleć. Pojawia się w trakcie lektury wrażenie charakterystycznego dialogu prowadzonego z literacką postacią. W trakcie czytania pojawia się dwugłos. Zarejestrowanemu w tekście monologowi bohaterki zaczyna towarzyszyć nasz własny monolog, odwołujący się do własnych doświadczeń i doznawanych emocji przywołanych w kontekście tego, co wynika z lektury. Ten własny monolog ma właściwość przybierania na intensywności. Nie pamiętam, żebym czytał coś ostatnio co prowokowałoby podobne zjawisko równie silnie. O czym więc może świadczyć zawarta w telewizyjnym programie informacja, że spora grupa czytelniczek (czasami pewnie czytelników), odnajduje w postaci Hanki samą siebie? Udało się najwyraźniej w powieściowej postaci ukazać i nazwać przeżycia i rozterki będące udziałem wielu. Udało się dużo więcej, bo nie tylko nazwać pewne stany, ale zapisać cały rozedrgany proces wyborów życiowych bohaterki. Paradoksalnie niezwykłość ukazanej postaci może mieć korzenie w tym co powszechne i codzienne. Dlaczego więc niezwykłe? Dlatego, że w świecie rzeczywistym tego typu emocje i przeżycia są najczęściej chowane, skrywane przed światłem dziennym. Nie mówi się o tym i stara się unikać myślenia na te tematy. Wiele osób, podobnie jak bohaterkę, ogarnia strach przed tym, że myśląc dojdą do przekonania czego chcą i do czego dążą i uświadomią sobie, że tkwi to w sprzeczności z wpojonymi normami. Miłosna fascynacja jest tu kłopotliwym prezentem. Cała analiza mająca odpowiedzieć na pytanie czy żyję wbrew sobie i w jakimś względem siebie zakłamaniu dziś, czy będę tak żyć jutro jak dokonam zmian jest trudna do udźwignięcia. Brak analizy i decyzji doprowadza do „życia w rozkroku”, co na pewnym etapie było udziałem Hanki. Jestem więc przekonany, że dla wielu czytelników lektura „Pasji…” może być doświadczeniem katharsis. Wrażenie rozładowania nagromadzonych i stłumionych emocji jest częstym pewnie doświadczeniem w trakcie lektury. Ważne jest to, że bohaterka prowadząc swój monolog mówi do nas językiem komunikatywnym, zrozumiałym, prostym, ale nie prostackim. Odpowiednim rzeczom nadaje słowa. Mówi językiem, którego jeszcze jedną właściwością jest obecny w narracji żywioł poetycki. To powieść, w której duża dawka poezji tak jakby boczną furtką dociera do umysłów czytających. Mamy więc tekst wielowarstwowy i wielowymiarowy. Powieść dla czytelnika bardziej wybrednego i publiczności bardziej masowej.
Patrząc w kontekście nominacji zastanowić się można co z właściwości „Pasji według św. Hanki” weźmie pod uwagę jury nagrody Nike. (?) Trudno to określić. Patrząc na wyróżnione teksty lat ubiegłych nie da się ustalić jednoznacznych kryteriów jakimi kierują się oceniający. Trzymam kciuki.

Wojna światów

(Blog Zwierciadła - 2013.08.11) 
Wojna żywiołów rozpoczęła się krótko przed północą i trwała całą noc. Zapowiedzią wydarzeń była niezwykła parność sierpniowego dnia i bardzo wysoka temperatura powietrza. Wiedział, że byłoby trudno przetrwać ten atak dusznego upału gdyby nie pracująca pełną mocą klimatyzacja w domu i gdyby nie kąpiel w przydomowym basenie. Wybudował go kilkanaście tygodni temu wiosną, jako ukoronowanie inwestycji restauracji starego pałacyku. Wcześniej funkcjonował tu dom dziecka. Placówka była na tyle duża, że posiadała własny oddział szkolny. Do dyspozycji dzieci był jeszcze kilkunastohektarowy park okalający z boków i od tyłu pałacyk. Wszystko działało dopóki rzutki dyrektor był w stanie wyprosić pieniądze na eksploatację, niezbędne remonty i funkcjonowanie placówki. Później tak nieruchomość, jak i park uległ dewastacji. Dom dziecka zamknięto, podopiecznych rozparcelowano po innych mniejszych ośrodkach. Przez dziesięć lat, zanim obiekt wystawiono na sprzedaż, pałac zamienił się w ruinę, park obrosły chaszcze. Kupił to wszystko, bo pokusa była wielka. Zawsze marzył o takiej posesji dla swojej rodziny. Rok trwający remont przywrócił budynek do dawnej świetności, przejrzał też park. Założyciele ponad sto lat temu nasadzili tam kilkadziesiąt gatunków drzew i krzewów. Dziś całość otoczył nowy metalowy parkan. Dla wygody swojej i rodziny zainstalował wszystkie możliwe systemy inteligentnego budynku, inteligentnej posesji. Niedawno potrójnie filtrowana ozonowana woda wypełniła basen. Całe szczęście, bo dziś cały dzień mógł spędzić z dziećmi w wodzie chroniąc się przed upałem. Basen zwiększył intensywność poczucia wakacyjnego czasu.
Pod wieczór na wypalane słońcem trawy nasunął się cień. Ciemniało szybko, aż do zapadnięcia zmroku. Późnym wieczorem szum gałęzi dał znać o wzmagającym się wietrze. Pierwsze błyski rozświetliły niebo w momencie gdy dzieci już spały. Coraz mocniej i częściej przestrzeń przeszywał dźwięk piorunów. Burza dotarła w godzinę i zatrzymała się nad głową. Grzmoty następowały prawie dokładnie w tym samym momencie, w którym pojawiał się błysk przecinający niebo zygzakiem i rozświetlający otoczenie tak, jakby na chwilę wrócił dzień. Nagle zgasło światło. Wyłączyły się wszystkie urządzenia. Ciemno zrobiło się także w obiektach osiedla sąsiadującego z posesją. Trzy minuty później światło wróciło, dzięki agregatom prądotwórczym, które właśnie włączyły się. Zostawił boczne światło w salonie i z niepokojem patrzył na taras. Dziwna to była burza, bo nie towarzyszył jej deszcz, a jedynie silny wiatr. Bał się, że obserwowane nad głową wyładowania mogą zaznaczyć się gdzieś na dole. Pioruny mogłyby uderzyć w dom lub w pobliskie drzewa. Siła wyładowań, błyski im towarzyszące i grzmoty tworzyły atmosferę przebywania obok linii frontu w okopach wojennych. Pamiętał film, w którym akcja toczyła się we frotowym dowództwie, a błyski i odgłosy stanowiące tło tego co ukazane były bardzo podobne. Burza stała w miejscu jak działa nieprzyjaciela. Tak było do wczesnych godzin rannych. Dopiero o piątej przyszedł krótkotrwały silny deszcz, w zasadzie ściana deszczu, który w parę chwili zalał wszystko wokół. Prądu z elektrowni nie było nadal. Co gorsza po sześciu godzinach agregaty zakończyły pracę z powodu braku ropy. Dlaczego założył, że jakakolwiek możliwa awaria będzie krótsza? Brak energii niepokoił go. Rankiem próbował wyjechać z posesji, ale drogę tarasowała mu otwierana na pilota brama. Musiał pojechać do bocznego wyjścia, obok wartowni ochroniarzy. Ochroniarzy nie zastał, bo z powodu wyłączenia systemu monitorującego obiekt udali się na fizyczną inspekcję. Czekał, aż wrócą żeby otworzyć wyjazd. Kamery ważne są ze względu na otoczenie. Po sąsiedzku w kilkunastu, wielorodzinnych zazwyczaj domach, żyją ludzie wyglądający brzydko i biednie. Nieład charakteryzuje otoczenie domów. Widać tam wiele przedmiotów, czasami jakiś starych maszyn, czy elementów samochodów, które gromadziły się tam kilkadziesiąt lat. Bałagan narastał i dziś jest to zbiorowisku rzeczy różnych, będących świadectwem kultury materialnej minionej epoki. Obok budynku po drugiej stronie ulicy, na przeciw bramy wyjazdowej zobaczył starszego mężczyznę, który stał, opierał się na lasce i wpatrywał się mu wnikliwie. Ten wzrok drażnił go. Nie utrzymywał kontaktów z sąsiadami i raczej obawiał się ich. Wiedział, że wielu z nich boryka się z bezrobociem. – Na pewno żyją z tego, co ukradną – myślał. Z placu po drugiej stronie ulicy wyjechał samochód. Podobnie inne auto ruszyło spod kolejnego budynku. Oba samochody zniknęły w dole ulicy. On tymczasem stał uwięziony za zamkniętą bramą, znosząc wzrok starego mężczyzny. A czas naglił. Chciał pojechać do zakładu energetycznego, aby wymóc szybsze włączenie energii. W wewnętrznym układzie domu pozostały resztki energii w akumulatorach systemu monitorowania i podtrzymania życia. Trzeba pojechać i sprawić, aby normalność wróciła. Nie można przecież ryzykować życia i zdrowia najbliższych.

Powroty

(Blog Zwierciadła - 2013.07.28)
Po czasie górskich wędrówek nastał czas powrotu. Czy może nawet powrotów, bo wraca się nie tylko fizycznie do miejsca stałego zamieszkania, ale również psychicznie do różnych wątków porzuconych wcześniej na rzecz kontemplowania natury, krajobrazów, wakacyjnej siesty. Często wraca się też nieuchronnie do rzeczy, które samoczynnie się narzucają na skutek rozmaitych skojarzeń, czy innych pretekstów. I nie ma przed tym ucieczki.
Opuszczamy Zakopane kierując się na Czarny Dunajec, żeby choć w części ominąć zakorkowaną Zakopiankę. Na trasie Chochołów. Wygląda jak jeden wielki skansen, chociaż skansenem nie jest. Tradycyjne góralskie drewniane budynki. Tu w bardzo ciasnej zabudowie. Ta niezwykle ciasna zabudowa odróżnia miejscowość od innych wokół. Podobno zdarza się, że zagraniczni przybysze przekonani są, że mają do czynienia z prawdziwym skansenem, w którym wszystko odgrywane jest dla potrzeb atrakcji turystycznej. Potrafią wparować w środek rodzinnego obiadu i fotografować siedzących przy stole. Chochołowianie burzą się ponoć i mówią, że niebawem zaczną wyburzać to, co jest i budować nowe według współczesnych nie rzucających się w oczy standardów.
Przy kamiennym kościółku zbudowanym w stylu neogotyckim plansza z historią nieudanego powstania Chochołowian przeciwko zaborcom. Władze austriackie wykorzystały sprytnie animozje będące pomiędzy mieszkańcami okolicznych miejscowości. Rozpuszczono wśród ludności wieść, że Chochołowianie idą na nich po to, aby ich ograbić. W ten sposób powstanie stłumione zostało rękami mieszkańców Czarnego Dunajca. Kościół, który powstał później został na pamiątkę tego wydarzenia tak ustawiony do stron świata, aby Święty w środku stał tyłem do Dunajca wyrażając tym swoją dezaprobatę dla postępku jego ludności.
W czasie gdy my oglądamy kościół drogą przejeżdżają na sygnale dwaj policjanci na motocyklach i jeden radiowóz. W ślad za nimi jedzie trójka kolarzy. Jadą od strony Słowacji. Trafiliśmy na jakiś lokalny wyścig, bo ten najbardziej znany rusza tego samego dnia, ale „z ziemi włoskiej do Polski”, czyli w nieco innej okolicy. Po chwili przez Chochołów przejeżdża większa grupa kolarzy i samochody obsługi. Później jeszcze kilku. Wydaje się, że przejechali wszyscy. Jedziemy i my. Kilometr dalej na rogatkach wsi patrol policyjny zmusza nas do skręcenia w prawo. Zostałem potraktowany jak obsługa wyścigu. Jest tak jak z włączeniem się w kolumnę transportu wojskowego w trakcie wojny, gdzie o kierunkach ruchu wszystkich pojazdów nie decydują już kierowcy tylko obsługa transportu. Czuję się ubezwłasnowolniony. Wcale nie jest łatwo wyrwać się z kolumny wyścigu. Udaje nam się w końcu, ale jedziemy gdzieś naokoło trzeciorzędnymi drogami. Docieramy do Czarnego Dunajca, a stamtąd do Chabówki i Rabki Zdroju, gdzie wjeżdżamy na Zakopiankę. Wjeżdżamy na moment, bo przed nami kolejka oczekujących na dojazd do Krakowa. Korygujemy plan podróży i na najbliższym skrzyżowaniu odbijamy na Wadowice. Ominiemy w ten sposób cały odcinek autostrady A4 między Krakowem a Katowicami. Może i dobrze, bo opłata za te osiemdziesiąt kilometrów przejazdu to zdzierstwo. Czterokrotnie wyżej w przeliczeni na każdy kilometr niż na kolejnym odcinku płatnym.
Pod Wadowicami budowany jest nowy zbiornik retencyjny. Oglądam linie betonowych brzegów i tamę. Wyobrażam sobie jak będzie wyglądała ta przestrzeń gdy zbiornik wypełni woda. Powstanie jezioro chyba niemalże tak duże jak Solina. Tak mi się wydaje. I nic już nie będzie takie jak wcześniej.
W Wadowicach zatrzymujemy się w pobliżu bazyliki. Wysiadamy i uderza nas żar. Dotkliwie odczuwalny gdy wysiada się z klimatyzowanego samochodu. W pierwszej chwili wydaje się, że można zemdleć. Na placu prowadzona przez przewodnika wycieczka Włochów, którzy podążają śladami Jana Pawła II. Włoski język, śródziemnomorska temperatura i parność też taka jak z niektórych rejonów Italii. Po wyjściu z bazyliki, kierujemy się do pobliskiej cukierni na coś orzeźwiającego i trzeźwiącego, czyli zimną wodę mineralną i kawę ekspresso. Dzieci pomimo upału decydują się spróbować papieskie kremówki. To ciastka, które kojarzę z dzieciństwa pod nazwą napoleonek. Jakiś czas temu widziałem we Wrocławiu, jak z okazji jakiejś rocznicy pojawiły się ciastka nazywane papieskimi kremówkami, ale wyglądały inaczej niż te tu. Były to rury z kremem (nie mylić z waflowymi rurkami z bitą śmietaną), zrobione chyba z ciasta francuskiego.
Nasza podróż biegnie przez Oświęcim i Tychy do Katowic i zjazdu na autostradę. Dojechawszy do Oświęcimia widzę znak, który uświadamia mi, że kierunek mojej podróży i szlak do Muzeum Auschwitz jest taki sam. Przynajmniej na razie. Po prawej stronie drogi wielkie bocznice kolejowe ogrodzone betonowymi ogrodzeniami ukoronowanymi drutem kolczastym. Należę do pokolenia, któremu w procesie wychowania i edukacji wpojono i wprasowano w mózg świadomość zbrodni. Dużo bardziej niż moim niemieckim rówieśnikom. Dlaczego tak?… Uciekam całe życie przed zbrodniami świata tego, a one i tak gdzieś tam przypominają mi się. Żar leje się z nieba, obok industrialne widoki kolejowej przestrzeni przeładunkowej. Nie chciałabym, aby moja trasa wypadła w pobliżu muzeum obozu koncentracyjnego – nie dziś. Przy szacunku dla ofiar hitlerowskiej rzezi docieram do przekonania, że zbliżając się do miejsc zbrodni w jakiś sposób brudzimy się nią… Może ta refleksja to wynik tego żaru na zewnątrz samochodu?
Mijam Tychy i montownię Fiata docieram do A4 i monotonną autostradą docieram do Wrocławia. Stąd już tylko mały skok do moich Obornik Śląskich. Jest godzina dwudziesta pierwsza gdy docieramy na miejsce. Żar nie ustępuje. W przestrzeni geograficznej, gdzie zimne dni wypełniają statystycznie większą część roku nie można mieć nic przeciwko upałom. Jak też nie mam, a nawet je lubię. Ale wolę gdy upałom towarzyszy mniejsza wilgotność powietrza.


Wysokie doliny

(Blog Zwierciadła - 2013.07.25)

Pogoda dopisuje, kontynuujemy więc wycieczki po najpiękniejszych polskich górach. Po dniach wypraw po Ścieżce Nad Reglami odwiedzamy najwyżej położone i najpiękniejsze polskie doliny, czyli Doliną Roztoki, Dolinę Pięciu Stawów i Dolinę Rybiego Potoku. Nazwa doliny trochę myli, bo aby wejść do Pięciu Stawów trzeba się mocno wspinać. Aby przejść później do doliny, nad którą górują Rysy, trzeba wejść na wysokości, z których świat oglądamy z lotu ptaka. Sporo osób na szlakach. Rozmowy w wielu językach. Słyszałem na trasie słowacki, rosyjski, angielski, francuski. O dziwo nigdzie nie słyszałem niemieckiego. Niegdyś był to jedyny obcy język jaki zdarzało się słyszeć w tej okolicy. W najwyżej położonym miejscu trasy dzieci znalazły sobie skalne fotele do oglądania Wierchów Tatr Wysokich. Do Morskiego Oka docieramy pod wieczór, czyli wtedy, gdy tłumy spacerowiczów z Zakopanego już zniknęły.















Nowa-stara architektura

(Blog Zwierciadła - 2013.07.23)

Niedobrze jest gdy pojawia się przekonanie, że wszystko co kreatywne wybrzmiało już wcześniej, a nam pozostaje tylko konserwowanie zabytków. Z ciekawością więc obserwuję pomysły na wkomponowanie nowych projektów w przestrzeń zabytkowych willi ulicy Kościeliskiej w Zakopanem. To wyzwanie dla architekta zrobić coś, co nie pogryzie się z tradycjami zakopiańskiego stylu. Załączam zdjęcie obiektu, w którym cechy starego stylu mieszają się z innymi wpływami. Podsłuchałem, że ktoś z oglądających zobaczył tu wpływ Gaudiego. No może…?



Podniebne przestrzenie

(Blog Zwierciadła - 2013.07.22)
Nie byłem tu wiele lat. Nie przeraża mnie fakt, tłumów, które tu przybywają. Tatry to miejsce moich wędrówek z czasów szkolnych i studenckich. Dziś przybywam tu, aby pokazać góry młodszym. Zamieszkaliśmy z Kościelisku. Zaraz po przyjeździe zdążyliśmy zrobić spacer po Kościeliskiej Dolinie. Raczej bez podejść, ale sporo kilometrów. Była g. 17 jak ruszaliśmy. Łatwo było pozostać w pensjonacie mówiąc, że już za późno na wycieczkę. Nie było za późno. Jeszcze za dnia dotarliśmy na Ornak.
Następnego dnia jakaś poważniejsza eskapada. namówieni przez naszego gospodarza wspinamy się na Miętusi Przysłop, aby później pójść Ścieżką nad Reglami. Idziemy my i dwa Maćki, czyli mój i jego kolega, którego zabraliśmy ze sobą. Wczoraj chłopcy narzekali, że im nogi zwiędły, a przecież nigdzie nie wpinaliśmy się. Zauważam, że łatwiej im iść pod górę niż po równym. Ciekawe…? Na przedzie prowadzi moja nastoletnia Kasia i jej koleżanka Aga. Docieramy do miejsca pięknych widoków na Czerwone Wierchy i Giewont. Przemieszczamy do Doliny Malej Łąki. Pogoda obłędna – słonecznie, ciepło, niesamowita przejrzystość powietrza. Zmieniamy więc plany i z doliny wspinamy się na przełącz Kondracką. Ostre podejście, ale gdy opuściliśmy linię lasów i wyszliśmy na otwartą przestrzeń zwiększa się motywacja na wspinanie się. Kasia już daleko z przodu. Ma napęd na góry. Na przełęcz docieramy dość wyczerpani. Kasia pokazuje na widoczny szczyt Giewontu i mówi, że nie ruszymy się stąd jak tam nie wejdziemy. Rusza pierwsza z Maćkami. Ostatnie podejście z łańcuchami, ale ci młodsi są bardzo sprawni. Docierając na szczyt widzimy ich główki wystające ze skał. Widok na północ jak z kabiny pilota samolotu. Niezwykle. Na szczycie zakonnica. Zawsze można tu zakonnice spotkać. Z powodu krzyża?… Zejście trudniejsze niż wejście. Tylko po łańcuchach. Mniejsi asekurowani. Kasia zachowuje się tak jakby co chwila gdzieś po łańcuchach wspinała się. Zauważam, że ma zacięcie na sporty wysokogórskie. Gdyby zaprosić ją do szkółki taterniczej…? Nie odmówiłaby. Pyta mnie gdzie jeszcze w Tatrach są łańcuchy. Gdy dowiaduje się, że Giewont to tylko przedsmak tego, co w Tatrach wysokich stwierdza, ze idziemy… Wracamy na Kondracką Przełęcz i schodzimy na Halę Kondratową. Po drodze strumień. Woda czysta, zdatna do picia, bardzo dobra i bardzo zimna. Korzystamy, bo zapasy nam się skończyły. Z Kondratowej Polany docieramy do Kuźnic. Na ostatnim odcinku Maćki pokazują, że mają jeszcze zapasy energii. Zazdroszczę. Idąc po asfalcie w kierunku centrum dostrzegam znajomą twarz. Dzień dobry – witamy się. To aktorka teatralna w Wrocławia. Rozmawialiśmy niedawno w trakcie cyklicznej imprezy w Kawiarni Literatka na Rynku. Polska to grajdołek. Już nie dziwię się tym, że zawsze gdzieś kogoś spotykam…