niedziela, 24 listopada 2013

Multirzeczywistość i kino

(Blog Zwierciadła - 2013.06.23)
Przeglądanie repertuaru pokazu filmów artystycznych przywiodło mnie do wspomnienia postaci Ryśka, działającego niegdyś w ruchu tzw. Dyskusyjnych Klubów Filmowych i prowadzącego jedną z najlepszych, jak często się mówi, placówek tego typu w Polsce. Ryszard Uklański, bo o nim mowa, był jedną z barwniejszych postaci Wrocławia. Tu, studiując historię sztuki, działał aktywnie w kulturotwórczym ruchu studenckim m.in. w Centrum Pałacyk i w Teatrze Kalambur. Swoje ogromne zainteresowanie sztuką filmową przelewał na pracę popularyzatora dzieł Dziesiątej Muzy. Prowadził przez wiele lat Dyskusyjny Klub Filmowy przy Domu Kultury Budowlanych w funkcjonującym tam kinie Mozaika. Dziś w obiekcie tym, niedawno zmodernizowanym, mieści się filia krakowskiej szkoły teatralnej. Ryszarda spotykałem trzykrotnie na ścieżkach życia. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele mu zawdzięczam, tak w zakresie kształtowania zainteresować, wrażliwości na sztukę, jak i budzenia potrzeb poznawczych. Nauczył mnie przede wszystkim tego, że do każdego dzieła, zwłaszcza trudnego w percepcji, trzeba podchodzić z cierpliwością i życzliwością. Nie należy zniechęcać się zbyt szybko, a trud interpretacyjny może zaowocować dużą satysfakcją i poczuciem rozszerzanie się świadomości o nowe lądy, o nową rzeczywistość, w którą podróżujemy poprzez kadr filmowy. To poczucie wielowymiarowości rzeczywistości osiąganej dzięki systematycznej percepcji obrazów filmowych było niezwykle intensywne. Film umożliwiał podróż w te inne światy dzięki temu, że z jednej strony operował obrazem, z drugiej przynosił fabuły, historie innych ludzi, żyjących w mniej lub bardziej odległych miejscach, ukazywał wydarzenia osadzone w odmiennych kontekstach kulturowych. Było to niezwykle ważne kilkadziesiąt lat temu, w czasach realnego socjalizmu i zamkniętych granic. Kino było oknem na świat. Dla wielu osób jedynym. Pomysł na powołanie instytucji Dyskusyjnych Klubów Filmowych dawał możliwość kontaktu z ważnymi dziełami kina europejskiego i światowego nawet wówczas, gdy obrazów tych z powodu wygaśnięcia licencji nie można było wyświetlać już w sposób masowy. Wykorzystywano tu furtkę umożliwiającą projekcję filmów policencyjnych dla ograniczonej, studyjnej publiczności. Dzięki temu DKF-y słynęły popularnością z pokazów dzieł jednego twórcy, czy też jednego gatunku.
Pamiętam, że pierwszy raz spotkałem Ryszarda Uklańskiego w połowie lat siedemdziesiątych. Byłem uczniem podstawówki. Moi rodzice chodzili co tydzień na projekcje studyjne do Budowlanych – ja też. Ale o wcześniejszej porze, bo przed projekcjami filmów dla dorosłej publiczności miały miejsce pokazy filmów dla dzieci. DKF Rysio-Pysio, jak głosiły afisze, zapraszał nas na bajki i filmy przygodowe. Zwyczajem Uklańskiego było poprzedzić każdą projekcję, wstępem, informacjami o filmie i jego twórcy, występujących aktorach i kontekście artystycznym. Kochał mówić do ludzi. Kochał mieć audytorium. Takie prelekcje przed projekcją robił dorosłym, takie wstępy były przed wyświetlaniem filmów dla dzieci. Charakterystyczny wygląd Ryszarda budził dziecięcy entuzjazm. Bo był on niewielkiego wzrostu, krępej postury, w zasadzie łysy, z niewielkim szlaczkiem włosów z boków i z tyłu, miał brodę (czarną wówczas), ale bez wąsów. Wyglądał ekscentrycznie jakby ocenili to starsi, dzieci mówiły, że krasnal. Oglądaliśmy m.in. bajki Disney’a – w telewizji można je było oglądać wtedy zazwyczaj na święta, tak jak na święta pojawiały się pomarańcze. Zapamiętałem jednak coś więcej. Był w tamtych czasach dostęp do dość bogatej oferty produkcji dla dzieci kinematografii Związku Radzieckiego. Celowo użyłem liczby mnogiej, bo były to nie tylko obrazy z Mosfilmu, ale często też takie, które powstały gdzieś daleko w kinematografiach wschodnich republik. No i poznawaliśmy dzięki temu baśnie w orientalnej scenografii i takiż kostiumach. Pamiętam, że zupełnie dobre.
Kilka lat później dołączyłem do dorosłej widowni DKF-u. Było to w okolicach stanu wojennego i krótko po nim, w moich czasach licealnych. Był to okres najbardziej intensywnej edukacji filmowej. Dziś pamiętam głównie pokazy monograficzne. Pamiętam Orsona Wellesa i jego Obywatela Kane’a i entuzjazm Ryszarda opowiadającego historię słuchowiska radiowego Wojna Światów, przygotowanego w 1938 r. przez Wellesa, słuchowiska, które wzbudziło panikę wśród mieszkańców New Jersey, którzy fikcję audycji wzięli za rzeczywistość i uwierzyli w inwazję Marsjan. Pamiętam też pokaz filmu Dama z Szanghaju, pamiętam Hamleta – niezwykłą filmową adaptację dramatu Szekspira. Były to filmy czarno-białe (mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, aby w ramach konserwacji i digitalizacji pokolorować je). Ważne w edukacji filmowej było ówcześnie kino włoskie. Oczywiście Federico Fellini i jego osławione Osiem i pół, jak również tak niezwykłe obrazy jak La strada czy Noce Cabirii. Szczególnym sentymentem darzę kino Michelangelo Antonioniego. Jego czarno-białą PrzygodęNoc iZaćmienie oraz barwną już Czerwoną pustynię. Filmy z intrygującą, posiadającą tajemniczo-subtelny uśmiech, Monicą Vitti. Kino Antonioniego kupowałem bardziej niż osławionego Felliniego. Było to kino trudnych relacji między postaciami fabuły, relacji opartych na dialogach, w których milczenie często zastępowało słowa, a przestrzenią akcji był często obszar nowoczesnej włoskiej architektury blokowej, przestrzeni jakiejś takiej pustej i depresyjnej. Później było Powiększenie, brytyjski film włoskiego reżysera, chyba jego magnum opus, film o ekscentrycznym i ekstrawaganckim fotografie, o granicy między zmyśleniem a rzeczywistością. W kadrze piękne modelki, luksusowe wnętrza i samochody, morderstwo w tle procesów twórczych i bardzo mocna, jak na owe czasy, scena erotycznego zbliżenia. Wówczas scena szokująca pomimo tego, że nic nie było widać. Mocniejsze sceny w filmie Bernardo Bertolucciego Ostatnie tango w Paryżu powstały kilka lat po produkcji Powiększenia. Jeszcze jeden obraz włoski muszę tu przywołać. Mam w pamięci Śmierć w Wenecji Luchino Viscontiego. Perfekcyjnie dopracowany filozoficzny obraz refleksji nad złożonością piękna, nad końcem jakiejś epoki kulturowej, nad śmiercią.
To, co z perspektywy czasu widoczne, to przewaga kina europejskiego w pokazach studyjnych nad kinem amerykańskim. Uklański pokazywał w swoim klubie filmowym wiele filmów francuskich, angielskich (np. zapomnianego dziś Josepha Losey’a), hiszpańskich. Niezwykłą popularnością cieszyły się pokazy odrealnionego kina Luisa Buñuela (Dyskretny urok burżuazjiWidmo wolności). Twórca ten zaczynał niegdyś – w okresie kina niemego – od obrazów surrealistycznych przygotowywanych wspólnie z Salwadorem Dali. I te filmy także oglądaliśmy. Ważny był także etap meksykański hiszpańskiego twórcy – widzieliśmy m.in. przywołany ostatnio z lamusa historii (przez TVP Kultura) filmAnioł zagłady.
Mógłbym tu jeszcze pisać o niezwykłej popularności filmów Ingmara Bergmana, o ciężkim psychologicznym klimacie jego opowieści, ukazanych w północnej skandynawskiej scenerii… Mógłbym przywołać wspomnienia projekcji filmów jugosławiańskich – było tego sporo, różnych twórców, było to kino sprzed Kusturicy. Ale chciałbym powiedzieć jeszcze o tym, że w DKF-ie Uklańskiego nie zabrakło polskich filmów. Był oczywiście Wajda, Zanussi, czy Piwowski, był Marek Koterski, ale twórcą cieszącym się specjalnymi względami Ryszarda zawsze był Grzegorz Królikiewicz – twórca kina lekko eksperymentalnego. Można było powiedzieć, że często było to laboratorium filmowe wybijające standardowego widza z jego odbiorczych przyzwyczajeń. Ryszarda Uklańskiego i Grzegorza Królikiewicza łączyła prywatna znajomość i jakiś rodzaj przyjaźni. Reżyser był kilkakrotnie gościem klubu. Uklańskiemu zależało na zaprezentowaniu nie tylko dzieł, ale poprzez animowaną dyskusję również samego twórcy. Rzeczą karkołomną – wydaje się – było pokazywanie takiej nieselekcjonowanej publiczności (często byli to zwykli pracownicy Pafawagu czy Dolmelu mieszkający na pobliskim osiedlu) filmów takich jak Na wylotTańczący jastrząbZabicie ciotki, czy Fort 13. Może zwykła, masowe publiczność miała kiedyś więcej chęci i samozaparcia do kontaktu ze filmem artystycznym?
Ryśka spotkałem po raz trzeci w latach dziewięćdziesiątych. Mówię Ryśka, bo był to etap zbliżenia i przyjaźni. Ja pracowałem w lokalnej gazecie, on uzupełniał lata do emerytury pracując w Muzeum Narodowym. Nie było już DKF-u, praca jego w muzeum polegała głównie na wyświetlaniu filmów o sztuce wycieczkom szkolnym. Spotkałem go na jakimś wernisażu sztuki współczesnej i rozczuliłem wyznaniem, ze chodziłem na seanse Rysia-Pysia. Nasze ścieżki schodziły się między innymi u pani Ani Turzańskiej prowadzącej Kino Studyjne Polonia. Oglądaliśmy filmy i rozmawialiśmy o nich. Był to nowy etap obcowania z wytworami Dziesiątej Muzy. Etap kina Krzysztofa Kieślowskiego, filmów Gus Van Santa, Petera Greenaway’a i Wima Wendersa z jego fenomenalnym Niebem nad Berlinem. Kiedy Greenaway oszołamiał malarskością kadru filmowego, wspomniany film Wendersa emanował poetyckością. Rysiek był osobowością towarzyską. Uwielbiał spotkania, biesiady, rozmowy, dyskusje. Mieszkał samotnie, spotkania z ludźmi były więc dla niego całym światem relacji interpersonalnych. Miałem wrażenie, że w domu tylko nocował. Chociaż nie był tak zupełnie pozbawiony relacji rodzinnych, bo pamiętam, że miał dziecko, z nieformalnego związku z aktorką teatralną. Raz jeden widziałem go z córką. Było to na Rynku podczas działań plastycznych. Na oczach widzów rosła instalacja, w powstawaniu której głównym materiałem były wycinane z lodu kształty. Pamiętam, że ujął mnie widok tego, jak Ryszard trudne wytwory współczesnych sztuk plastycznych przyjmuje za dobrą monetę i stara się znaleźć do nich jakiś swój klucz interpretacyjny. Tego dnia starał się przybliżyć sztukę swojemu dziecku, pokazać ją jako coś interesującego i wartościowego. Cechował go zapał poznawczy. Nic się w tej kwestii nie zmieniało pomimo upływu lat. Tą zachłannością na poznawanie zarażał innych, w tym mnie. Bo życie jest ciekawsze gdy nasze potrzeby poznawcze nie gasną po skończeniu szkół. Uświadomiłem sobie kiedyś, że potężna różnica wieku zupełnie nas nie dzieli i w jakiś sposób uzupełniamy się. On otwierał mi oczy, dzięki niemu miałem wrażenie rozwijania się a nie zamykania, ja pomagałem mu w pewnej jego drobnej niedoskonałości. Całą swoją wiedzę, swoje refleksje mógł wypowiadać w rozmowach czy prelekcjach, nie mógł ich jednak zapisywać. Jak sam się przyznał, siadając nad kartką papieru doznawał pierzchania myśli. Złośliwi mówili, że cierpi na rozwolnienie umysłowe. Stwarzałem mu nadzieję na to, że pewne rzeczy mogą zostać mimo wszystko zapisane, utrwalone w tekście. Choćby takim publikowanym w codziennej gazecie. W ten sposób powstał kiedyś artykuł o planach Ryszarda na stworzenie w Muzeum Narodowym nowego działu – działu kinematograficznego. Wiedziałem pisząc, że jego wizja ma niewielką szansę na realizację, ale nie miałem oporów w opisaniu wizji, która miała zostać tylko i wyłącznie marzeniem starszego pana. Pana, który kochał kino ponad wszystko.
Poza zachowanymi potrzebami chłonięcia sztuki i filmów, jako sposobu opowiadania o świecie, zapamiętałem jeszcze jedną cechę Ryszarda. Był mężczyzną z krwi i kości i całe życie wielbił kobiety, lubił na nie patrzeć i wzrok mu błyskał kiedy jakaś atrakcyjna dziewczyna pojawiała się w pobliżu. A kiedy zdarzało się, że w bezpośrednim sąsiedztwie pojawiała się kobieta o stroju i typie zachowaniu lekko prowokującym łapał się dłońmi za skronie, lekko uśmiechał i kręcił głową tak, jakby chciał mówić: nie, nie, nie… NIE!
Pamiętam, że towarzyszył mi w pracy dziennikarskiej i starał się mnie wspierać. Pewnego dnia do Kina Polonia przyjechał Grzegorz Królikiewicz. Była to planowana wcześniej prezentacja filmu Przypadek Pekosińskiego. Film dokładnie trzy dni wcześniej otrzymał główną nagrodę Festiwalu w Gdyni – Złote Lwy. W kinie zaroiło się od dziennikarzy, którzy przyszli po wywiad. Wszyscy ustawili się w kolejce, ja na końcu. Zrobiło się nieprzyjemnie. Przede mną gromy spadały na głowy tych, co przede mną. Reżyser zachowywał się jak rygorystyczny egzaminator uczelniany. Oskarżał ludzi o braki w warsztacie dziennikarskim, o dyletanctwo, o nieumiejętność zadawania pytań, o brak umiejętności prowadzenia rozmowy. Stres! Dwie dziewczyny obrażone uciekły z kina. Ryszard przeszedł wzdłuż kolejki osób, podszedł do mnie i powiedział: Ty się nic nie przejmuj, znasz jego twórczość, wiesz co to za kino, potrafisz… Łatwo powiedzieć. Mimo wszystko napięcie udzieliło mi się. Przyszła moja kolej, zadałem pytanie. Zobaczyłem wyraz skupienia na twarzy Królikiewicza, zaczął mówić. A potem wszystko poszło lawinowo, bo po kolejnych pytaniach Królikiewicz wpadł w rodzaj transu i wyraźnie skupił się na tym, co chce powiedzieć zapominając o otoczeniu. Kątem oka zauważyłem, że w tle Rysiek wykonywał jakiś dziwny taniec. Kołysał się, przestępował z nogi na nogę, podnosił ręce do głowy i opuszczał je… Kiedy skończyłem rozmowę przytańczył do mnie i ściskając za ramię powiedział z naciskiem – Tylko Tobie się dziś udało. Poczułem się jak na meczu. Kibicował mi.
W ten sposób minęło dziesięć lat. Pod koniec tego okresu nasze kontakty stały się rzadsze. Zajęty byłem planowaną wyprowadzką z miasta na jego peryferia. W dniach samej wyprowadzki spotkałem przypadkiem Uklańskiego na jednym z targowisk w centrum Wrocławia. Był jakiś przygaszony, nieobecny, małomówny, sprawiał wrażenie zaniedbanego, prawie kloszarda. Rozmowa nie kleiła się. Kiedy trochę później, mieszkając już w nowym miejscu przypomniałem sobie o nim i zacząłem planować kontakt, znalazłem nekrolog. Informacja ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy RP donosiła, że zmarł po krótkiej i ciężkiej chorobie. Zmarł dwa tygodnie po naszym przypadkowym spotkaniu. Dalej było kilka zdań tytułem rysu biografii i zdjęcie. Na zdjęciu jego wzrok przenikający coś obok kamery. Pamiętam jak często patrzył na mnie tym wzrokiem. Zdjęcie zachowałem. Dziś ponownie obejrzałem je widząc Ryśka dokładnie takiego, jak go pamiętam. Jakby czas nie upłynął. Jakby nie umarł. Tęsknię za nim.


(Ryszard Uklański zmarł we Wrocławiu 24.06.2004. r. Obok zdjęcia użytego w nekrologu umieszczam kadr z filmu Andrzeja Barańskiego – Wolne chwile (fot. W. Urbanowicz). Ryszard czasami pojawiał się również z drugiej strony ekranu – grał w epizodach.)

2 komentarze:

  1. Wspominałam Rysia i trafiłam na Pański tekst. Bardzo piękny. Dziękuję.
    http://papieroweogrody.blogspot.com/2015/03/w-soncu-wrocaw.html

    OdpowiedzUsuń