niedziela, 24 listopada 2013

Droga z dołka

(Blog Zwierciadła - 2013.11.21)
Myślę, że kilka co najmniej osób w blogowisku Zwierciadła zastanawia się nad naturą zjawiska depresji. Trochę oczywiście za sprawą Pana Tomasza. Ale trochę tylko, bo ten jesienny impuls mógł nadejść równie dobrze z innej strony. Też o tym myślę – to taki temat powracający co jakiś czas. Ci, którzy nie mieli nigdy melancholijnych epizodów patrzą na pewno na ludzi ogarniętych tą przypadłością jak na tych, którzy mają fochy. Patrząc z boku, widząc tylko zewnętrzne objawy przypadłości i nie mając żadnych własnych doświadczeń można tak myśleć. Trochę inaczej wygląda to kiedy czujemy ten stan od środka. Wówczas wiemy jak w subiektywnym odczuciu wielki to problem, jak w stanie tym zmienia się obraz świata, jak falują emocje, jak ucieleśniają się lęki.
Czy osoby w depresji można pocieszać?… Dlaczego nie? Dwie są formy podejścia do ubezwłasnowolnionych depresją. Jedni ośmieszają ich stan mówiąc o konieczności brania się w garść. Inni wyrażają empatię pokazując, że znają stan ostrych zjazdów psychicznych z autopsji. Paradoksalnie oba podejścia są dobre i wcale się nie wykluczają. Ci współodczuwający często pomagają wytrwać czas terapii gdy trzeba zaadoptować się do tabletek chemicznej litości i zdarza się, że początkowo jest gorzej niż lepiej. Ci ośmieszający przypominają o istniejącej w oddali twardej rzeczywistości, w której wszystko nie jest tak pogmatwane jak w depresyjnych lękach. Przypominają, że gdzieś tam równolegle znajduje się rzeczywistość, w której jeszcze przed chwilą byliśmy i do której mimo wszystko zamierzamy wrócić. Nawiasem mówiąc ci twardo stąpający mają w oczach pacjenta trochę inną wartość, bo nie należą do klubu.
W pułapce lęków, przerażenia, psychicznej śmierci wszystko co nas dotyczy wydaje się złe. Zło panuje nad człowiekiem jak wymierzona kara. Trudno znaleźć tu cel i sens. Może jednak są tu jakieś korzyści? Depresja przychodzi jak dezintegracja osobowości, jak rozwolnienie umysłowe i jak choroba emocji skazanych na dużą impulsywność. Towarzyszący jej relatywizm wiedzy i rozchwianie systemu wartości muszą objawiać się silnym lękiem. Skąd to rozchwianie? Czasami tłumaczy to się tak – to skłonność indywidualna objawiająca się dysharmonią płynów ustrojowych odpowiadających za funkcjonowanie neuroprzekaźników. To bardzo wygodna formuła, bo umożliwia zrzucenie całej odpowiedzialności na biologię. Czy jednak zawsze tak jest? Pewnie, że w mocnym epizodzie wariują neuroprzekaźniki i często zastosowanie środków farmakologicznych stymulujących ich funkcjonowanie jest koniecznością. Ale wychodząc z dołka uświadamiamy sobie często to, że przed depresyjnym zjazdem były momenty, w których wystąpiliśmy przeciw samemu sobie, przeciw innym, przeciw higienie psychicznej. Teraz układając świat na nowo, na nowo kształtujemy system wiedzy, relacje z innymi i hierarchię wartości. Czy ta nowa wiedza nie jest więc jakąś nabytą korzyścią. Zauważamy przykładowo, że do tej pory jechaliśmy przez życie z nogą mocno wciskającą gaz, a tu nagle jakaś siła, wydawałoby się zewnętrzna, zatrzymała nas, przystopowała brutalnie wprowadzając w stan depresyjnej destrukcji.
Może nie zauważyliśmy, że nie jesteśmy w stanie tak dalej, szybko, dynamicznie, często bezmyślnie, powierzchownie? Być może w sytuacji gdy nie potrafimy sami przystopować, to bywamy gwałtownie zatrzymani w jakimś punkcie niejako wbrew nam samym?
I jeszcze jedno – kiedy już umrzemy psychicznie kilka razy, kiedy już oswobodzimy się z ataków paniki i zaczniemy układać wszystko na nowo, kiedy już wszystko zaczęło się rządzić nową logiką zauważamy, że te trudne doświadczenia dają nam nowe impulsy inspirujące nas do jakiejś nowej aktywności. Powrót aktywności jest jak powrót zdrowia. Gwałtowny powrót do normalności, rzeczywistości, codzienności może wywołać pewną ambiwalencję odczuć. Z jednej strony czujemy niepokój przed powrotem ekstremalnie niżowych stanów, z drugiej strony świadomość tego, że dołki pozwoliły nam dotrzeć do jakiejś nowej prawdy o samym sobie może wywołać tęsknotę za lekką deprechą – bo okazała się dość kreatywna. Może wszystkie procesy twórcze zawierają w sobie element melancholii i tylko uwarunkowania osobiste powodują, że jedni przechodzą to łagodniej inni ekstremalnie cierpią? W ogóle chyba cechą wielu osobowości kreatywnych jest nieumiejętność nie rozpędzania się. Żyją, pracują, rozpędzają się, coś ich gwałtownie stopuje, przeżywają rozstrój nerwowy, sraczkę umysłową, rozpad hierarchii wartości, rozchwianie systemu wiedzy, depresję z objawami mocnego dyskomfortu psychicznego i fizycznego, agonię psychiczną, korzystają z pomocy psychiatry, później zbierają się do kupy, wraca im aktywność, mogą znowu żyć i pracować, mają nowe pomysły, wdrażają nowe projekty, zaczynają się na nowo rozpędzać… I tak w kółko. Jeżeli ktoś amplitudę tego zachowania ma bardzo dużą to dostaje łatkę, że odstaje od normy psychicznej i społecznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz