niedziela, 24 listopada 2013

Zmysłowość w katedrze

(Blog Zwierciadła - 2013.05.27)
- Zawsze podrywasz dziewczyny w kościele? – zapytała dziewczyna chłopaka w czytanej niegdyś powieści. Nie pamiętam tytułu lektury, nie pamiętam co było fabułą powieści, pamiętam tylko, że należała do gatunku fantastyki naukowej. W pamięci zostało mi tylko to pytanie. No, bo zastanowić się można – czy kościół to dobre miejsce na podryw? Rozważając to szybko dochodzimy do kwestii erotyzmu w kościele. Temat wcale nie bulwersujący. Dla osób praktykujących kościół to miejsce gdzie przynajmniej raz w tygodniu można znaleźć się bliżej ludzi i z ludźmi. Nie jest to spotkanie przelotne – tak jak na ulicy, gdzie mijamy się biegnąc każdy w swoją stronę. Nie jest to też kontakt z ludźmi taki jak w miejscu pracy, bo tu różnie bywa. Czasami warunki pracy sprawiają, że będąc z innymi tak naprawdę chowamy się przed nimi i wkładamy mnóstwo energii aby kontakty ograniczyć do minimum. Chowamy się za biurkami, w papierach, za ekranem laptopa. Tu często potencjalny kontakt to źródło stresu. Często ta sama kobieta , która dla osób z zewnątrz jawi się jako atrakcyjna i seksowna, jest zołzą w oczach pracowników. To samo dotyczy relacji w drugą stronę – ekstra facet… itd. Nie chce nam się nawet patrzeć na ludzi. Co innego w niedzielę, w kościele, gdzie w trakcie ceremonii możemy sobie kątem oka poobserwować innych. To dobre dla tych, którzy nie potrafią w stu procentach skupić się na nabożeństwie. Zresztą w skupianiu się na modlitwie pojawiają się czasami elementy rozpraszające.
No, bo jak to jest z tym erotyzmem w kościele? Czy da się go wyłączyć tak, aby nie miał tam wstępu? Nie bardzo… Objawia się on na trzy co najmniej sposoby – dwa bardziej fizyczne i trzeci bardziej psychiczny. Pierwsza emanacja erotyczna związana jest z kwestią tzw. stroju niestosownego – zgroza w oczach bigotek i bigotów (bigotów? – dziwnie brzmi – czy jest męska forma tego terminu?. To, że tacy są nie kwestionuję). Pamiętam jak wchodząc boczną nawą do świątyni trafiłem na pięknie wyeksponowane nogi dziewczyny siedzącej w bocznej ławce. Nogi jak nogi, co w tym dziwnego? Był ciepły, letni dzień, dziewczyna miała – opalone ciało i nogi bez rajstop. Ubrana była w mini spódniczkę, która kończyła się w zasadzie tam, gdzie nogi się łączą. Siedząc w bocznej ławie nie założyła nogi na nogę tylko dłonie, złożone jak do modlitwy, wsadziła między uda tak, aby inni majteczek jej nie oglądali… Widziałem, że większość panów wchodząc do kościoła nie mogła się oprzeć i przesuwała wzrokiem po tych nogach. Cóż panowie tak mają i robią to niejako automatycznie, a ładne nogi należące do pięknej dziewczyny cieszą oczy mężczyzn.
Inny wypadek erotycznej dekoncentracji pokażę na przykładzie innego zdarzenia. Dotyczy to sytuacji niezamierzonej i takiej, gdzie niekoniecznie można byłoby mówić coś o niestosowności stroju. Chociaż?… Scenka, którą zaobserwowałem dotyczyła mamy dwójki malców urzędujących pod ołtarzem. Chłopcy jak to chłopcy nie mogli usiedzieć na miejscu i nieustannie próbowali gdzieś wędrować, wspinać się na boczny ołtarz albo czołgać się po dywanie przed ołtarzem tym rozłożonym. Mama co jakiś czas korygowała zachowanie dzieci – czynność Syzyfa, bo oni i tak za chwilę wymyślali coś nowego. Młoda matka była w stroju zapiętym na ostatni guzik. Broń Boże nic gołego. Ale… Ubrana była w przylegającą kurteczkę kończącą się w wąskiej talii. Poniżej przylegające jeansy, najprawdopodobniej z lycrą, mocno eksponujące kształt nóg, no i przede wszystkim bioder i pośladków. No i mama co jakiś czas pochyla się do malców eksponując przed tymi, którzy w ławkach zasiedli bardzo kształtną, powabną i ładną pupę. Na ołtarzu głównym czytania ewangeliczne, pełna powaga… a na pierwszym planie oglądanej sceny element rozpraszający. No, ale zbyt dużo powagi nikomu nie służy.
Trzeci rodzaj emanacji erotyzmu związany jest z tym co bardziej wewnętrzne, psychiczne, duchowe. I jest to emanacja najważniejsza, bo to co powabne tkwi gdzieś w głowie. Można to ujrzeć przez oczy, gest… Mam taki zwyczaj, że gdy myślę to czasami delikatnie uśmiecham się do siebie. Ostatnio wchodząc do kościoła tak właśnie było. Nagle w niezamierzony sposób popatrzyłem w oczy dziewczyny, która stała obok i nagle zaskoczony zobaczyłem, że uśmiecha się do mnie, to znaczy odwzajemnia mój uśmiech. Jaka ładna! – pomyślałem. No właśnie kobiety pięknieją gdy się uśmiechają. Te kilkadziesiąt minut w kościele daje możliwość, czy tego chcemy czy nie, obserwowania innych. W dodatku wiele osób spotykamy tam systematycznie. Przyjemnie jest zreflektować się, że obserwowane dziewczyny rozkwitają, pięknieją. Bywa też inaczej, na ładnej wcześnie zarejestrowanej twarzy dostrzegamy zmarszczki zmartwień, zmęczenia, problemów. Pobudza to naszą empatię. Obecność empatii sprawia, że jesteśmy bardziej emocjonalni co oddala nas od bycia typem oschło-intelektualnym.
Tak sobie rozważając myślę, że pójdę jutro na procesję… ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz