niedziela, 24 listopada 2013

Powroty

(Blog Zwierciadła - 2013.07.28)
Po czasie górskich wędrówek nastał czas powrotu. Czy może nawet powrotów, bo wraca się nie tylko fizycznie do miejsca stałego zamieszkania, ale również psychicznie do różnych wątków porzuconych wcześniej na rzecz kontemplowania natury, krajobrazów, wakacyjnej siesty. Często wraca się też nieuchronnie do rzeczy, które samoczynnie się narzucają na skutek rozmaitych skojarzeń, czy innych pretekstów. I nie ma przed tym ucieczki.
Opuszczamy Zakopane kierując się na Czarny Dunajec, żeby choć w części ominąć zakorkowaną Zakopiankę. Na trasie Chochołów. Wygląda jak jeden wielki skansen, chociaż skansenem nie jest. Tradycyjne góralskie drewniane budynki. Tu w bardzo ciasnej zabudowie. Ta niezwykle ciasna zabudowa odróżnia miejscowość od innych wokół. Podobno zdarza się, że zagraniczni przybysze przekonani są, że mają do czynienia z prawdziwym skansenem, w którym wszystko odgrywane jest dla potrzeb atrakcji turystycznej. Potrafią wparować w środek rodzinnego obiadu i fotografować siedzących przy stole. Chochołowianie burzą się ponoć i mówią, że niebawem zaczną wyburzać to, co jest i budować nowe według współczesnych nie rzucających się w oczy standardów.
Przy kamiennym kościółku zbudowanym w stylu neogotyckim plansza z historią nieudanego powstania Chochołowian przeciwko zaborcom. Władze austriackie wykorzystały sprytnie animozje będące pomiędzy mieszkańcami okolicznych miejscowości. Rozpuszczono wśród ludności wieść, że Chochołowianie idą na nich po to, aby ich ograbić. W ten sposób powstanie stłumione zostało rękami mieszkańców Czarnego Dunajca. Kościół, który powstał później został na pamiątkę tego wydarzenia tak ustawiony do stron świata, aby Święty w środku stał tyłem do Dunajca wyrażając tym swoją dezaprobatę dla postępku jego ludności.
W czasie gdy my oglądamy kościół drogą przejeżdżają na sygnale dwaj policjanci na motocyklach i jeden radiowóz. W ślad za nimi jedzie trójka kolarzy. Jadą od strony Słowacji. Trafiliśmy na jakiś lokalny wyścig, bo ten najbardziej znany rusza tego samego dnia, ale „z ziemi włoskiej do Polski”, czyli w nieco innej okolicy. Po chwili przez Chochołów przejeżdża większa grupa kolarzy i samochody obsługi. Później jeszcze kilku. Wydaje się, że przejechali wszyscy. Jedziemy i my. Kilometr dalej na rogatkach wsi patrol policyjny zmusza nas do skręcenia w prawo. Zostałem potraktowany jak obsługa wyścigu. Jest tak jak z włączeniem się w kolumnę transportu wojskowego w trakcie wojny, gdzie o kierunkach ruchu wszystkich pojazdów nie decydują już kierowcy tylko obsługa transportu. Czuję się ubezwłasnowolniony. Wcale nie jest łatwo wyrwać się z kolumny wyścigu. Udaje nam się w końcu, ale jedziemy gdzieś naokoło trzeciorzędnymi drogami. Docieramy do Czarnego Dunajca, a stamtąd do Chabówki i Rabki Zdroju, gdzie wjeżdżamy na Zakopiankę. Wjeżdżamy na moment, bo przed nami kolejka oczekujących na dojazd do Krakowa. Korygujemy plan podróży i na najbliższym skrzyżowaniu odbijamy na Wadowice. Ominiemy w ten sposób cały odcinek autostrady A4 między Krakowem a Katowicami. Może i dobrze, bo opłata za te osiemdziesiąt kilometrów przejazdu to zdzierstwo. Czterokrotnie wyżej w przeliczeni na każdy kilometr niż na kolejnym odcinku płatnym.
Pod Wadowicami budowany jest nowy zbiornik retencyjny. Oglądam linie betonowych brzegów i tamę. Wyobrażam sobie jak będzie wyglądała ta przestrzeń gdy zbiornik wypełni woda. Powstanie jezioro chyba niemalże tak duże jak Solina. Tak mi się wydaje. I nic już nie będzie takie jak wcześniej.
W Wadowicach zatrzymujemy się w pobliżu bazyliki. Wysiadamy i uderza nas żar. Dotkliwie odczuwalny gdy wysiada się z klimatyzowanego samochodu. W pierwszej chwili wydaje się, że można zemdleć. Na placu prowadzona przez przewodnika wycieczka Włochów, którzy podążają śladami Jana Pawła II. Włoski język, śródziemnomorska temperatura i parność też taka jak z niektórych rejonów Italii. Po wyjściu z bazyliki, kierujemy się do pobliskiej cukierni na coś orzeźwiającego i trzeźwiącego, czyli zimną wodę mineralną i kawę ekspresso. Dzieci pomimo upału decydują się spróbować papieskie kremówki. To ciastka, które kojarzę z dzieciństwa pod nazwą napoleonek. Jakiś czas temu widziałem we Wrocławiu, jak z okazji jakiejś rocznicy pojawiły się ciastka nazywane papieskimi kremówkami, ale wyglądały inaczej niż te tu. Były to rury z kremem (nie mylić z waflowymi rurkami z bitą śmietaną), zrobione chyba z ciasta francuskiego.
Nasza podróż biegnie przez Oświęcim i Tychy do Katowic i zjazdu na autostradę. Dojechawszy do Oświęcimia widzę znak, który uświadamia mi, że kierunek mojej podróży i szlak do Muzeum Auschwitz jest taki sam. Przynajmniej na razie. Po prawej stronie drogi wielkie bocznice kolejowe ogrodzone betonowymi ogrodzeniami ukoronowanymi drutem kolczastym. Należę do pokolenia, któremu w procesie wychowania i edukacji wpojono i wprasowano w mózg świadomość zbrodni. Dużo bardziej niż moim niemieckim rówieśnikom. Dlaczego tak?… Uciekam całe życie przed zbrodniami świata tego, a one i tak gdzieś tam przypominają mi się. Żar leje się z nieba, obok industrialne widoki kolejowej przestrzeni przeładunkowej. Nie chciałabym, aby moja trasa wypadła w pobliżu muzeum obozu koncentracyjnego – nie dziś. Przy szacunku dla ofiar hitlerowskiej rzezi docieram do przekonania, że zbliżając się do miejsc zbrodni w jakiś sposób brudzimy się nią… Może ta refleksja to wynik tego żaru na zewnątrz samochodu?
Mijam Tychy i montownię Fiata docieram do A4 i monotonną autostradą docieram do Wrocławia. Stąd już tylko mały skok do moich Obornik Śląskich. Jest godzina dwudziesta pierwsza gdy docieramy na miejsce. Żar nie ustępuje. W przestrzeni geograficznej, gdzie zimne dni wypełniają statystycznie większą część roku nie można mieć nic przeciwko upałom. Jak też nie mam, a nawet je lubię. Ale wolę gdy upałom towarzyszy mniejsza wilgotność powietrza.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz