niedziela, 24 listopada 2013

Kopczyk słów

(Blog Zwierciadła - 2013.11.16)

Policzyłem sobie, że od czasu gdy ostatni raz coś zapisałem na tym blogu, zdążyło narosnąć około dwadzieścia pięć stron wpisów. Słowa przesypują się jak w klepsydrze i rośnie z nich kopczyk. Specyficzny rodzaj czasomierza. Pełen refleksji, wspomnień, uwag… Mam za sobą czas, który nie owocował w myśl, która w tekst się układa. Lato zamieniło się szybko w jesień, a ta pomknęła w kierunku długich i ciemnych wieczorów, drzew bez liści i porannych chłodów.
Ta najciemniejsza pora roku obfituje w zupełnie inne wrażenia. Spacerując wieczorami po swoim mieście widzę, że jest wyludnione. Wrocław tłoczny latem teraz często zadziwia pustawym centrum. Sporo lokali opustoszało, wiele zamknięto… To nie tylko efekt jesieni. Zabudowania wyglądają dość mrocznie, przyciężko. Powietrze wilgotne i zimne nie sprzyja długiemu błądzeniu w sieci uliczek. Nadzieję budzą wnętrza oświetlone ciepłym światłem. Mimo wszystko chodzę, wędruję, zaglądam w ulubione kąty, podnoszę głowę, aby zobaczyć szczyty dachów, zaglądam w okna. Przypominam sobie jak wyglądały te miejsca niegdyś, w letniej aurze, w śnieżnej aurze, w odległych latach. To nie prawda, że listopad to najbrzydszy miesiąc w roku. Może to miesiąc najbardziej niesamowity. Miesiąc zwrotu do wewnątrz, miesiąc introspekcji, dumania. Idę dalej, oglądam, notuję w głowie.


ciekawość sprowadziła mnie
na schody wewnątrz stuletniej kamienicy
słyszałem szmer ich rozmów i muzykę
z patefonu
w szczelinie uchylonych drzwi ujrzałem
kapelusz cloche i cygaretkę
długą, czarną na dębowej komodzie
śpiew kantora wdarł się
z nieszczelnego okna od podwórka
obok na stole zapłonęły świece
sylwetki postaci wypełniły przestrzeń
przed budynkiem oficyny – synagogą pod bocianem
kilkadziesiąt lat temu zaczynał się szabas
i nie ma ich dziś
chociaż ich słyszę i czuję
w tych murach gęstych od cieni

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz