niedziela, 24 listopada 2013

Alkohol i próchno

(Blog Zwierciadła - 2013.06.03)
- Zabolało? – To było nie oglądać głupcze… – pomyślałem oglądając i przede wszystkim przysłuchując się rozmowie o dzieciach inspirowanej ich świętem. W ten oto sposób urodził mi się temat to rozmyślań. W czym rzecz? Oglądałem niedzielne wydanie magazynu „Kultura głupcze”. Rozmawiano na temat obecnego pokolenia dzieci w kontekście pokoleń uprzednich. Teza początkowa: dziś dzieci radośniejsze są wyraźnie od dzieci wczorajszych. Program prowadził Jacek Żakowski, a wśród dyskutantów obecny w tutejszej blogosferze Tomasz Jastrun, psycholog Małgorzata Ohme, reżyser teatralny Piotr Cieplak i Tomasz Terlikowski. Nie jest moim celem szczegółowe relacjonowanie przebiegu spotkania. Można je odtworzyć z internetowego archiwum TVP. Najważniejsze kierunki rozmyślań to kwestia, które pokolenie było szczęśliwsze, jakie determinanty życia społeczno-kulturowego warunkowały i warunkują rozwój. Jaki był i jest potencjał rozwojowy dzieci. Ustosunkowując się do początkowej tezy, a w zasadzie ją potwierdzając Małgorzata Ohme stwierdziła w pewnym momencie, że jak popatrzymy na rodziny w jakich się wychowywaliśmy to pochodzimy z pokolenia klapsa, przemocy , pokolenia alkoholików, palenia przy dzieciach i zepsutych zębów.
Uff… Udało mi się wymienić chyba wszystko co dyskutantka w tej części programu oznajmiła. Pięknie – pomyślałem – bardzo dbamy o to, aby w oczach młodszych kreować się na nieszczęśliwe i stracone pokolenie. Czy nie jest to jednak zbyt daleko posunięte uogólnienie? I czy nie jest to przypadkiem wypełnienie takiego powracającego schematu, w którym każde uprzednie pokolenie jest nieszczęśliwe i stracone. Pamiętam, że pokolenie obecnych dziadków, a moich rodziców, czyli ludzi urodzonych w latach dwudziestych-trzydziestych było stracone, bo najważniejsza część ich życia wypadła w epoce stalinizmu. Pokolenie pradziadków było stracone, bo najważniejszy okres ich życia zabrała wojna. Moje pokolenie, bo klapsy, alkohol i próchno…
No to po kolei. Należę do grupy ludzi, którzy klapsów w procesie wychowania swoich dzieci nie stosują, ale nie myślą też poważnie o stawianiu znaku równości pomiędzy klapsem a przemocą. Czasami wydaje mi się, że jest to bardzo specyficzny środek komunikacji międzyludzkiej. Trzeba umieć dać klapsa i go przyjąć. Być może dzięki temu w sytuacjach takich, w których pod wpływem impulsu dochodzi do tak zwanego przekroczenia nietykalności cielesnej nie dochodzi tak naprawdę do przemocy. To trochę jak w boksie. Walą się w ryło dla sportu, wiedząc, że to taka gra. Gdy zapominają o tym, że to gra, to się zabijają na ringu.
Co z tą przemocą? Było jej kiedyś więcej w rodzinach niż dziś? Doniesienia kroniki kryminalnej nie wydają się tego niestety potwierdzać. Wystarczy śledzić serwisy informacyjne. Rytmicznie i systematycznie wydarza się coś, co budzi grozę… (równocześnie podnosząc oglądalność programów telewizyjnych). Alkohol i alkoholicy?. Tu też, wydaje mi się mamy bardzo daleko posuniętą generalizację. Zjawisko alkoholizmu było i jest, ale stanowi zarazem pewien margines życia społecznego i życia rodzin. Powiedzieć komuś, że pochodzi z pokolenia alkoholików to gruba przesada. Nie wiem jak wyglądają statystyki. Być może dziś alkoholików mamy trochę mniej, ale pewnie równocześnie spożycie alkoholu jest dużo większe niż niegdyś. Wczoraj i dziś jest to najłatwiej dostępny znieczulacz problemów.
Palenie – mam bardzo subiektywne spojrzenie na tę kwestię. Wiem, że to trucizna i przeciwny jestem paleniu. Podobnie jak wielu przeszedłem długi etap popalania… Przekonałem się, że aby zmusić się do palenia nałogowego trzeba mieć bardzo silną wolę. Ja nie mam to nie palę. Dlaczego popalałem? Bo palenie nie było tylko zjawiskiem higieniczno-medycznym, palenie było też pewnym zjawiskiem kulturowym. Pamiętam, że do domu moich rodziców przyjeżdżały palące ciocie, wujkowie, znajomi. W moim domu rodzinnym nie paliło się, bo matka nigdy tego nie robiła, a ojcu przeszła ochota na papierosy kilkadziesiąt lat przed tym jak stały się niemodne. Dom wypełniał się jednak dymem tytoniowym, gdy pojawiali się goście. Goście przyjeżdżali ze świata (chociaż głównie z Polski). Przywozili ze sobą wiadomości, opowieści, anegdoty, serdeczność. Dom wypełniała specyficzna mieszanka zapachu dymu, kawy i perfum. Jeżeli dziś zdarzy mi się gdzieś trafić na ten zestaw zapachów to zatrzymuję się, zapominam na chwilę o sprawach bieżących, wciągam głęboko nosem ten dym, te aromaty i… wspominam, wspominam, wspominam.
Myślę o tych zepsutych zębach. Faktem jest, że masowe problemy z próchnicą były dość częste. Czy coś się zmieniło? Co jakiś czas publikuje się raporty, z których wynika, że dalej mamy ogromne obszary występowania tego problemu. Pamiętam jednak, że niegdyś systemowo gabinet dentystyczny znajdował się w każdej szkole – dziś już nie. Niewiele też dziś refunduje się, jeżeli chodzi o zabiegi stomatologiczne. Pojawia się więc bariera finansowa. W biedniejszych rejonach próchnica nie jest więc zjawiskiem marginalnym. Powiedziała mi niedawno znajoma lekarka, często wyjeżdżająca do Francji, że tam pakiet refundowanych zabiegów stomatologicznych jest ogromny. Jednym słowem niejedno jeszcze pokolenie zepsutych zębów będzie wychowywać się na polskiej ziemi.
Patrzę na swoje najmłodsze dziecko i zastanawiam się, czy jego (Maciek lat 8,5) pokolenie jest radośniejsze od mojego. Ma większą ofertę zabawek. To fakt. Czy ja nie miałem zabawek? Pamiętam żądzę kupowania trudną do opanowania, gdy pojawiałem się w tak zwanej składnicy harcerskiej. Mój syn bawi się m.in. klockami lego. Oryginalnych lego nie miałem, ale za to moją ulubioną zabawą było składanie modeli samolotów, zwłaszcza tych pasażerskich. Była to zabawa wymagająca koncentracji. Trzeba było najpierw oddzielić od szablonów wszystkie elementy modelu, zadziory spiłować pilniczkiem do paznokci, całość skleić w kolejności procesu technologicznego określonego w instrukcji, dół kadłuba pomalować srebrzanką. Na koniec nałożyć dołączone kalkomanie (nalepki, ale inaczej się je nakładało). Samolot przybierał barwy jednej z światowych linii lotniczych. Miałem całą flotę statków powietrznych w swoim pokoju. Nie zamieniłbym się na bionicle. Może moje dziecko zainteresowałoby się zabawkami ojca? Pomyślę. Można jeszcze gdzieś kupić takie modele z gotowych elementów do samodzielnego składania? Tamte były enerdowskiej produkcji. Poza samolotami były jeszcze bardzo skomplikowane i żmudne w składaniu modele statków i systemy kolejek elektrycznych. Przedmiot zazdrości wśród chłopców. Jak myślimy, że w tamtych czasach zupełnie nic nie było to się chyba troszeczkę mylimy.
Patrzę na otoczkę fabularną życia dzieci. Dużo durnych kreskówek i jeszcze bardziej kretyńskich filmów dla młodzieży. Nie wszystko na szczęście jest złe. Lubię Pingwiny. W moim dzieciństwie oglądaliśmy „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech”, Marka Piegusa, Pana Samochodzika, czytaliśmy książki Niziurskiego, Bahdaja… Przygoda była na wyciągnięcie ręki. Nie wiązała się z koniecznością wyjazdu do Tajlandii czy na Majorkę. Odległe kraje w wyprawach Tomka Wilmowskiego, w cyklu Alfreda Szklarskiego, poznawaliśmy jako wyprawy kulturowe – nie wyjazdy do tropikalnych wczasowisk. To był nasz świat wirtualny.
Czy pokolenie obecnych dzieci żyje w świecie wirtualnym? Komputerowo i internetowo wirtualnym? Patrzę i potwierdzam. Zwłaszcza w niepogodę Mnie też to dotyczy. Signum temporis. Jaki ojciec taki syn. Ale niech zaświeci słońce. Komputer i internet tracą w oczach mojego dziecka na atrakcyjności, bo przychodzą koledzy. Idą wszyscy zakładać bazę pod werandą lub na drzewie w ogrodzie. Z taką determinacją z jaką ja niegdyś chciałem powołać do istnienia Klub Włóczykijów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz