niedziela, 24 listopada 2013

Pochód

(Blog Zwierciadła - 2013.06.08)
Poranek i godziny dopołudniowe były ciepłe, słoneczne. W głównej alei miasta pęczniał tłum. O pełnej godzinie środka dnia ruszył potok ludzi. Pochód wyglądał jak szara wstęga przesuwająca się korytem ulicy. Ruszył marsz uwielbienia. Uczestnicy ubrani byli w szare lub czarne powłóczyste szaty. Była to zazwyczaj zarzucona na ramiona peleryna, czasami długa suknia lub rodzaj lekkiego płaszcza. Ponad kroczącymi zaczęły się wzbijać pierwsze dźwięki rodzącej się pieśni. Pieśń, jak pradawny hymn unosiła się w powietrzu i wznosiła nad miasto. Wszystkie usta śpiewały. Najpierw powoli, jakby nieśmiało, za chwilę pełną mocą. Hymn wznosił się i opadał. Śpiewany był równo, tak jakby powstawał nie w setkach ust, lecz w jednym ponadludzkim instrumencie. Momenty wzrostu muzycznego napięcia wyzwalały, emocje i jakby oczyszczenie w umysłach kroczących. Łzy płynęły po twarzach, a oczy wznosiły się w błękitną przestrzeń. W pewnym momencie, w czasie kolejnego wzrostu natężenia, ponad głowami szarawego tłumu rozwinęły się biało-złote sztandary. Zaczęły delikatnie łopotać na słabym wietrze. Szaro-biało-złota rzeka płynęła w górę alei.
Gdzieś tam z bocznej ulicy, jak z bocznego dopływu strumienia zaczęły docierać inne dźwięki. W głębi ulicy przestrzeń wypełniała duża grupa ludzi. Dominował brązowy kolor. Ten brąz wynikał z faktu, że ludzie ci mieli nagie torsy, ramiona, brzuchy i piersi, a mocno opalona skóra połyskiwała kakaowo w słońcu. Boczną ulicą alei kroczył pochód radości i życia. Nagie biusty kobiet przyozdobione były kolorowymi malunkami. Farba pokrywała półkule piersi jakby freskiem. Pokrywała powierzchnię szczelnie od nasady wypukłości po sterczące sutki. Zobaczyć można było coś jakby rozwarte kielichy kwiatów lub barwne plamy, gdzie żywe kolory przelewały się z jednego w drugi jak paski w tęczy. Czasami pierś przyozdabiały grafiki wzięte z wzorców jakiejś starożytnej cywilizacji. Piersi huśtały się delikatnie z góry na dół, z dołu do góry w rytm kroków marszu. Poniżej brzucha zobaczyć można było bardzo krótkie spodenki opinające szczelnie biodra i pośladki, uwydatniające ich kształt. Czasami zamiast spodenek dziewczyny ubrane były w króciutką spódniczkę w kwietne wzory.
Panowie eksponowali nagie, opalone torsy, często emanujące klasyczną rzeźbą mięśni. Poniżej ubrani byli w elastyczne spodnie przylegające do ciała jak rajstopki. Spodnie te miały z przodu woreczek, w którym mężczyźni nosili swoje przydatki. Woreczki były większe, mniejsze, zależnie od zawartości. Miały często kolorowe wzorki, podobne do fresków na piersiach kobiet. Czasami woreczek wykonany był z półprzeźroczystej materii lub ażurowej siateczki. Uśmiech rozpromieniał twarz uczestników marszu. Twarze emanowały pogodnym nastrojem i wewnętrznym poczuciem szczęścia. Ludzie szli trzymając się za ręce, śpiewając wesołe piosenki, kołysząc biodrami w rytm melodii.
Kiedy pochód główny dotarł do połowy alei, w jej kolejnym dopływie, z drugiej strony miasta dała się zauważyć jeszcze jedna masa ludzka. Wstęga pochodu składała się z różnobarwnych plam. Był to wynik tego, że ludzie ci ubrani byli w jednolite t-shirt’y. Szli grupami: zieloną, czerwoną , żółtą, niebieską. Z tej strony miasta do alei głównej docierał pochód Bractwa Stuły. Stuły, przewieszone przez kark, powiewały na piersiach wszystkich uczestników pochodu. Były one pokryte charakterystycznymi symbolami i wzorami. Różnymi dla różnych kolorów koszulek. Tłum wypełniał gwar rozmów, śmiechów i okrzyków. Na przedzie kroczył zespół werblistów, którzy cały czas wystukiwali powtarzającą się frazę dźwięków narzucających żywy rytm. Czasami od czoła pochodu do jego końca przelatywał zaśpiew intonowany przez przewodnika idącego z mikrofonem za werblistami. Kiedy pierwszy dźwięk zaśpiewu pojawiał się na ustach tylnych szeregów, ostatnie jego dźwięki wydobywały się z gardeł tych na przedzie. W środkowej części pochodu jechała platforma z ogromną cysterną. Wszyscy uczestnicy marszu trzymali w dłoniach kryształowe naczynia zawierające złoty napój. Napój ten nalewano z kilku kranów widocznych na platformie.
Nagle w gwar wielkomiejskich pochodów wdarły się nowe, obce dźwięki. Były to dźwięki kamienno-metaliczne odbijające się echem od ścian i budynków. Dźwięki początkowo nieliczne, następnie coraz częstsze i głośniejsze. Były to dźwięki podkutych końskich kopyt stukających o uliczny bruk. Daleko z przodu, przed czołem pochodów, ukazał się potężny oddział konnicy. Postacie w siodłach wyróżniał kolorowy i geometryczny ubiór. Wszyscy mieli charakterystyczne – o pudełkowatej konstrukcji – nakrycia głowy. W prawym ręku trzymali jakieś długie przedmioty z doczepioną, powiewającą wstęgą. Oddział lekkim truchtem zbliżał się do czoła potrójnego pochodu. Tłum zatrzymał się, zamilkł i zamarł.
Do pierwszego szeregu dotarli ułani – strażnicy prawej wolności. Konie ustawione w szpaler – jeden, drugi – utworzyły trzy korytarze. Po chwili w korytarze te weszli ludzie. Kilkadziesiąt minut później w miasto popłynęły znowu trzy pochody, trzy różne pochody, w trzy różne strony grodu. Kolejny raz ułani zapobiegli mieszaniu wartości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz