niedziela, 24 listopada 2013

Spotkać się znowu...

(Blog Zwierciadła - 2013.05.27)
Pamiętam, że zawsze dążył do kreacji artystycznej. Marcina poznałem po maturze. Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, ale nie chodziliśmy do tej samej szkoły. Nie chodziliśmy, bo on pojawił się w moim mieście gdzieś na etapie nauki w liceum. Przyjechał z rodzicami z Górnego Śląska. Poznaliśmy się tak po prostu. Chyba było to w tramwaju. Jakieś zdarzenie, w którym razem uczestniczyliśmy. Patrzył mi w oczy i uśmiechał się… Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że mamy wspólne tematy, wspólne zainteresowania i przede wszystkim podobne dążenia dotyczące przyszłości.
Później byłem obserwatorem tego, jak Marcin poprawia złe decyzje dotyczące kierunków kształcenia. Jego ojciec inżynier przemówił mu do rozsądku. Tylko politechniczne zawody, to zawody dla faceta, który ma w przyszłości założyć rodzinę, być ojcem, dbać o dom… No i Marcin rozpoczął studia na wydziale mechanicznym. Bardzo szybko przekonał się, że to nie dla niego. Nudził się na zajęciach. Najbardziej pasjonującym wykładem była ekonomia polityczna, bo wykładowca posługiwał się słowami, a nie cyframi. Postanowił uciec i zacząć wszystko od nowa. Zagrażała mu służba w armii. Nie można było przenieść się tak po prostu z uczelni na uczelnię, z kierunku na kierunek. Wiedział, że musi zdawać ponownie egzaminy wstępne i już zaczął się do nich przygotowywać. Nie miał woli uczyć się przedmiotów politechnicznych i przystępować do sesji. Jedynym wyjściem z impasu było znaleźć sposób na urlop dziekański. Na pierwszym roku możliwy był jedynie urlop zdrowotny. Marcin kombinował więc… Kropił krew do moczu odnoszonego do badań laboratoryjnych, kładł się do szpitala… Jest niemożliwe, aby lekarze nie połapali się w tym, że blefuje, ale osiągnął swoje. Dostał taki wypis, który dał mu możliwość ubiegania się o dziekankę.
Potem poszedł na całość. Aby nie mieć do siebie pretensji o to, że nie postępował konsekwentnie pojechał zdawać egzaminy na reżyserię filmową w Łodzi. Bo film był jego ogromną fascynacją. Nie miał żadnych szans. Ale sam sobie tych szans nie odbierał, a tak stałoby się, gdyby na łódzkie egzaminy nie pojechał. Chwilę później złożył egzaminy na uniwersytecką polonistykę i dostał się. Polonistyka skupiała wówczas wielu takich, którzy mając artystyczne ciągoty nie mieli możliwości artystycznie studiować.
Teraz nastąpiły miesiące i lata rozmów, wspólnych doświadczeń, dużego zbliżenia wrażliwości i dążności. Zawsze coś pisał do szuflady. Studia trochę hamowały zapędy twórcze, bo trzeba było wdrożyć się w proces historycznoliteracki i w gramatykę opisową, ale zawsze zostawał margines czasu na indywidualne dociekania, refleksje… Na bunt przeciwko światu i systemom determinującym życie ludzkie.
Pamiętam tło muzyczne naszych spotkań, rozmów, werbalizowanych wyobrażeń. Słuchaliśmy piosenek z poezją. Śpiewał Bajor, Grechuta, Demarczyk, Długosz… Z rzeczy obcych leciały piosenki The Doors (był jakiś powrót mody na głos Jim’a Morrison’a).Poza tym The Cure, Joy Division, Sade, Dead Can Dance (dobry podkład do myślenia) i kilka wynalazków tamtych czasów, które odeszły do lamusa – m.in. Soft Cell i The Art of Noise. Muzycy tej ostatniej formacji dochodzili do wniosku, że w ścieżce dźwiękowej ich utworów co dwie sekundy musi się coś wydarzyć, bo inaczej słuchacz się nudzi.
Oczywiście, że było sporo spotkań takich na nietrzeźwo. Na przykład wówczas gdy poszliśmy do Janka i spędziliśmy noc na filozofowaniu, rozmawianiu o literaturze, o filmach i teatrze. Mieliśmy wrażenie potęgi. Tego, że wszystko co fascynujące jest przed nami i wydarzy się. Po północy rozpoczęliśmy proces twórczy. Przyniosłem aparaty fotograficzne, statywy i lampy halogenowe. Zmienialiśmy przestrzeń do kreacji przed obiektywem. Z punktu widzenia starszych Janka, którzy następnego dnia wrócili do domu, zrobiliśmy jedynie paskudny bałagan. Ale kilka zdjęć miało później sporą popularność wśród naszych znajomych. Podobały się te sylwetkowe, robione we framudze drzwi pod światło, z oparami tytoniowymi w tle. Najbardziej podobało się zdjęcie z woskiem. Janek poświęcił się trochę aby zrealizować nasz plan. Trzymał w ręku klasyczny świecznik i pozwolił, aby spływający wosk płynął i zastygał mu na dłoni. W tle ustawiliśmy reprodukcję Tancerek Degasa. Światło z boku uplastyczniło kaskady spływającego i zastygającego wosku. Zdjęcie to powielone później w kilku egzemplarzach i włożone w antyramy trafiło na stałe na ściany w kilku domach. Być może do dziś tam jest.
Poznałem Ewę – dziewczynę Marcina. Rozluźniły się trochę nasze męskie spotkania. Czas poświęcony miłości był czasem zabranym kolegom. Był to czas łączenia się w pary. Wszystkich nas to dotyczyło. Kontakty nasze rozluźniły się, ale nie zanikły. Przyszedł czas ślubów – Marcin i Ewa pobrali się… Nie był to prosty ożenek, bo Marcin pochodził z rodziny laickiej, bez tradycji religijnych. Nie miał takich potrzeb. Nie zostały mu wpojone w procesie wychowania. Dla niego sacrum było tam, gdzie pojawiała się kreacja artystyczna. Ale poświęcił się dla dobra układu. Przystąpił do katolików, chodził na przyśpieszony kurs religijny, przyjął sakramenty… Rok później urodziła się Kasia. Zostałem ojcem chrzestnym i był to kolejny moment ożywionych kontaktów. Świat na zewnątrz się zmieniał. Wrócił kapitalizm, zmienił się rynek pracy, obserwowaliśmy zmiany w funkcjonowaniu instytucji kultury, sztukę zaczęto kosztorysować… Szukaliśmy miejsca dla siebie. Pewnego dnia z pewnym zaskoczeniem zaobserwowałem, że Marcin cały czas pisze i to nie tylko do szuflady. Brałem kiedyś udział, już jako aktywny dziennikarz, w wernisażu jakiejś współczesnej instalacji plastycznej. Po wernisażu zaproszono nas na wieczór poetycki grupy młodych twórców. Czytali oni swoje utwory przed kameralną publicznością w katakumbach pod galerią. Wśród zaproszonych był Marcin. Pamiętam jego wiersz, w którym oczami chłopca w krótkich spodenkach patrzył na dzisiejszy świat. Spędziliśmy miły wieczór piwny.
Kilka tygodni później Marcin poprosił mnie o rozmowę . Powiedział mi, że odchodzi od Ewy. Powodem było to, że okazała się ona osobą nieuczciwą i on zraził się do niej. Decyzja jest nieodwołalna. Kupiliśmy dużą wódkę i pojechaliśmy do mnie. Marcin powiedział mi, iż wydało się, że Ewa, która kończyła studia, została przyłapana na tym, iż od dwóch semestrów zamiast zaliczać przedmioty i zdawać egzaminy fałszuje dokumenty. To była zadra niewybaczalna. Dla mnie nie do końca zrozumiała. Próbowałem bagatelizować. Prosiłem go aby nabrał do tego dystansu. Powiedział, że stracił zaufanie do Ewy, bo oszukiwała nie tylko uczelnię, ale i jego. Znalazłem się w sytuacji niewygodnej, bo z racji bycia ojcem chrzestnym ich dziecka kontaktowałem się także w Ewą. Znalazłem się więc między stronami konfliktu. Straciłem Marcina z oczu. Słyszałem, że rozwód dokonał się, że Ewa z dzieckiem wyprowadziła się do nowego mieszkania, które kupili jej rodzice. Byłem tam. Zbliżał się czas Pierwszej Komunii Kasi. Później kontakty umarły. Ewa poszła w biznes, poruszała się w odmiennym do mojego środowisku, nie było nam po drodze. Marcin gdzieś zniknął. Słyszałem, że zatrudnił się w jakiejś szkole na peryferiach miasta i uczył dzieci polskiego.
Przez te wszystkie lata tylko jeden jedyny raz zobaczyłem go na ulicy. Szliśmy naprzeciw siebie po dwóch stronach jezdni, po dwóch różnych chodnikach. Popatrzeliśmy na siebie i poszliśmy dalej, każdy w swoją stronę. Jakoś tak zupełnie automatycznie i bezmyślnie przyjąłem fakt rozwiązania znajomości. Dziś wiem, że bezmyślnie.
Niedawno, po kilkunastu latach napadły mnie wspomnienia. Będąc na starym osiedlu, odwiedzając mamę, przechodziłem obok bloku z mieszkaniem Marcina. Zacząłem zaglądać w okna tego mieszkania. Jesteś tam Marcin jeszcze czy to już nowi lokatorzy zajmują ten lokal? Pomyślałem, że gdyby wyszedł teraz z bloku to pewnie przywitalibyśmy się i porozmawiali. A może wejść do środka i zapukać do drzwi? Ważyłem to w sobie. Minęło raptem kilkanaście dni od momentu gdy zacząłem rozważać możliwość odtworzenia znajomości gdy dotarła do mnie wiadomość – tak jakby jakaś siła wyższa z powodu mojego myślenia zbliżyła do mnie kogoś z dawnego otoczenia Marcina. Wiadomość podał kuzyn Ewy, który na mieście spotkał moją siostrę. Marcina nie ma. Nie układało mu się w kraju i wyjechał jakiś czas temu do Anglii. Coś się tam stało, bo Marcin nie żyje. Nie powiedziano co. Nie powiedziano dlaczego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz