wtorek, 26 listopada 2013

Zimowe kapcie

Trochę się zapóźniłem w tym roku i dopiero pierwsze płatki śniegu zmusiły mnie do wizyty u wulkanizatora celem zmiany opon w samochodzie z letnich na zimowe. Przyszedł najwyższy czas wyposażenia samochodu w zimowe kapcie. Termin zimowe kapcie słyszałem wielokrotnie z ust różnych osób wokół mnie. Jest w takim określeniu coś miękkiego i ciepłego zupełnie wbrew wulkanizacyjnej rzeczywistości. Po pierwsze pora roku nieprzyjazna – zimno, ciemno z powodu szybko zapadającego zmroku, dodatkowo wilgotno, a przez to temperatura subiektywnie odczuwalna dużo niższa jest niż ta mierzona termometrem. Wielokrotnie przekonałem się, że bardziej się marznie w porze wilgotnego listopada niż później kiedy dosypie śniegu i złapie lekki przymrozek. Po drugie wreszcie zakłady wulkanizacyjne nie są z reguły miejscami ciepłymi i przytulnymi. Nie myślę oczywiście o wielkich serwisach oponiarskich wyglądających jak autoryzowane stacje obsługi topowych marek samochodów. Te serwisy to obszerne hale o wykafelkowanych podłogach i ścianach. Podatek od możliwości przejechania samochodem po glazurze widoczny jest oczywiście w cenniku usług. Tak, wiem, że zdjęte opony wkładane są tam do czegoś w rodzaju pralki celem ich odpiaszczenia i umycia. Zakłady wulkanizacyjne, z których korzystam to zazwyczaj kawałek zaadaptowanego baraku, czy większego garażu. Pomieszczenia sprawiają wrażenie wiaty raczej, bo zdjęcie kół z samochodu odbywa się na betonowym podjeździe, a tylko demontaż i montaż nowych opon bardziej w głębi. Wieje chłodem i trochę poraża brudem, bo to nieczysta praca. Podziwiam zawsze charaktery pracujących w zakładzie, ubranych wielowarstwowo mężczyzn. Mają zaczerwienione od chłodu twarze i trwale przybrudzone dłonie. Wiem na czym polega ich praca, bo zawsze wtedy gdy korzystam z samochodu wyposażonego w opony sezonowe na drugim niezależnym komplecie felg, to funduję sobie zazwyczaj samodzielną zmianę kół na własnym podwórku , z szarpaniem się celem poluzowania śrub, z podnoszeniem samochodu na lewarkach itd. Wiem jak pękać potrafi kręgosłup kiedy trzeba dźwignąć koło aby włożyć je na śruby wystające z tarcz i bębnów, zwłaszcza wówczas gdy koła mają nieco większe rozmiary.
Tak więc w zakładach, które odwiedzam pracują mężczyźni o mocnych kręgosłupach i silnych dłoniach, twardych charakterach i specyficznym lekko topornym poczuciu humoru. Te cechy dotyczą zazwyczaj całego zespołu pracowników. Bardziej delikatny chłopak, który chciałby się tu nająć celem dorobienia nie pasowałby do obrazka. Sam nie lubię być milczkiem - próbuję więc zagajać jakąś rozmowę. Żadnych intelektualnych wycieczek, żadnych subtelności. Trzeba zejść na określony poziom i odzywać się określonymi zwrotami, najlepiej krótkimi zdaniami lub pojedynczymi słowami. Bezpieczne jest mówienie o polityce – zwłaszcza źle, albo o ostatnim zakrapianym spotkaniu z kumplami.
Zauważam więc dużą opozycję między miękkością i rodzajem ciepła zawartego w określeniu zimowe kapcie a twardą rzeczywistością przestrzeni usług wulkanizacyjnych. Jest w tej przestrzeni jeden stały element odwołujący się do innych wyobrażeń i innego świata. Zauważyłem, że we wszystkich zakładach, w których byłem, znajduje się przypięty gdzieś na ścianie plakat ładnej dziewczyny w stroju toples, bogato obdarzonej w kobiece wypukłości. Albo plakat dziewczyny w stringach fotografowanej od tyłu, siedzącej na jakimś wspaniałym motorze i eksponującej czarująco wyglądającą w tej pozycji pupę. Zastanawiałem się czy patrząc na plakaty powinienem odczuć chłód wynikający z troski, że porozbierane dziewczyny przeziębią się w tym chłodnym klimacie, czy też wręcz przeciwnie odczuwać powinienem przypływ ciepła kontemplując niezwykłe kształty kobiecego ciała, urodę ich twarzy i magię ich spojrzeń. W każdym bądź razie, ci którzy tu pracują, w chwilach gdy wzrok i pada na plakat, rekompensują sobie najwyraźniej cały ten chłód, brud i trud miejsca pracy.

niedziela, 24 listopada 2013

Droga z dołka

(Blog Zwierciadła - 2013.11.21)
Myślę, że kilka co najmniej osób w blogowisku Zwierciadła zastanawia się nad naturą zjawiska depresji. Trochę oczywiście za sprawą Pana Tomasza. Ale trochę tylko, bo ten jesienny impuls mógł nadejść równie dobrze z innej strony. Też o tym myślę – to taki temat powracający co jakiś czas. Ci, którzy nie mieli nigdy melancholijnych epizodów patrzą na pewno na ludzi ogarniętych tą przypadłością jak na tych, którzy mają fochy. Patrząc z boku, widząc tylko zewnętrzne objawy przypadłości i nie mając żadnych własnych doświadczeń można tak myśleć. Trochę inaczej wygląda to kiedy czujemy ten stan od środka. Wówczas wiemy jak w subiektywnym odczuciu wielki to problem, jak w stanie tym zmienia się obraz świata, jak falują emocje, jak ucieleśniają się lęki.
Czy osoby w depresji można pocieszać?… Dlaczego nie? Dwie są formy podejścia do ubezwłasnowolnionych depresją. Jedni ośmieszają ich stan mówiąc o konieczności brania się w garść. Inni wyrażają empatię pokazując, że znają stan ostrych zjazdów psychicznych z autopsji. Paradoksalnie oba podejścia są dobre i wcale się nie wykluczają. Ci współodczuwający często pomagają wytrwać czas terapii gdy trzeba zaadoptować się do tabletek chemicznej litości i zdarza się, że początkowo jest gorzej niż lepiej. Ci ośmieszający przypominają o istniejącej w oddali twardej rzeczywistości, w której wszystko nie jest tak pogmatwane jak w depresyjnych lękach. Przypominają, że gdzieś tam równolegle znajduje się rzeczywistość, w której jeszcze przed chwilą byliśmy i do której mimo wszystko zamierzamy wrócić. Nawiasem mówiąc ci twardo stąpający mają w oczach pacjenta trochę inną wartość, bo nie należą do klubu.
W pułapce lęków, przerażenia, psychicznej śmierci wszystko co nas dotyczy wydaje się złe. Zło panuje nad człowiekiem jak wymierzona kara. Trudno znaleźć tu cel i sens. Może jednak są tu jakieś korzyści? Depresja przychodzi jak dezintegracja osobowości, jak rozwolnienie umysłowe i jak choroba emocji skazanych na dużą impulsywność. Towarzyszący jej relatywizm wiedzy i rozchwianie systemu wartości muszą objawiać się silnym lękiem. Skąd to rozchwianie? Czasami tłumaczy to się tak – to skłonność indywidualna objawiająca się dysharmonią płynów ustrojowych odpowiadających za funkcjonowanie neuroprzekaźników. To bardzo wygodna formuła, bo umożliwia zrzucenie całej odpowiedzialności na biologię. Czy jednak zawsze tak jest? Pewnie, że w mocnym epizodzie wariują neuroprzekaźniki i często zastosowanie środków farmakologicznych stymulujących ich funkcjonowanie jest koniecznością. Ale wychodząc z dołka uświadamiamy sobie często to, że przed depresyjnym zjazdem były momenty, w których wystąpiliśmy przeciw samemu sobie, przeciw innym, przeciw higienie psychicznej. Teraz układając świat na nowo, na nowo kształtujemy system wiedzy, relacje z innymi i hierarchię wartości. Czy ta nowa wiedza nie jest więc jakąś nabytą korzyścią. Zauważamy przykładowo, że do tej pory jechaliśmy przez życie z nogą mocno wciskającą gaz, a tu nagle jakaś siła, wydawałoby się zewnętrzna, zatrzymała nas, przystopowała brutalnie wprowadzając w stan depresyjnej destrukcji.
Może nie zauważyliśmy, że nie jesteśmy w stanie tak dalej, szybko, dynamicznie, często bezmyślnie, powierzchownie? Być może w sytuacji gdy nie potrafimy sami przystopować, to bywamy gwałtownie zatrzymani w jakimś punkcie niejako wbrew nam samym?
I jeszcze jedno – kiedy już umrzemy psychicznie kilka razy, kiedy już oswobodzimy się z ataków paniki i zaczniemy układać wszystko na nowo, kiedy już wszystko zaczęło się rządzić nową logiką zauważamy, że te trudne doświadczenia dają nam nowe impulsy inspirujące nas do jakiejś nowej aktywności. Powrót aktywności jest jak powrót zdrowia. Gwałtowny powrót do normalności, rzeczywistości, codzienności może wywołać pewną ambiwalencję odczuć. Z jednej strony czujemy niepokój przed powrotem ekstremalnie niżowych stanów, z drugiej strony świadomość tego, że dołki pozwoliły nam dotrzeć do jakiejś nowej prawdy o samym sobie może wywołać tęsknotę za lekką deprechą – bo okazała się dość kreatywna. Może wszystkie procesy twórcze zawierają w sobie element melancholii i tylko uwarunkowania osobiste powodują, że jedni przechodzą to łagodniej inni ekstremalnie cierpią? W ogóle chyba cechą wielu osobowości kreatywnych jest nieumiejętność nie rozpędzania się. Żyją, pracują, rozpędzają się, coś ich gwałtownie stopuje, przeżywają rozstrój nerwowy, sraczkę umysłową, rozpad hierarchii wartości, rozchwianie systemu wiedzy, depresję z objawami mocnego dyskomfortu psychicznego i fizycznego, agonię psychiczną, korzystają z pomocy psychiatry, później zbierają się do kupy, wraca im aktywność, mogą znowu żyć i pracować, mają nowe pomysły, wdrażają nowe projekty, zaczynają się na nowo rozpędzać… I tak w kółko. Jeżeli ktoś amplitudę tego zachowania ma bardzo dużą to dostaje łatkę, że odstaje od normy psychicznej i społecznej.

Arkadia

to jest kraina,
w której rośliny nigdy nie więdną
zawsze świeci słońce
zagubiona pośród falistego oceanu

intensywna zieleń życia
kontrastuje ze złocistym piaskiem plaż
zawsze pełne owoców drzewa
pod nimi odpoczywający ludzie
owoce spadają im wprost do ust

ludzie mają duże okrągłe oczy
wpatrzone nieruchomo w błękitną przestrzeń
ciała ich są napięte
spocone
paznokcie orzą
pobliską ziemię
wszyscy czekają na
Sen

Mimozy jesienne

(Blog Zwierciadła - 2013.11.19)
Pewnego dnia zauważył, że w codziennym pędzie zawodowym zaczyna wpadać w dziwny stan. Czuł się jak pędząca kula, która nie może zatrzymać się w miejscu, ponieważ siła bezwładu pcha ją dalej i dalej. Na oślep. Tak właśnie w niektórych momentach zachowywał się jego umysł. Skoncentrowany na jakimś przedmiocie analizy nie odrywał się już, nie przenosił na nowy przedmiot i trwał tak w jakimś mentalnym miejscu unieruchamiając procesy myślowe. Zauważył, że coraz więcej ma w pamięci takich pustych miejsc, gdzie powinny się znajdować wyrażone słowem znaczenia. Miejsca owszem są, słów brakuje. Nie mógł przypomnieć sobie imienia kolegi z rodzinnej miejscowości, nie udało mu się odtworzyć nazwiska reżysera ważnego filmu, oglądanego kilka tygodni temu w kinie. Czasami w trakcie rozmowy zacinał się nagle, bo wątek wywodu gdzieś mu umykał.
Prawdziwy niepokój poczuł wówczas gdy nagle serce zaczynało mu mocno łomotać pod żebrami, a dziwny szum wypełniał głowę. – Czy to zawał?! Zator?! – pytał. Na domiar wszystkiego czuł jakby głowa z unieruchomionymi oczami zsuwała mu się w dół, tak jakby winda zwoziła ją wzdłuż kręgosłupa w chwilach, gdy ciało wiotczało. Gwar rozmów ludzi obok przycichał, a obraz świata w oczach nabierał wydłużonej perspektywy. Rosło poczucie obcości w otoczeniu.
Kładąc się spać, zapadał gwałtownie w tępy sen, z którego przebudzał się w środku nocy po to, aby nasłuchiwać. Nasłuchiwać i myśleć. Myśleć i niepokoić się jakimś uciskiem krążącym w ciele i dającym o sobie znać co rusz to w nowym miejscu. Przy nawrocie arytmii serca zobaczył twarz swojej żony i przypomniał sobie o tym, że zapomniał niedawno o rocznicy ślubu. Zobaczył smutną twarzyczkę dziecka, które patrzy jak w wolny dla rodziny dzień ojciec wychodzi z domu, bo musi, bo takie ma zawodowe wyzwania, wymagające stałej aktywności. – Przyjemnej pracy! – wyszeptał synek.
Serce znów załomotało i ponownie ujrzał swoją żonę i dziecko, ale jego samego z nimi nie było. W ogóle nie było go już. – Wszystko spieprzyłem! – wyszeptał sam do siebie. Fala gorąca uderzyła mu do głowy i krople potu wyszły na czoło. Zawsze dotychczas mówił sobie, że to, czego nie robi odkłada tylko w czasie. Wszystko zrobi, wszystko naprawi. – Nie mam już czasu! Wszystko przepadło! – jęczał do siebie. Zwierzęcy strach paraliżował jego członki.
Mocne zdenerwowanie nie pozwalało mu usiedzieć w jednym miejscu. Nie pozwalało skupić uwagi na czymkolwiek. Nie poszedł do pracy. Kilka godzin spacerował po mieszkaniu chodząc z pokoju do pokoju, próbując wydeptać z siebie lęk. Odzywał się pojedynczymi słowami. Nie miał siły zatrzymać się aby rozmawiać. Rozmowa wydawała się ponad siły. Na szczęście nikt nie zmuszał go do gadania. W pewnym momencie włączył radio, aby zlikwidować ciężką ciszę. Dźwięki najspokojniejszej muzyki wydawały się męczącym hałasem, który rozbiegane myśli jeszcze bardziej rozpędza. Wszedł do pomieszczenia, w którym włączony był telewizor. Usiadł przed nim i patrzył tępo. Na ekranie grupa ludzi uczestniczyła w teleturnieju. Odpowiadali na pytania i wyznaczali następną osobę rzucając w jej kierunku piłką. W pewnym momencie widział już tylko mechaniczny ruch piłki między ludzkimi pionkami. Ruch sugerował jakąś przestrzeń kosmiczną. Przestrzeń bezmyślną, mechaniczną, automatyczną, bez Boga, bez istnień. Poczuł wzbierające w nim poczucie pustki w tej kosmicznej przestrzeni. Zapadł się w siebie. Lęk znowu paraliżował całe jego ciało.
Przekonany o poważnej, wrogiej, podstępnej chorobie poszedł następnego dnia do lekarza. Poszedł, podreptał , doczołgał się w zasadzie prosząc o pomoc. Lekarz potraktował go poważnie. Korzystając z miejscowego laboratorium zrobiono mu najważniejsze badania, ekg, nawet usg serca. Siedział teraz przed doktorem, który oglądał jego wyniki. – To tylko depresja – usłyszał. – Wszystkie wyniki są prawidłowe – stwierdził lekarz. Wypisał recepty na środki nasenne i tabletki przeciwdziałające melancholii. Zalecił odpoczynek i unikanie stresów.
Wiadomość o tym, że to nic śmiertelnego przyniosła chwilowe uspokojenie. Postanowił skorzystać z porady i zastosować leki. Wyobraził sobie szybką poprawę. Zdumiało go i przeraziło gwałtowne pogorszenie samopoczucia po zastosowaniu antydepresantów. Napady panicznego lęku, uderzenia gorąca, oczy w słup. Najbardziej bał się poranków. Sygnałem pobudki było kolejne uderzenia lęku w świadomość. Uderzenie wciskające głowę głęboko pod kołdrę. W pewnym momencie uświadomił sobie sprzeczne myśli. Z jednej strony miotał nim lęk przed śmiercią, z drugiej często myślał o tym, że gdyby umarł przestałby cierpieć.
Tak minął tydzień i połowa następnego. Z dnia na dzień zaczął pomału odzywać się do bliskich, rozmawiać z odwiedzającymi go przyjaciółmi. Zauważył, że rozmowy rozpraszają go. Lęki wracały w chwilach ciszy, samotności i milczenia. Coraz więcej było rozmów, coraz mniej milczenia. Któregoś ranka, miał niejasne przeczucie, że śnił o czymś przyjemnym, marzył o czymś, coś nawet planował. Przyszedł taki jesienny poranek, w którym poranne niebo nie było zasnute chmurami. Promyk słońca wpadał przez szybę do pokoju. Otworzył oczy, czuł, że się wyspał, że ciało ma luźne i wiotkie, ale nie bezwładne. Zobaczył synka bawiącego się klockami obok łóżka. Myślał o bliskich, obrazy z przeszłości nie budziły przerażenia – przeciwnie inspirowały w nieokreślony sposób do jakiegoś działania. Nie czuł lęku. – Chemia zadziałała! – pomyślał nieśmiało.

Kopczyk słów

(Blog Zwierciadła - 2013.11.16)

Policzyłem sobie, że od czasu gdy ostatni raz coś zapisałem na tym blogu, zdążyło narosnąć około dwadzieścia pięć stron wpisów. Słowa przesypują się jak w klepsydrze i rośnie z nich kopczyk. Specyficzny rodzaj czasomierza. Pełen refleksji, wspomnień, uwag… Mam za sobą czas, który nie owocował w myśl, która w tekst się układa. Lato zamieniło się szybko w jesień, a ta pomknęła w kierunku długich i ciemnych wieczorów, drzew bez liści i porannych chłodów.
Ta najciemniejsza pora roku obfituje w zupełnie inne wrażenia. Spacerując wieczorami po swoim mieście widzę, że jest wyludnione. Wrocław tłoczny latem teraz często zadziwia pustawym centrum. Sporo lokali opustoszało, wiele zamknięto… To nie tylko efekt jesieni. Zabudowania wyglądają dość mrocznie, przyciężko. Powietrze wilgotne i zimne nie sprzyja długiemu błądzeniu w sieci uliczek. Nadzieję budzą wnętrza oświetlone ciepłym światłem. Mimo wszystko chodzę, wędruję, zaglądam w ulubione kąty, podnoszę głowę, aby zobaczyć szczyty dachów, zaglądam w okna. Przypominam sobie jak wyglądały te miejsca niegdyś, w letniej aurze, w śnieżnej aurze, w odległych latach. To nie prawda, że listopad to najbrzydszy miesiąc w roku. Może to miesiąc najbardziej niesamowity. Miesiąc zwrotu do wewnątrz, miesiąc introspekcji, dumania. Idę dalej, oglądam, notuję w głowie.


ciekawość sprowadziła mnie
na schody wewnątrz stuletniej kamienicy
słyszałem szmer ich rozmów i muzykę
z patefonu
w szczelinie uchylonych drzwi ujrzałem
kapelusz cloche i cygaretkę
długą, czarną na dębowej komodzie
śpiew kantora wdarł się
z nieszczelnego okna od podwórka
obok na stole zapłonęły świece
sylwetki postaci wypełniły przestrzeń
przed budynkiem oficyny – synagogą pod bocianem
kilkadziesiąt lat temu zaczynał się szabas
i nie ma ich dziś
chociaż ich słyszę i czuję
w tych murach gęstych od cieni

DUALITY

(Blog Zwierciadła - 2013.08.30)

Wśród wybranych utworów muzycznych, przy których dobrze mi się myśli, ten album jest zapisany bardzo wysoko. Poniższy kawałek jest moim ulubionym – ma kompozycję o narastającym napięciu. Jest na youtube wersja z teledyskiem, ale po co zdjęcia… obrazy same powstają… w głowie. Cały album warty słuchania.


http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=5ZlLbvhoe0k

Czytanie "Pasji..."

(Blog Zwierciadła - 2013.08.21)
To, co piszę miało być początkowo komentarzem jedynie do tekstu Anny Janko „Kolorowo, kolejowo…”. Niestety tekst napęczniał w słowa i dlatego też wrzucam go jako osobny post.
Skorzystałem z podanego linku do programu z anteny TVP Katowice i obejrzałem wskazaną audycję – poświęconą głównie refleksji i rozmowom nad lekturą książki „Pasja według św. Hanki”. Dostrzegłem tu stare przeświadczenie o tym, że książkę trzeba omówić. Nie wystarczy tylko przeczytanie jej. „Pasja…” wyraźnie skłania do rozmów. Przyjemne jest oglądanie grupy ludzi rozmawiających o literaturze, bo ostatnio zjawisko takiej wymiany refleksji jest jakby w odwrocie. Nie stymuluje go publicystyka kulturalna obecna w mediach popularnych. Nie wiem czy do rozmawiania o doświadczeniach czytelniczych stymuluje współczesna szkoła. Nie są dla mnie miernikiem zachowania moich dzieci, bo nie wiem w jakim stopniu potrzebę takich rozmów wyniosły ze szkoły, a jakim stopniu z domu. Z tym większym zainteresowaniem obejrzałem katowicki program.
Na pewno chęć rozmawiania wynika częściowo ze wspomnianego w audycji mieszania sfer przeciwstawnych – świętości i grzeszności, sacrum i profanum, wzniosłości i zwykłości. Do refleksji prowokuje fakt łamania przez bohaterkę utrwalonych sztywno zasad stosowności obyczajowej, wzorców prawego męża i żony, ojca i matki. Nazywanie stanów odwołujących się do zmysłowej strony miłości może być odczytane jako próba zainteresowania czytelnika postacią poprzez odwoływanie się do tego, co cały czas w wielu kręgach uważane jest za bulwersujące i skandalizujące. Myślę, że wielu czytelników przyciągnie opowieść o tym, co odbierane jest jako niezwykłe w przeciwstawieniu doświadczanej monotonii codzienności. Powieściowa Hanka jawi się jako postać, którą charakteryzuje intensywność przeżyć sięgających do sfer, które poprzez subiektywne odczuwanie miłości sugerują odwołanie się do czegoś nieziemskiego, do jakiejś czystej duchowej komunikacji. O życiu bohaterki możemy powiedzieć , że jest bardzo emocjonalne, trudne, pogmatwane, stresujące, euforyzujące, przewrotne, zmysłowe, nieobyczajne, naznaczone introspekcją i chroniczną autoanalizą. Na pewno nie powiemy, że życie jej jest nudne, monotonne. Te określenia jakoś nie pasują. Tak kształtowana bohaterka może więc być postacią interesującą w oczach czytelników. Interesującą , bo pokazującą to na czym nam zbywa? Stawiam w ostatniej kwestii pytanie, a nie tezę, bo rzecz nie jest tak prosta. Czy nas nie dotyczą podobne przeżycia i podobne emocje?
Mnie w lekturze „Pasji…” ujęła właściwość włączania czytelnika w proces przeżyć, doświadczeń i decyzji bohaterki. Nieświadomie w trakcie lektury zaczynamy odnosić jej stan do swoich stanów, jej emocje do własnych emocji, jej trudności decyzyjne do trudności własnych… Odkrywamy, że tytułowa Hanka ma odwagę nazwać po imieniu wiele zjawisk życia, o których my często boimy się pomyśleć. Pojawia się w trakcie lektury wrażenie charakterystycznego dialogu prowadzonego z literacką postacią. W trakcie czytania pojawia się dwugłos. Zarejestrowanemu w tekście monologowi bohaterki zaczyna towarzyszyć nasz własny monolog, odwołujący się do własnych doświadczeń i doznawanych emocji przywołanych w kontekście tego, co wynika z lektury. Ten własny monolog ma właściwość przybierania na intensywności. Nie pamiętam, żebym czytał coś ostatnio co prowokowałoby podobne zjawisko równie silnie. O czym więc może świadczyć zawarta w telewizyjnym programie informacja, że spora grupa czytelniczek (czasami pewnie czytelników), odnajduje w postaci Hanki samą siebie? Udało się najwyraźniej w powieściowej postaci ukazać i nazwać przeżycia i rozterki będące udziałem wielu. Udało się dużo więcej, bo nie tylko nazwać pewne stany, ale zapisać cały rozedrgany proces wyborów życiowych bohaterki. Paradoksalnie niezwykłość ukazanej postaci może mieć korzenie w tym co powszechne i codzienne. Dlaczego więc niezwykłe? Dlatego, że w świecie rzeczywistym tego typu emocje i przeżycia są najczęściej chowane, skrywane przed światłem dziennym. Nie mówi się o tym i stara się unikać myślenia na te tematy. Wiele osób, podobnie jak bohaterkę, ogarnia strach przed tym, że myśląc dojdą do przekonania czego chcą i do czego dążą i uświadomią sobie, że tkwi to w sprzeczności z wpojonymi normami. Miłosna fascynacja jest tu kłopotliwym prezentem. Cała analiza mająca odpowiedzieć na pytanie czy żyję wbrew sobie i w jakimś względem siebie zakłamaniu dziś, czy będę tak żyć jutro jak dokonam zmian jest trudna do udźwignięcia. Brak analizy i decyzji doprowadza do „życia w rozkroku”, co na pewnym etapie było udziałem Hanki. Jestem więc przekonany, że dla wielu czytelników lektura „Pasji…” może być doświadczeniem katharsis. Wrażenie rozładowania nagromadzonych i stłumionych emocji jest częstym pewnie doświadczeniem w trakcie lektury. Ważne jest to, że bohaterka prowadząc swój monolog mówi do nas językiem komunikatywnym, zrozumiałym, prostym, ale nie prostackim. Odpowiednim rzeczom nadaje słowa. Mówi językiem, którego jeszcze jedną właściwością jest obecny w narracji żywioł poetycki. To powieść, w której duża dawka poezji tak jakby boczną furtką dociera do umysłów czytających. Mamy więc tekst wielowarstwowy i wielowymiarowy. Powieść dla czytelnika bardziej wybrednego i publiczności bardziej masowej.
Patrząc w kontekście nominacji zastanowić się można co z właściwości „Pasji według św. Hanki” weźmie pod uwagę jury nagrody Nike. (?) Trudno to określić. Patrząc na wyróżnione teksty lat ubiegłych nie da się ustalić jednoznacznych kryteriów jakimi kierują się oceniający. Trzymam kciuki.

Wojna światów

(Blog Zwierciadła - 2013.08.11) 
Wojna żywiołów rozpoczęła się krótko przed północą i trwała całą noc. Zapowiedzią wydarzeń była niezwykła parność sierpniowego dnia i bardzo wysoka temperatura powietrza. Wiedział, że byłoby trudno przetrwać ten atak dusznego upału gdyby nie pracująca pełną mocą klimatyzacja w domu i gdyby nie kąpiel w przydomowym basenie. Wybudował go kilkanaście tygodni temu wiosną, jako ukoronowanie inwestycji restauracji starego pałacyku. Wcześniej funkcjonował tu dom dziecka. Placówka była na tyle duża, że posiadała własny oddział szkolny. Do dyspozycji dzieci był jeszcze kilkunastohektarowy park okalający z boków i od tyłu pałacyk. Wszystko działało dopóki rzutki dyrektor był w stanie wyprosić pieniądze na eksploatację, niezbędne remonty i funkcjonowanie placówki. Później tak nieruchomość, jak i park uległ dewastacji. Dom dziecka zamknięto, podopiecznych rozparcelowano po innych mniejszych ośrodkach. Przez dziesięć lat, zanim obiekt wystawiono na sprzedaż, pałac zamienił się w ruinę, park obrosły chaszcze. Kupił to wszystko, bo pokusa była wielka. Zawsze marzył o takiej posesji dla swojej rodziny. Rok trwający remont przywrócił budynek do dawnej świetności, przejrzał też park. Założyciele ponad sto lat temu nasadzili tam kilkadziesiąt gatunków drzew i krzewów. Dziś całość otoczył nowy metalowy parkan. Dla wygody swojej i rodziny zainstalował wszystkie możliwe systemy inteligentnego budynku, inteligentnej posesji. Niedawno potrójnie filtrowana ozonowana woda wypełniła basen. Całe szczęście, bo dziś cały dzień mógł spędzić z dziećmi w wodzie chroniąc się przed upałem. Basen zwiększył intensywność poczucia wakacyjnego czasu.
Pod wieczór na wypalane słońcem trawy nasunął się cień. Ciemniało szybko, aż do zapadnięcia zmroku. Późnym wieczorem szum gałęzi dał znać o wzmagającym się wietrze. Pierwsze błyski rozświetliły niebo w momencie gdy dzieci już spały. Coraz mocniej i częściej przestrzeń przeszywał dźwięk piorunów. Burza dotarła w godzinę i zatrzymała się nad głową. Grzmoty następowały prawie dokładnie w tym samym momencie, w którym pojawiał się błysk przecinający niebo zygzakiem i rozświetlający otoczenie tak, jakby na chwilę wrócił dzień. Nagle zgasło światło. Wyłączyły się wszystkie urządzenia. Ciemno zrobiło się także w obiektach osiedla sąsiadującego z posesją. Trzy minuty później światło wróciło, dzięki agregatom prądotwórczym, które właśnie włączyły się. Zostawił boczne światło w salonie i z niepokojem patrzył na taras. Dziwna to była burza, bo nie towarzyszył jej deszcz, a jedynie silny wiatr. Bał się, że obserwowane nad głową wyładowania mogą zaznaczyć się gdzieś na dole. Pioruny mogłyby uderzyć w dom lub w pobliskie drzewa. Siła wyładowań, błyski im towarzyszące i grzmoty tworzyły atmosferę przebywania obok linii frontu w okopach wojennych. Pamiętał film, w którym akcja toczyła się we frotowym dowództwie, a błyski i odgłosy stanowiące tło tego co ukazane były bardzo podobne. Burza stała w miejscu jak działa nieprzyjaciela. Tak było do wczesnych godzin rannych. Dopiero o piątej przyszedł krótkotrwały silny deszcz, w zasadzie ściana deszczu, który w parę chwili zalał wszystko wokół. Prądu z elektrowni nie było nadal. Co gorsza po sześciu godzinach agregaty zakończyły pracę z powodu braku ropy. Dlaczego założył, że jakakolwiek możliwa awaria będzie krótsza? Brak energii niepokoił go. Rankiem próbował wyjechać z posesji, ale drogę tarasowała mu otwierana na pilota brama. Musiał pojechać do bocznego wyjścia, obok wartowni ochroniarzy. Ochroniarzy nie zastał, bo z powodu wyłączenia systemu monitorującego obiekt udali się na fizyczną inspekcję. Czekał, aż wrócą żeby otworzyć wyjazd. Kamery ważne są ze względu na otoczenie. Po sąsiedzku w kilkunastu, wielorodzinnych zazwyczaj domach, żyją ludzie wyglądający brzydko i biednie. Nieład charakteryzuje otoczenie domów. Widać tam wiele przedmiotów, czasami jakiś starych maszyn, czy elementów samochodów, które gromadziły się tam kilkadziesiąt lat. Bałagan narastał i dziś jest to zbiorowisku rzeczy różnych, będących świadectwem kultury materialnej minionej epoki. Obok budynku po drugiej stronie ulicy, na przeciw bramy wyjazdowej zobaczył starszego mężczyznę, który stał, opierał się na lasce i wpatrywał się mu wnikliwie. Ten wzrok drażnił go. Nie utrzymywał kontaktów z sąsiadami i raczej obawiał się ich. Wiedział, że wielu z nich boryka się z bezrobociem. – Na pewno żyją z tego, co ukradną – myślał. Z placu po drugiej stronie ulicy wyjechał samochód. Podobnie inne auto ruszyło spod kolejnego budynku. Oba samochody zniknęły w dole ulicy. On tymczasem stał uwięziony za zamkniętą bramą, znosząc wzrok starego mężczyzny. A czas naglił. Chciał pojechać do zakładu energetycznego, aby wymóc szybsze włączenie energii. W wewnętrznym układzie domu pozostały resztki energii w akumulatorach systemu monitorowania i podtrzymania życia. Trzeba pojechać i sprawić, aby normalność wróciła. Nie można przecież ryzykować życia i zdrowia najbliższych.

Powroty

(Blog Zwierciadła - 2013.07.28)
Po czasie górskich wędrówek nastał czas powrotu. Czy może nawet powrotów, bo wraca się nie tylko fizycznie do miejsca stałego zamieszkania, ale również psychicznie do różnych wątków porzuconych wcześniej na rzecz kontemplowania natury, krajobrazów, wakacyjnej siesty. Często wraca się też nieuchronnie do rzeczy, które samoczynnie się narzucają na skutek rozmaitych skojarzeń, czy innych pretekstów. I nie ma przed tym ucieczki.
Opuszczamy Zakopane kierując się na Czarny Dunajec, żeby choć w części ominąć zakorkowaną Zakopiankę. Na trasie Chochołów. Wygląda jak jeden wielki skansen, chociaż skansenem nie jest. Tradycyjne góralskie drewniane budynki. Tu w bardzo ciasnej zabudowie. Ta niezwykle ciasna zabudowa odróżnia miejscowość od innych wokół. Podobno zdarza się, że zagraniczni przybysze przekonani są, że mają do czynienia z prawdziwym skansenem, w którym wszystko odgrywane jest dla potrzeb atrakcji turystycznej. Potrafią wparować w środek rodzinnego obiadu i fotografować siedzących przy stole. Chochołowianie burzą się ponoć i mówią, że niebawem zaczną wyburzać to, co jest i budować nowe według współczesnych nie rzucających się w oczy standardów.
Przy kamiennym kościółku zbudowanym w stylu neogotyckim plansza z historią nieudanego powstania Chochołowian przeciwko zaborcom. Władze austriackie wykorzystały sprytnie animozje będące pomiędzy mieszkańcami okolicznych miejscowości. Rozpuszczono wśród ludności wieść, że Chochołowianie idą na nich po to, aby ich ograbić. W ten sposób powstanie stłumione zostało rękami mieszkańców Czarnego Dunajca. Kościół, który powstał później został na pamiątkę tego wydarzenia tak ustawiony do stron świata, aby Święty w środku stał tyłem do Dunajca wyrażając tym swoją dezaprobatę dla postępku jego ludności.
W czasie gdy my oglądamy kościół drogą przejeżdżają na sygnale dwaj policjanci na motocyklach i jeden radiowóz. W ślad za nimi jedzie trójka kolarzy. Jadą od strony Słowacji. Trafiliśmy na jakiś lokalny wyścig, bo ten najbardziej znany rusza tego samego dnia, ale „z ziemi włoskiej do Polski”, czyli w nieco innej okolicy. Po chwili przez Chochołów przejeżdża większa grupa kolarzy i samochody obsługi. Później jeszcze kilku. Wydaje się, że przejechali wszyscy. Jedziemy i my. Kilometr dalej na rogatkach wsi patrol policyjny zmusza nas do skręcenia w prawo. Zostałem potraktowany jak obsługa wyścigu. Jest tak jak z włączeniem się w kolumnę transportu wojskowego w trakcie wojny, gdzie o kierunkach ruchu wszystkich pojazdów nie decydują już kierowcy tylko obsługa transportu. Czuję się ubezwłasnowolniony. Wcale nie jest łatwo wyrwać się z kolumny wyścigu. Udaje nam się w końcu, ale jedziemy gdzieś naokoło trzeciorzędnymi drogami. Docieramy do Czarnego Dunajca, a stamtąd do Chabówki i Rabki Zdroju, gdzie wjeżdżamy na Zakopiankę. Wjeżdżamy na moment, bo przed nami kolejka oczekujących na dojazd do Krakowa. Korygujemy plan podróży i na najbliższym skrzyżowaniu odbijamy na Wadowice. Ominiemy w ten sposób cały odcinek autostrady A4 między Krakowem a Katowicami. Może i dobrze, bo opłata za te osiemdziesiąt kilometrów przejazdu to zdzierstwo. Czterokrotnie wyżej w przeliczeni na każdy kilometr niż na kolejnym odcinku płatnym.
Pod Wadowicami budowany jest nowy zbiornik retencyjny. Oglądam linie betonowych brzegów i tamę. Wyobrażam sobie jak będzie wyglądała ta przestrzeń gdy zbiornik wypełni woda. Powstanie jezioro chyba niemalże tak duże jak Solina. Tak mi się wydaje. I nic już nie będzie takie jak wcześniej.
W Wadowicach zatrzymujemy się w pobliżu bazyliki. Wysiadamy i uderza nas żar. Dotkliwie odczuwalny gdy wysiada się z klimatyzowanego samochodu. W pierwszej chwili wydaje się, że można zemdleć. Na placu prowadzona przez przewodnika wycieczka Włochów, którzy podążają śladami Jana Pawła II. Włoski język, śródziemnomorska temperatura i parność też taka jak z niektórych rejonów Italii. Po wyjściu z bazyliki, kierujemy się do pobliskiej cukierni na coś orzeźwiającego i trzeźwiącego, czyli zimną wodę mineralną i kawę ekspresso. Dzieci pomimo upału decydują się spróbować papieskie kremówki. To ciastka, które kojarzę z dzieciństwa pod nazwą napoleonek. Jakiś czas temu widziałem we Wrocławiu, jak z okazji jakiejś rocznicy pojawiły się ciastka nazywane papieskimi kremówkami, ale wyglądały inaczej niż te tu. Były to rury z kremem (nie mylić z waflowymi rurkami z bitą śmietaną), zrobione chyba z ciasta francuskiego.
Nasza podróż biegnie przez Oświęcim i Tychy do Katowic i zjazdu na autostradę. Dojechawszy do Oświęcimia widzę znak, który uświadamia mi, że kierunek mojej podróży i szlak do Muzeum Auschwitz jest taki sam. Przynajmniej na razie. Po prawej stronie drogi wielkie bocznice kolejowe ogrodzone betonowymi ogrodzeniami ukoronowanymi drutem kolczastym. Należę do pokolenia, któremu w procesie wychowania i edukacji wpojono i wprasowano w mózg świadomość zbrodni. Dużo bardziej niż moim niemieckim rówieśnikom. Dlaczego tak?… Uciekam całe życie przed zbrodniami świata tego, a one i tak gdzieś tam przypominają mi się. Żar leje się z nieba, obok industrialne widoki kolejowej przestrzeni przeładunkowej. Nie chciałabym, aby moja trasa wypadła w pobliżu muzeum obozu koncentracyjnego – nie dziś. Przy szacunku dla ofiar hitlerowskiej rzezi docieram do przekonania, że zbliżając się do miejsc zbrodni w jakiś sposób brudzimy się nią… Może ta refleksja to wynik tego żaru na zewnątrz samochodu?
Mijam Tychy i montownię Fiata docieram do A4 i monotonną autostradą docieram do Wrocławia. Stąd już tylko mały skok do moich Obornik Śląskich. Jest godzina dwudziesta pierwsza gdy docieramy na miejsce. Żar nie ustępuje. W przestrzeni geograficznej, gdzie zimne dni wypełniają statystycznie większą część roku nie można mieć nic przeciwko upałom. Jak też nie mam, a nawet je lubię. Ale wolę gdy upałom towarzyszy mniejsza wilgotność powietrza.


Wysokie doliny

(Blog Zwierciadła - 2013.07.25)

Pogoda dopisuje, kontynuujemy więc wycieczki po najpiękniejszych polskich górach. Po dniach wypraw po Ścieżce Nad Reglami odwiedzamy najwyżej położone i najpiękniejsze polskie doliny, czyli Doliną Roztoki, Dolinę Pięciu Stawów i Dolinę Rybiego Potoku. Nazwa doliny trochę myli, bo aby wejść do Pięciu Stawów trzeba się mocno wspinać. Aby przejść później do doliny, nad którą górują Rysy, trzeba wejść na wysokości, z których świat oglądamy z lotu ptaka. Sporo osób na szlakach. Rozmowy w wielu językach. Słyszałem na trasie słowacki, rosyjski, angielski, francuski. O dziwo nigdzie nie słyszałem niemieckiego. Niegdyś był to jedyny obcy język jaki zdarzało się słyszeć w tej okolicy. W najwyżej położonym miejscu trasy dzieci znalazły sobie skalne fotele do oglądania Wierchów Tatr Wysokich. Do Morskiego Oka docieramy pod wieczór, czyli wtedy, gdy tłumy spacerowiczów z Zakopanego już zniknęły.















Nowa-stara architektura

(Blog Zwierciadła - 2013.07.23)

Niedobrze jest gdy pojawia się przekonanie, że wszystko co kreatywne wybrzmiało już wcześniej, a nam pozostaje tylko konserwowanie zabytków. Z ciekawością więc obserwuję pomysły na wkomponowanie nowych projektów w przestrzeń zabytkowych willi ulicy Kościeliskiej w Zakopanem. To wyzwanie dla architekta zrobić coś, co nie pogryzie się z tradycjami zakopiańskiego stylu. Załączam zdjęcie obiektu, w którym cechy starego stylu mieszają się z innymi wpływami. Podsłuchałem, że ktoś z oglądających zobaczył tu wpływ Gaudiego. No może…?



Podniebne przestrzenie

(Blog Zwierciadła - 2013.07.22)
Nie byłem tu wiele lat. Nie przeraża mnie fakt, tłumów, które tu przybywają. Tatry to miejsce moich wędrówek z czasów szkolnych i studenckich. Dziś przybywam tu, aby pokazać góry młodszym. Zamieszkaliśmy z Kościelisku. Zaraz po przyjeździe zdążyliśmy zrobić spacer po Kościeliskiej Dolinie. Raczej bez podejść, ale sporo kilometrów. Była g. 17 jak ruszaliśmy. Łatwo było pozostać w pensjonacie mówiąc, że już za późno na wycieczkę. Nie było za późno. Jeszcze za dnia dotarliśmy na Ornak.
Następnego dnia jakaś poważniejsza eskapada. namówieni przez naszego gospodarza wspinamy się na Miętusi Przysłop, aby później pójść Ścieżką nad Reglami. Idziemy my i dwa Maćki, czyli mój i jego kolega, którego zabraliśmy ze sobą. Wczoraj chłopcy narzekali, że im nogi zwiędły, a przecież nigdzie nie wpinaliśmy się. Zauważam, że łatwiej im iść pod górę niż po równym. Ciekawe…? Na przedzie prowadzi moja nastoletnia Kasia i jej koleżanka Aga. Docieramy do miejsca pięknych widoków na Czerwone Wierchy i Giewont. Przemieszczamy do Doliny Malej Łąki. Pogoda obłędna – słonecznie, ciepło, niesamowita przejrzystość powietrza. Zmieniamy więc plany i z doliny wspinamy się na przełącz Kondracką. Ostre podejście, ale gdy opuściliśmy linię lasów i wyszliśmy na otwartą przestrzeń zwiększa się motywacja na wspinanie się. Kasia już daleko z przodu. Ma napęd na góry. Na przełęcz docieramy dość wyczerpani. Kasia pokazuje na widoczny szczyt Giewontu i mówi, że nie ruszymy się stąd jak tam nie wejdziemy. Rusza pierwsza z Maćkami. Ostatnie podejście z łańcuchami, ale ci młodsi są bardzo sprawni. Docierając na szczyt widzimy ich główki wystające ze skał. Widok na północ jak z kabiny pilota samolotu. Niezwykle. Na szczycie zakonnica. Zawsze można tu zakonnice spotkać. Z powodu krzyża?… Zejście trudniejsze niż wejście. Tylko po łańcuchach. Mniejsi asekurowani. Kasia zachowuje się tak jakby co chwila gdzieś po łańcuchach wspinała się. Zauważam, że ma zacięcie na sporty wysokogórskie. Gdyby zaprosić ją do szkółki taterniczej…? Nie odmówiłaby. Pyta mnie gdzie jeszcze w Tatrach są łańcuchy. Gdy dowiaduje się, że Giewont to tylko przedsmak tego, co w Tatrach wysokich stwierdza, ze idziemy… Wracamy na Kondracką Przełęcz i schodzimy na Halę Kondratową. Po drodze strumień. Woda czysta, zdatna do picia, bardzo dobra i bardzo zimna. Korzystamy, bo zapasy nam się skończyły. Z Kondratowej Polany docieramy do Kuźnic. Na ostatnim odcinku Maćki pokazują, że mają jeszcze zapasy energii. Zazdroszczę. Idąc po asfalcie w kierunku centrum dostrzegam znajomą twarz. Dzień dobry – witamy się. To aktorka teatralna w Wrocławia. Rozmawialiśmy niedawno w trakcie cyklicznej imprezy w Kawiarni Literatka na Rynku. Polska to grajdołek. Już nie dziwię się tym, że zawsze gdzieś kogoś spotykam…















Cuda inwigilacji

(Blog Zwierciadła - 2013.07.15)

Nie myślałem nigdy, że przyjdzie mi skorzystać z narzędzi inwigilujących i monitorujących rzeczywistość. Było tak – w jednym z centrów handlowych asystowałem rodzinie w poszukiwaniach potrzebnej odzieży. W sklepie obuwniczych korzystam w wyprzedaży spowodowanej likwidacją i kupuję dla siebie mocno przecenione, ładne półbuty do garnituru. Dobra marka, skóra itd. Uciekam ze sklepu do holu i siadam na ławce. Rozmawiam z dzieckiem, dzwoni komórka, ważna rozmowa, muszę odebrać. Rozmowa przedłuża się, dziecko prosi mnie o coś, pokazuję mu na migi, wstaję z ławki zostawiając reklamówkę z kartonem. Odchodzę kilkanaście kroków. Kończę rozmowę, uświadamiam sobie, że coś zostawiłem, wracam – nie ma. W pobliżu widzę ochroniarza, pytam go czy nie zwrócił uwagi na pakunek w reklamówce pozostawiony na ławce. Nie zwrócił, ale proponuje mi szybkie przejście do centrum monitoringu. Idziemy. Pracownik ochrony przekazuje koledze informację o mojej zgubie mówiąc o lokalizacji ławki. Panowie odtwarzają ostatnie minuty zarejestrowane w kamerze patrząc w jeden z monitorów. Po chwili pytają mnie o kolor reklamówki i proszą abym popatrzył na ekran. Widzę parę ludzi około czterdziestoletnich, którzy zbliżyli się do ławki, zajrzeli w zawartość reklamówki, zabrali ją i poszli w głąb galerii handlowej. Zapamiętałem szczegóły odzieży, wyglądu i ruszyłem z zagadniętym na początku pracownikiem ochrony wzdłuż galerii. Już po jednej minucie zobaczyłem ludzi z filmu w salonie operatora komórkowego. Zbliżyłem się od tyłu do mężczyzny, dotknąłem go delikatnie w ramię, pokazałem na pakunek mówiąc: Przepraszam Pana, ale ten kartonik jest mój. Był tak zaskoczony, że czym prędzej mi go w ręczył. Towarzysząca mu kobieta próbowała oponować. – Ale Pan zostawił tę paczkę… Tak zostawiłem – potwierdziłem i opuściłem lokal. Może powinienem zapytać czy jeżeli zastawiłbym bombę w kartonie to pani też zabrałaby ją?

Wszystko wydarzyło się w ekspresowym tempie. Tak szybko odzyskałem swoją własność, że nie zdążyłem się zdenerwować, że ją straciłem. Później tylko myślałem, że jestem rozkojarzony, że mam kłopoty z podzielnością uwagi, no i przede wszystkim, że chyba nie ogarniam tego wszystkiego wokół siebie. No i jeszcze jedno spostrzeżenie – siedziałem sobie na ławce, rozmawiałem przez telefon, a Wielki Brat patrzył…

Powrót do...

(Blog Zwierciadła - 2013.07.10)
Letni poranek. Przeglądam rzeczy, którymi zajmę się dziś. Te, którymi zajmę się, bo chcę i te, którymi będę się zajmował, bo wzywa mnie do tego obowiązek. Układam rzeczy, którymi nie zajmowałem się przez ostatni tydzień z powodu koniecznego pobytu w szpitalu, z konieczności zrobienia serii badań, które miałyby wykluczyć, bądź potwierdzić stan jakiejś patologii. Badania przeszły, na razie nic poważniejszego nie znaleziono. W przeciwieństwie do innych osób, które podobnie jak ja musiały zameldować się na badaniach, nie mam absolutnie żadnego poczucia krzywdy z powodu tych kilku letnich dni spędzonych w szpitalu. Mam zupełnie inne refleksje. Te kilka dni dały mi możliwość dystansu do wszystkiego i wszystkich. Możliwość pozostawienia świata z boku. Pobyt nie wiązał się z żadnymi inwazyjnymi badaniami i wynikającym stąd dyskomfortem związanym z dolegliwościami fizycznymi. Wymyślono takie maszyny, które emitując najprzeróżniejsze fale budują obraz tego, co mamy w środku bezboleśnie. Nie czułem, że jestem pacjentem, bo nie musiałem kursować w piżamce i szlafroczku. Dni były letnie, upalne – moim strojem był t-shirt, szorty i gumowe klapki lub sandałki. Mogłem wychodzić na werandę, mogłem też chwile wolne od badań spędzać w starodrzewiu znajdującym się z tyłu obiektu. Czułem się bardziej jak w sanatorium niż szpitalu.
Widziałem na oddziale kilka osób zniecierpliwionych, wyczekujących wypisu, przeżywających koszmarną nudę. To nie było moim udziałem. Na nudę będę miał czas później, jak wyjdę, jak wrócę do rzeczywistości i jak wrócę do wymuszonych, codziennych czynności – w pracy. Chciałem wykorzystać czas na to, aby poczytać jakieś książki i aby pooglądać filmy, które zgrywałem sobie niegdyś na pendriva z telewizji i od wielu miesięcy obiecywałem sobie ich obejrzenie. Miałem tam swojego laptopa i mogłem, wyposażywszy go w słuchawki, oglądać kolejne obrazy. Obejrzałem ich chyba z dziesięć. Były tam obrazy o charakterze przede wszystkim rozrywkowym, ale było kilka produkcji poważnych, kina artystycznego. Wśród nich dwa filmy zapisały mi się w pamięci. Była to „Melancholia” Larsa von Thiera i „Morfina” Aleksieja Bałabanowa, film, który powstał na podstawie autobiograficznych opowiadań Michała Bułhakowa. (Co za tytuły? Jak można oglądać coś takiego w czasie pobytu w szpitalu? Nie wybierałem – wziąłem pierwsze z brzegu pliki filmów zapisanych niegdyś w komputerze). Filmy odmienne, różne, warte obejrzenia. Ten pierwszy z lekko fantastyczna fabułą daje bardzo sugestywny wgląd w depresję. Uwaga wrażliwcy – można się wczuć… Drugi to klimatyczna historia lekarza z rosyjskiej prowincji z czasów początków rewolucji. Piękne zdjęcia w historycznej scenerii. Tu też wrażliwi odbiorcy muszą uważać, bo reżyser sfilmował dwa razy drastyczne sceny medyczne.
Ten mój pobyt szpitalny to też rozmowy, nowi ludzie, nowe kontakty. Szczególnie jeden. Zagadnąłem odpoczywającą pod drzewami dziewczynę, która przebywała na tym samym oddziale co ja tylko w sali na wyższej kondygnacji. Jakoś tak spodziewanie, bądź nie rozmowa rozwinęła się i trwała trzy dni w kolejnych odcinkach. Chyba się tego spodziewałem, bo zagadując ją spostrzegłem coś interesującego w jej mimice, oczach. Nie wiem w czym rzecz, ale przeczucia tego typu często potwierdzają się. Rozmowa była niezwykła w swojej zwykłości. Zwykłość polegała na tym, że w tym miejscu nie musieliśmy w rozmowie nikogo odgrywać. Mogliśmy być sobą. Niezwykłe jest rozmawiać w poczuciu braku ciśnienia na odgrywanie jakiejś roli. Pojawiło się poczucie jakichś punktów wspólnych wynikających z – być może – podobnej wrażliwości, zbieżnych doświadczeń i trosk. To poczucie pozwoliło na prowadzenie rozmowy naturalnie i szczerze. Dobrze było rozmawiać mając świat z boku, w poczuciu delikatnego zainteresowania się sobą, w atmosferze wyczuwalnej sympatii.
Teraz wróciłem do domu, próbuję wpasować się na powrót w stare rytmy. Jak wspomniałem nie mam poczucia krzywdy z powodu konieczności oddania kilku dni na medyczne zniewolenie. Doskwiera mi jednak poczucie braku z powodu przerwania prowadzonego dialogu. Szybko przywiązuję się do rzeczy miłych, do rozmów z ludźmi, do delikatnej wymiany emocji. Odczuwam później żal, że wszytko przemija.

Niemcowa

(Blog Zwierciadła - 2013.07.06)

Czytając pamiętnik z wakacji Sylwii przypomniałem sobie o miejscu, w którym niegdyś bywałem. Miejscu, które dla wielu osób było i jest ucieczką od miasta, hałasu, powierzchownych kontaktów. Miejscem spotkań, rozmów, inspiracji, kontaktu z przepiękną naturą. To miejsce to Chatka pod Niemcową. Niegdyś była to chatka studencka pod opieką krakowskiego Almaturu. Dziś prywatna baza turystyczna, która zachowała tę samą funkcje jak przed laty. Jest tam grupa stałych bywalców. Ludzi, którzy pojawiają się tam od ponad dwudziestu lat. Rośnie ilość nowych odkrywców tego zakątka. Odnalazłem stronę na FB z potężną galerią zdjęć. Kilka osób z czarno-białych fotografii pamiętam z nazwiska. Oglądam zdjęcia i wraca do mnie to poczucie literackości tego miejsca. Jeżeli nie jest to sama poezja to na pewno chatka z poezją dobrze się komponuje. Zwłaszcza tą śpiewaną przy wtórze gitar. Taka zawsze tam pobrzmiewała.



https://www.facebook.com/niemcowa

Usterka ;-)

(Blog Zwierciadła - 2013.07.06)

Jest coś przewrotnego w tym jak postrzegamy rzeczywistość w momencie jakiejś usterki medycznej. Upalno-letni wieczór, noc ubrana w t-shirt kłapie bosymi stopami w skórzanych sandałkach. Wyobraź sobie, że podejrzewają ciebie o coś niedobrego i wożą od szpitala do szpitala. Rodzi się jakiś absolutny dystans do wszystkich spraw świata tego, do tych rzeczy ważnych i priorytetowych. Wali się cała codzienna struktura zajęć, a ciebie wypełnia paradoksalny spokój. Wy gonicie, a ja patrzę jakoś z boku i zupełnie nie przejmuję się tym, że wypadam z tych symultanicznych kroczków, podskoków, gonitw. Gdzie tam…. Będę miał parę dni na to, aby myśleć o tym, o czym myśleć lubię. Bo najbardziej żal mi było refleksji, wątków przerywanych dyktaturą gospodarczej aktywności.

Multirzeczywistość i kino

(Blog Zwierciadła - 2013.06.23)
Przeglądanie repertuaru pokazu filmów artystycznych przywiodło mnie do wspomnienia postaci Ryśka, działającego niegdyś w ruchu tzw. Dyskusyjnych Klubów Filmowych i prowadzącego jedną z najlepszych, jak często się mówi, placówek tego typu w Polsce. Ryszard Uklański, bo o nim mowa, był jedną z barwniejszych postaci Wrocławia. Tu, studiując historię sztuki, działał aktywnie w kulturotwórczym ruchu studenckim m.in. w Centrum Pałacyk i w Teatrze Kalambur. Swoje ogromne zainteresowanie sztuką filmową przelewał na pracę popularyzatora dzieł Dziesiątej Muzy. Prowadził przez wiele lat Dyskusyjny Klub Filmowy przy Domu Kultury Budowlanych w funkcjonującym tam kinie Mozaika. Dziś w obiekcie tym, niedawno zmodernizowanym, mieści się filia krakowskiej szkoły teatralnej. Ryszarda spotykałem trzykrotnie na ścieżkach życia. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele mu zawdzięczam, tak w zakresie kształtowania zainteresować, wrażliwości na sztukę, jak i budzenia potrzeb poznawczych. Nauczył mnie przede wszystkim tego, że do każdego dzieła, zwłaszcza trudnego w percepcji, trzeba podchodzić z cierpliwością i życzliwością. Nie należy zniechęcać się zbyt szybko, a trud interpretacyjny może zaowocować dużą satysfakcją i poczuciem rozszerzanie się świadomości o nowe lądy, o nową rzeczywistość, w którą podróżujemy poprzez kadr filmowy. To poczucie wielowymiarowości rzeczywistości osiąganej dzięki systematycznej percepcji obrazów filmowych było niezwykle intensywne. Film umożliwiał podróż w te inne światy dzięki temu, że z jednej strony operował obrazem, z drugiej przynosił fabuły, historie innych ludzi, żyjących w mniej lub bardziej odległych miejscach, ukazywał wydarzenia osadzone w odmiennych kontekstach kulturowych. Było to niezwykle ważne kilkadziesiąt lat temu, w czasach realnego socjalizmu i zamkniętych granic. Kino było oknem na świat. Dla wielu osób jedynym. Pomysł na powołanie instytucji Dyskusyjnych Klubów Filmowych dawał możliwość kontaktu z ważnymi dziełami kina europejskiego i światowego nawet wówczas, gdy obrazów tych z powodu wygaśnięcia licencji nie można było wyświetlać już w sposób masowy. Wykorzystywano tu furtkę umożliwiającą projekcję filmów policencyjnych dla ograniczonej, studyjnej publiczności. Dzięki temu DKF-y słynęły popularnością z pokazów dzieł jednego twórcy, czy też jednego gatunku.
Pamiętam, że pierwszy raz spotkałem Ryszarda Uklańskiego w połowie lat siedemdziesiątych. Byłem uczniem podstawówki. Moi rodzice chodzili co tydzień na projekcje studyjne do Budowlanych – ja też. Ale o wcześniejszej porze, bo przed projekcjami filmów dla dorosłej publiczności miały miejsce pokazy filmów dla dzieci. DKF Rysio-Pysio, jak głosiły afisze, zapraszał nas na bajki i filmy przygodowe. Zwyczajem Uklańskiego było poprzedzić każdą projekcję, wstępem, informacjami o filmie i jego twórcy, występujących aktorach i kontekście artystycznym. Kochał mówić do ludzi. Kochał mieć audytorium. Takie prelekcje przed projekcją robił dorosłym, takie wstępy były przed wyświetlaniem filmów dla dzieci. Charakterystyczny wygląd Ryszarda budził dziecięcy entuzjazm. Bo był on niewielkiego wzrostu, krępej postury, w zasadzie łysy, z niewielkim szlaczkiem włosów z boków i z tyłu, miał brodę (czarną wówczas), ale bez wąsów. Wyglądał ekscentrycznie jakby ocenili to starsi, dzieci mówiły, że krasnal. Oglądaliśmy m.in. bajki Disney’a – w telewizji można je było oglądać wtedy zazwyczaj na święta, tak jak na święta pojawiały się pomarańcze. Zapamiętałem jednak coś więcej. Był w tamtych czasach dostęp do dość bogatej oferty produkcji dla dzieci kinematografii Związku Radzieckiego. Celowo użyłem liczby mnogiej, bo były to nie tylko obrazy z Mosfilmu, ale często też takie, które powstały gdzieś daleko w kinematografiach wschodnich republik. No i poznawaliśmy dzięki temu baśnie w orientalnej scenografii i takiż kostiumach. Pamiętam, że zupełnie dobre.
Kilka lat później dołączyłem do dorosłej widowni DKF-u. Było to w okolicach stanu wojennego i krótko po nim, w moich czasach licealnych. Był to okres najbardziej intensywnej edukacji filmowej. Dziś pamiętam głównie pokazy monograficzne. Pamiętam Orsona Wellesa i jego Obywatela Kane’a i entuzjazm Ryszarda opowiadającego historię słuchowiska radiowego Wojna Światów, przygotowanego w 1938 r. przez Wellesa, słuchowiska, które wzbudziło panikę wśród mieszkańców New Jersey, którzy fikcję audycji wzięli za rzeczywistość i uwierzyli w inwazję Marsjan. Pamiętam też pokaz filmu Dama z Szanghaju, pamiętam Hamleta – niezwykłą filmową adaptację dramatu Szekspira. Były to filmy czarno-białe (mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, aby w ramach konserwacji i digitalizacji pokolorować je). Ważne w edukacji filmowej było ówcześnie kino włoskie. Oczywiście Federico Fellini i jego osławione Osiem i pół, jak również tak niezwykłe obrazy jak La strada czy Noce Cabirii. Szczególnym sentymentem darzę kino Michelangelo Antonioniego. Jego czarno-białą PrzygodęNoc iZaćmienie oraz barwną już Czerwoną pustynię. Filmy z intrygującą, posiadającą tajemniczo-subtelny uśmiech, Monicą Vitti. Kino Antonioniego kupowałem bardziej niż osławionego Felliniego. Było to kino trudnych relacji między postaciami fabuły, relacji opartych na dialogach, w których milczenie często zastępowało słowa, a przestrzenią akcji był często obszar nowoczesnej włoskiej architektury blokowej, przestrzeni jakiejś takiej pustej i depresyjnej. Później było Powiększenie, brytyjski film włoskiego reżysera, chyba jego magnum opus, film o ekscentrycznym i ekstrawaganckim fotografie, o granicy między zmyśleniem a rzeczywistością. W kadrze piękne modelki, luksusowe wnętrza i samochody, morderstwo w tle procesów twórczych i bardzo mocna, jak na owe czasy, scena erotycznego zbliżenia. Wówczas scena szokująca pomimo tego, że nic nie było widać. Mocniejsze sceny w filmie Bernardo Bertolucciego Ostatnie tango w Paryżu powstały kilka lat po produkcji Powiększenia. Jeszcze jeden obraz włoski muszę tu przywołać. Mam w pamięci Śmierć w Wenecji Luchino Viscontiego. Perfekcyjnie dopracowany filozoficzny obraz refleksji nad złożonością piękna, nad końcem jakiejś epoki kulturowej, nad śmiercią.
To, co z perspektywy czasu widoczne, to przewaga kina europejskiego w pokazach studyjnych nad kinem amerykańskim. Uklański pokazywał w swoim klubie filmowym wiele filmów francuskich, angielskich (np. zapomnianego dziś Josepha Losey’a), hiszpańskich. Niezwykłą popularnością cieszyły się pokazy odrealnionego kina Luisa Buñuela (Dyskretny urok burżuazjiWidmo wolności). Twórca ten zaczynał niegdyś – w okresie kina niemego – od obrazów surrealistycznych przygotowywanych wspólnie z Salwadorem Dali. I te filmy także oglądaliśmy. Ważny był także etap meksykański hiszpańskiego twórcy – widzieliśmy m.in. przywołany ostatnio z lamusa historii (przez TVP Kultura) filmAnioł zagłady.
Mógłbym tu jeszcze pisać o niezwykłej popularności filmów Ingmara Bergmana, o ciężkim psychologicznym klimacie jego opowieści, ukazanych w północnej skandynawskiej scenerii… Mógłbym przywołać wspomnienia projekcji filmów jugosławiańskich – było tego sporo, różnych twórców, było to kino sprzed Kusturicy. Ale chciałbym powiedzieć jeszcze o tym, że w DKF-ie Uklańskiego nie zabrakło polskich filmów. Był oczywiście Wajda, Zanussi, czy Piwowski, był Marek Koterski, ale twórcą cieszącym się specjalnymi względami Ryszarda zawsze był Grzegorz Królikiewicz – twórca kina lekko eksperymentalnego. Można było powiedzieć, że często było to laboratorium filmowe wybijające standardowego widza z jego odbiorczych przyzwyczajeń. Ryszarda Uklańskiego i Grzegorza Królikiewicza łączyła prywatna znajomość i jakiś rodzaj przyjaźni. Reżyser był kilkakrotnie gościem klubu. Uklańskiemu zależało na zaprezentowaniu nie tylko dzieł, ale poprzez animowaną dyskusję również samego twórcy. Rzeczą karkołomną – wydaje się – było pokazywanie takiej nieselekcjonowanej publiczności (często byli to zwykli pracownicy Pafawagu czy Dolmelu mieszkający na pobliskim osiedlu) filmów takich jak Na wylotTańczący jastrząbZabicie ciotki, czy Fort 13. Może zwykła, masowe publiczność miała kiedyś więcej chęci i samozaparcia do kontaktu ze filmem artystycznym?
Ryśka spotkałem po raz trzeci w latach dziewięćdziesiątych. Mówię Ryśka, bo był to etap zbliżenia i przyjaźni. Ja pracowałem w lokalnej gazecie, on uzupełniał lata do emerytury pracując w Muzeum Narodowym. Nie było już DKF-u, praca jego w muzeum polegała głównie na wyświetlaniu filmów o sztuce wycieczkom szkolnym. Spotkałem go na jakimś wernisażu sztuki współczesnej i rozczuliłem wyznaniem, ze chodziłem na seanse Rysia-Pysia. Nasze ścieżki schodziły się między innymi u pani Ani Turzańskiej prowadzącej Kino Studyjne Polonia. Oglądaliśmy filmy i rozmawialiśmy o nich. Był to nowy etap obcowania z wytworami Dziesiątej Muzy. Etap kina Krzysztofa Kieślowskiego, filmów Gus Van Santa, Petera Greenaway’a i Wima Wendersa z jego fenomenalnym Niebem nad Berlinem. Kiedy Greenaway oszołamiał malarskością kadru filmowego, wspomniany film Wendersa emanował poetyckością. Rysiek był osobowością towarzyską. Uwielbiał spotkania, biesiady, rozmowy, dyskusje. Mieszkał samotnie, spotkania z ludźmi były więc dla niego całym światem relacji interpersonalnych. Miałem wrażenie, że w domu tylko nocował. Chociaż nie był tak zupełnie pozbawiony relacji rodzinnych, bo pamiętam, że miał dziecko, z nieformalnego związku z aktorką teatralną. Raz jeden widziałem go z córką. Było to na Rynku podczas działań plastycznych. Na oczach widzów rosła instalacja, w powstawaniu której głównym materiałem były wycinane z lodu kształty. Pamiętam, że ujął mnie widok tego, jak Ryszard trudne wytwory współczesnych sztuk plastycznych przyjmuje za dobrą monetę i stara się znaleźć do nich jakiś swój klucz interpretacyjny. Tego dnia starał się przybliżyć sztukę swojemu dziecku, pokazać ją jako coś interesującego i wartościowego. Cechował go zapał poznawczy. Nic się w tej kwestii nie zmieniało pomimo upływu lat. Tą zachłannością na poznawanie zarażał innych, w tym mnie. Bo życie jest ciekawsze gdy nasze potrzeby poznawcze nie gasną po skończeniu szkół. Uświadomiłem sobie kiedyś, że potężna różnica wieku zupełnie nas nie dzieli i w jakiś sposób uzupełniamy się. On otwierał mi oczy, dzięki niemu miałem wrażenie rozwijania się a nie zamykania, ja pomagałem mu w pewnej jego drobnej niedoskonałości. Całą swoją wiedzę, swoje refleksje mógł wypowiadać w rozmowach czy prelekcjach, nie mógł ich jednak zapisywać. Jak sam się przyznał, siadając nad kartką papieru doznawał pierzchania myśli. Złośliwi mówili, że cierpi na rozwolnienie umysłowe. Stwarzałem mu nadzieję na to, że pewne rzeczy mogą zostać mimo wszystko zapisane, utrwalone w tekście. Choćby takim publikowanym w codziennej gazecie. W ten sposób powstał kiedyś artykuł o planach Ryszarda na stworzenie w Muzeum Narodowym nowego działu – działu kinematograficznego. Wiedziałem pisząc, że jego wizja ma niewielką szansę na realizację, ale nie miałem oporów w opisaniu wizji, która miała zostać tylko i wyłącznie marzeniem starszego pana. Pana, który kochał kino ponad wszystko.
Poza zachowanymi potrzebami chłonięcia sztuki i filmów, jako sposobu opowiadania o świecie, zapamiętałem jeszcze jedną cechę Ryszarda. Był mężczyzną z krwi i kości i całe życie wielbił kobiety, lubił na nie patrzeć i wzrok mu błyskał kiedy jakaś atrakcyjna dziewczyna pojawiała się w pobliżu. A kiedy zdarzało się, że w bezpośrednim sąsiedztwie pojawiała się kobieta o stroju i typie zachowaniu lekko prowokującym łapał się dłońmi za skronie, lekko uśmiechał i kręcił głową tak, jakby chciał mówić: nie, nie, nie… NIE!
Pamiętam, że towarzyszył mi w pracy dziennikarskiej i starał się mnie wspierać. Pewnego dnia do Kina Polonia przyjechał Grzegorz Królikiewicz. Była to planowana wcześniej prezentacja filmu Przypadek Pekosińskiego. Film dokładnie trzy dni wcześniej otrzymał główną nagrodę Festiwalu w Gdyni – Złote Lwy. W kinie zaroiło się od dziennikarzy, którzy przyszli po wywiad. Wszyscy ustawili się w kolejce, ja na końcu. Zrobiło się nieprzyjemnie. Przede mną gromy spadały na głowy tych, co przede mną. Reżyser zachowywał się jak rygorystyczny egzaminator uczelniany. Oskarżał ludzi o braki w warsztacie dziennikarskim, o dyletanctwo, o nieumiejętność zadawania pytań, o brak umiejętności prowadzenia rozmowy. Stres! Dwie dziewczyny obrażone uciekły z kina. Ryszard przeszedł wzdłuż kolejki osób, podszedł do mnie i powiedział: Ty się nic nie przejmuj, znasz jego twórczość, wiesz co to za kino, potrafisz… Łatwo powiedzieć. Mimo wszystko napięcie udzieliło mi się. Przyszła moja kolej, zadałem pytanie. Zobaczyłem wyraz skupienia na twarzy Królikiewicza, zaczął mówić. A potem wszystko poszło lawinowo, bo po kolejnych pytaniach Królikiewicz wpadł w rodzaj transu i wyraźnie skupił się na tym, co chce powiedzieć zapominając o otoczeniu. Kątem oka zauważyłem, że w tle Rysiek wykonywał jakiś dziwny taniec. Kołysał się, przestępował z nogi na nogę, podnosił ręce do głowy i opuszczał je… Kiedy skończyłem rozmowę przytańczył do mnie i ściskając za ramię powiedział z naciskiem – Tylko Tobie się dziś udało. Poczułem się jak na meczu. Kibicował mi.
W ten sposób minęło dziesięć lat. Pod koniec tego okresu nasze kontakty stały się rzadsze. Zajęty byłem planowaną wyprowadzką z miasta na jego peryferia. W dniach samej wyprowadzki spotkałem przypadkiem Uklańskiego na jednym z targowisk w centrum Wrocławia. Był jakiś przygaszony, nieobecny, małomówny, sprawiał wrażenie zaniedbanego, prawie kloszarda. Rozmowa nie kleiła się. Kiedy trochę później, mieszkając już w nowym miejscu przypomniałem sobie o nim i zacząłem planować kontakt, znalazłem nekrolog. Informacja ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy RP donosiła, że zmarł po krótkiej i ciężkiej chorobie. Zmarł dwa tygodnie po naszym przypadkowym spotkaniu. Dalej było kilka zdań tytułem rysu biografii i zdjęcie. Na zdjęciu jego wzrok przenikający coś obok kamery. Pamiętam jak często patrzył na mnie tym wzrokiem. Zdjęcie zachowałem. Dziś ponownie obejrzałem je widząc Ryśka dokładnie takiego, jak go pamiętam. Jakby czas nie upłynął. Jakby nie umarł. Tęsknię za nim.


(Ryszard Uklański zmarł we Wrocławiu 24.06.2004. r. Obok zdjęcia użytego w nekrologu umieszczam kadr z filmu Andrzeja Barańskiego – Wolne chwile (fot. W. Urbanowicz). Ryszard czasami pojawiał się również z drugiej strony ekranu – grał w epizodach.)