niedziela, 24 listopada 2013

... wspaniały świat

(Blog Zwierciadła - 2013.06.01)
Pojedziemy do tej nowej galerii wyposażenia wnętrz? – słyszę skierowane do mnie pytanie. Zgadzam się. Jest wolny dzień, galeria nowa, kilkupoziomowa, ponoć największa w kraju, nie byliśmy jeszcze. Warto zobaczyć, będzie fajnie. Docieramy do wielkiego centrum handlowego, podjeżdżamy pod nowy obiekt, jeździmy po nowym parkingu w poszukiwaniu miejsca. Parking nowy, ale jakby ciaśniejszy niż te starsze. Nie jest łatwo manewrować i wpasować się w wolne miejsce zwłaszcza wykonując manewry samochodem o większych gabarytach. Wysiadamy i rozglądamy się którędy do wejścia. Widzę dwa potoki ludzkie, płynące w przeciwnych kierunkach. Włączamy się i płyniemy. Najpierw do wnętrze obiektu, później na wyższą kondygnację. Tłum różnobarwny, osoby w różnym wieku od dzieci po starszych, chociaż tych ostatnich jest najmniej. Od pierwszego pomieszczenia bije po oczach wielość asortymentu. Propozycje urządzenia salonu, kuchni, sypialni, holu – wiele wariantów, wiele stylów, różna kolorystyka. Do tego potężna ilość różnych akcesoriów zarówno urządzania wnętrz jak i przedmiotów użytkowych potrzebnych w domu. Płynący tłum pochłania wszystko wzrokiem, sprawdza manualnie. Jest trochę tak, jak w wielkim salonie klocków lego. Ilość wariacji i kombinacji budowania przeogromna. Tylko na klocki jestem uodporniony, czasami pomagam dziecku coś budować, ale zasadniczo nie kręci mnie to. Tu jest inaczej. Łapię się na tym, że zaczynam przymierzać różne rzeczy do realiów mojego mieszkania. Półki, półeczki, zawieszki, stoliczki, krzesła, foteliki, systemy szafeczek łazienkowych, pomysłowo zaprojektowane szafki na buty do holu. Wszystko w wielu rodzajach, w wielu kolorach. Który byłby najlepszy? W myślach zbudowałem nową kuchnię. Do naszego koszyka trafiają jakieś drobiazgi, System zawieszek nad blat, poduchy na sofę. Nie przyjechaliśmy tu z postanowieniem robienia zakupów…
Patrzę na ludzi, krążą wśród mebli i przedmiotów, rozmawiają, mierzą, doradzają się obsługi, zlecają zamówienia i wrzucają różne przedmioty w koszyki. Trafiamy na ładny fotelik. Podoba się nam, kupimy go, bierzemy informację o lokalizacji w magazynie. Zaczynamy krążyć w kółko, w przestrzeni tej łatwo zabłądzić. Czuję narastający ból głowy. Próbuję oderwać się myślą od atrakcyjnych towarów. Patrzę na ludzi. Widzę, że apetyt konsumpcyjny rośnie. Rozchodzi się podobnie jak psychoza w tłumie. Gdzie patrzeć żeby tego nie widzieć? Idziemy do magazynu. Nie ma wybranego fotelika. Proszę podać ten z wystawki. Nie mogę, bo nie jest w ewidencji magazynowej. Co pan może? Mogę w innym kolorze. Ja nie chcę w innym kolorze – słyszę jak kobieta zaczyna podnosić głos na obsługę. Można wziąć z wystawki piętro wyżej. Sprowadzi mi pan? Nie mogę opuszczać działu. To co pan w ogóle może?!
Dział kas – jest ich ze trzydzieści. Wszystkie czynne i do wszystkich dwudziestoparometrowe kolejki. Ta wydaje nam się najkrótsza – stoimy. Dostrzegam skoncentrowany na sobie wzrok – pełen urazy. Panuję nad sobą. Ani razu nie podniosłem głosu, nie wykonałem żadnego nerwowego ruchu, jestem nienormalnie spokojny. Taki spokój najbardziej wyprowadza ją z równowagi. Dostaję wiąchą słów i zwrotów po uszach. Chyba powinienem czuć się winny. Nie czuję się. Jest jeszcze gorzej. Mamy przejść z naszej kolejki na koniec kolejki obok, bo terminal… Jaki terminal?!…
Nie mamy ochoty nic kupować. Zostawiamy wszystko przy paletach pełnych drobiazgów promocyjnych i ewakuujemy się na parking. Nie odzywamy się do siebie. Lepiej nie próbować rozmawiać, bo możemy powiedzieć za dużo. Wyjeżdżamy z parkingu. Nie! Nie wyjeżdżamy! Na razie ustawiamy się w kolejce do wyjazdu. Zapowiada się co najmniej kilkanaście minut oczekiwania. Coś mnie dławi w gardle. Staram się rozluźnić wszystkie mięśnie, myśląc o technikach relaksacyjnych. Patrzę nad kierownicą na sznur aut przede mną, ale myślami jestem już gdzie indziej.
Wyjechaliśmy i przenieśliśmy się do centrum miasta. W przestrzeni mniej zatłoczonej próbujemy pospacerować, rozkoszować się wiosną. Idziemy coś zjeść. Wybieramy miejsce luźne, niezbyt zatłoczone. Jemy w milczeniu. Emocje nie opadają. Tego fotelika nie było, bo mi go nie chciałeś kupić! – słyszę. Nie wiem co odpowiedzieć.
Siedzę i przypominam sobie swój wyjazd do Wiednia gdzieś w czasie Okrągłego Stołu. Wrażenie przepaści kulturowej i cywilizacyjne było ogromne. Tu szaro i smutnie, tam kolorowe i radośnie. Chodziłem po centrum i upajałem się tym, że może być tak ładnie i normalnie. Było czysto, elewacje domów wyremontowane, kwiaty w oknach. Sklepy pełne wszystkiego. Widziałem bardzo estetycznie zaprojektowane klomby i skwery, o które codziennie ktoś dbał. Nowoczesne – modernistyczne i stylizowane na retro witryny w centrum handlowym – dotychczas widziałem takie tylko w kinie. Może to nieprawdopodobne, ale wówczas pozytywnie odbierałem całą oprawę reklamową, w tym billboardy, bo u nas takich nie było. Wtedy byłem przekonany, że reklama wielkoformatowa ładnie i atrakcyjnie podnosi nastrój wielkomiejskości. Widziałem centra handlowe jakich sobie nie potrafiłem wyobrazić. Zazdrościłem… Ludzie uśmiechnięci, chętnie pomagający w i pokazujący jak trafić do takiego czy innego obiektu. Wszystko tam było idealne. Nawet muzycy grający dla zarobku na ulicy w pobliżu Hofburga wyglądali na prawdziwych artystów. Przyglądałem się skrzypaczce wykonującej Ave Maria. Była ładna, w eleganckiej sukni, miała subtelny makijaż. U nas w tym czasie na ulicy grali, rzępolili raczej, ludzie przyciśnięci skrajną biedą – odrażający, brudni, źli – można było pomyśleć.
Minęły lata i wyrównało się. Mamy centra handlowe, mamy estetyczne witryny, ogródki kawiarni i restauracji. Do mojego miasta w celach rozrywkowych wpadają na weekend Niemcy, Anglicy i Hiszpanie. Jest kolorowo i różnojęzycznie.
W tamtym odległym czasie dałem się jeszcze namówić grupie znajomych na wyjazd do Taize, do wspólnoty ekumenicznej brata Rogera. Też było międzynarodowo, różnojęzycznie, kolorowo, poza tym serdecznie i swobodnie. Trwaliśmy w atmosferze reżyserowanej kontemplacji. Pojechaliśmy tam z myślą spędzenia dwóch tygodni, ale już po tygodniu przenieśliśmy się do Paryża, bo byliśmy spragnieni bodźców, wrażeń, chcieliśmy poznawać dawną stolicę kulturową Europy.
Do Taize trafiliśmy bo Papież Polak, bo ruch oazowy, bo duszpasterstwa akademickie, bo ruch ekumeniczny i Międzynarodowe Spotkania Młodych, wówczas również w Polsce. Nie zastanawiałem się głębiej co kieruje ludźmi z krajów Zachodu przybywającymi do wspólnoty. Znacznie później dotarła do mnie myśl, że wielu z nich uciekało tam, aby zdystansować się do presji konsumpcjonizmu tam już odczuwalnej – presji, która psuła im w głowach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz