niedziela, 24 listopada 2013

Mimozy jesienne

(Blog Zwierciadła - 2013.11.19)
Pewnego dnia zauważył, że w codziennym pędzie zawodowym zaczyna wpadać w dziwny stan. Czuł się jak pędząca kula, która nie może zatrzymać się w miejscu, ponieważ siła bezwładu pcha ją dalej i dalej. Na oślep. Tak właśnie w niektórych momentach zachowywał się jego umysł. Skoncentrowany na jakimś przedmiocie analizy nie odrywał się już, nie przenosił na nowy przedmiot i trwał tak w jakimś mentalnym miejscu unieruchamiając procesy myślowe. Zauważył, że coraz więcej ma w pamięci takich pustych miejsc, gdzie powinny się znajdować wyrażone słowem znaczenia. Miejsca owszem są, słów brakuje. Nie mógł przypomnieć sobie imienia kolegi z rodzinnej miejscowości, nie udało mu się odtworzyć nazwiska reżysera ważnego filmu, oglądanego kilka tygodni temu w kinie. Czasami w trakcie rozmowy zacinał się nagle, bo wątek wywodu gdzieś mu umykał.
Prawdziwy niepokój poczuł wówczas gdy nagle serce zaczynało mu mocno łomotać pod żebrami, a dziwny szum wypełniał głowę. – Czy to zawał?! Zator?! – pytał. Na domiar wszystkiego czuł jakby głowa z unieruchomionymi oczami zsuwała mu się w dół, tak jakby winda zwoziła ją wzdłuż kręgosłupa w chwilach, gdy ciało wiotczało. Gwar rozmów ludzi obok przycichał, a obraz świata w oczach nabierał wydłużonej perspektywy. Rosło poczucie obcości w otoczeniu.
Kładąc się spać, zapadał gwałtownie w tępy sen, z którego przebudzał się w środku nocy po to, aby nasłuchiwać. Nasłuchiwać i myśleć. Myśleć i niepokoić się jakimś uciskiem krążącym w ciele i dającym o sobie znać co rusz to w nowym miejscu. Przy nawrocie arytmii serca zobaczył twarz swojej żony i przypomniał sobie o tym, że zapomniał niedawno o rocznicy ślubu. Zobaczył smutną twarzyczkę dziecka, które patrzy jak w wolny dla rodziny dzień ojciec wychodzi z domu, bo musi, bo takie ma zawodowe wyzwania, wymagające stałej aktywności. – Przyjemnej pracy! – wyszeptał synek.
Serce znów załomotało i ponownie ujrzał swoją żonę i dziecko, ale jego samego z nimi nie było. W ogóle nie było go już. – Wszystko spieprzyłem! – wyszeptał sam do siebie. Fala gorąca uderzyła mu do głowy i krople potu wyszły na czoło. Zawsze dotychczas mówił sobie, że to, czego nie robi odkłada tylko w czasie. Wszystko zrobi, wszystko naprawi. – Nie mam już czasu! Wszystko przepadło! – jęczał do siebie. Zwierzęcy strach paraliżował jego członki.
Mocne zdenerwowanie nie pozwalało mu usiedzieć w jednym miejscu. Nie pozwalało skupić uwagi na czymkolwiek. Nie poszedł do pracy. Kilka godzin spacerował po mieszkaniu chodząc z pokoju do pokoju, próbując wydeptać z siebie lęk. Odzywał się pojedynczymi słowami. Nie miał siły zatrzymać się aby rozmawiać. Rozmowa wydawała się ponad siły. Na szczęście nikt nie zmuszał go do gadania. W pewnym momencie włączył radio, aby zlikwidować ciężką ciszę. Dźwięki najspokojniejszej muzyki wydawały się męczącym hałasem, który rozbiegane myśli jeszcze bardziej rozpędza. Wszedł do pomieszczenia, w którym włączony był telewizor. Usiadł przed nim i patrzył tępo. Na ekranie grupa ludzi uczestniczyła w teleturnieju. Odpowiadali na pytania i wyznaczali następną osobę rzucając w jej kierunku piłką. W pewnym momencie widział już tylko mechaniczny ruch piłki między ludzkimi pionkami. Ruch sugerował jakąś przestrzeń kosmiczną. Przestrzeń bezmyślną, mechaniczną, automatyczną, bez Boga, bez istnień. Poczuł wzbierające w nim poczucie pustki w tej kosmicznej przestrzeni. Zapadł się w siebie. Lęk znowu paraliżował całe jego ciało.
Przekonany o poważnej, wrogiej, podstępnej chorobie poszedł następnego dnia do lekarza. Poszedł, podreptał , doczołgał się w zasadzie prosząc o pomoc. Lekarz potraktował go poważnie. Korzystając z miejscowego laboratorium zrobiono mu najważniejsze badania, ekg, nawet usg serca. Siedział teraz przed doktorem, który oglądał jego wyniki. – To tylko depresja – usłyszał. – Wszystkie wyniki są prawidłowe – stwierdził lekarz. Wypisał recepty na środki nasenne i tabletki przeciwdziałające melancholii. Zalecił odpoczynek i unikanie stresów.
Wiadomość o tym, że to nic śmiertelnego przyniosła chwilowe uspokojenie. Postanowił skorzystać z porady i zastosować leki. Wyobraził sobie szybką poprawę. Zdumiało go i przeraziło gwałtowne pogorszenie samopoczucia po zastosowaniu antydepresantów. Napady panicznego lęku, uderzenia gorąca, oczy w słup. Najbardziej bał się poranków. Sygnałem pobudki było kolejne uderzenia lęku w świadomość. Uderzenie wciskające głowę głęboko pod kołdrę. W pewnym momencie uświadomił sobie sprzeczne myśli. Z jednej strony miotał nim lęk przed śmiercią, z drugiej często myślał o tym, że gdyby umarł przestałby cierpieć.
Tak minął tydzień i połowa następnego. Z dnia na dzień zaczął pomału odzywać się do bliskich, rozmawiać z odwiedzającymi go przyjaciółmi. Zauważył, że rozmowy rozpraszają go. Lęki wracały w chwilach ciszy, samotności i milczenia. Coraz więcej było rozmów, coraz mniej milczenia. Któregoś ranka, miał niejasne przeczucie, że śnił o czymś przyjemnym, marzył o czymś, coś nawet planował. Przyszedł taki jesienny poranek, w którym poranne niebo nie było zasnute chmurami. Promyk słońca wpadał przez szybę do pokoju. Otworzył oczy, czuł, że się wyspał, że ciało ma luźne i wiotkie, ale nie bezwładne. Zobaczył synka bawiącego się klockami obok łóżka. Myślał o bliskich, obrazy z przeszłości nie budziły przerażenia – przeciwnie inspirowały w nieokreślony sposób do jakiegoś działania. Nie czuł lęku. – Chemia zadziałała! – pomyślał nieśmiało.

2 komentarze: