poniedziałek, 30 grudnia 2013

Balast papierków

Okres świąteczny wywołuje we mnie uczucie spowolnienia zarówno aktywności fizycznej jak i psychicznej. Muszę, podobnie jak inni, poddać się pewnym powtarzającym się rok w rok procedurom związanym z celebrowaniem świąt, wizyt rodzinnych, rewizyt, wspólnych posiłków, schematycznych rozmów, uśmiechów, koniecznej serdeczności i tym podobnych czynności. Ponieważ nie potrafię już poddawać się kojącej magii grudniowych dni trwam w tym w czym muszę trwać, w stanie lekkiego napięcia. Dni pomiędzy Świętami a Sylwestrem witam w stanie lekkiego otumanienia i rozkojarzenia. Świadomość trudności powrotu do pożądanego toku myślowego, z odpowiednią porcją refleksji i skojarzeń odbieram jako poważną dolegliwość. Ponieważ w tym roku mam komfort pozostawania w domu aż do Nowego Roku szukam sobie mechanicznej czynności, która umożliwi mi zajęcie się czymś, co zaktywizuje mnie psychicznie dając równocześnie satysfakcję z załatwienia jakiegoś zadania, z którym zwlekać już nie mogłem. Ostatnie dni roku to dobry moment do ataku na piętrzące się papierki, notatki, fiszki. Ostatnie dni roku to dobry też moment na przegląd zawartości tego co w komputerze, na dyskach i innych nośnikach pamięci. Zaczyna się przegląd i selekcja. Ważne jest bezwzględne kasowanie i wyrzucanie do kosza wszystkiego tego, co tworzy niepotrzebny balast. Zrzucanie tego balastu to rodzaj wyzwolenia, wyzwolenia od rzeczy, które wydają się ważne, a ważne nie są. To możliwość wyboru tego co naprawdę istotne i wystrzelenie w niebyt tego, do czego nigdy już wracać nie będę. Każdy ma swój klucz do dokonywania takiej selekcji. Ważne jest aby grupa rzeczy istotnych nie była przypadkiem większa od górki śmieci. Jeżeli tak jest znaczy to tylko o oszukiwaniu samego siebie. Znaczy to, że pozostawiam rzeczy, które ktoś z moich znajomych określił kiedyś trafnie terminem „przydasiów”. Naturą „przydasiów” jest to, że nie przydają się już nigdy do niczego. Chyba, że zależałoby mi na budowaniu archiwum bardzo zasobnego bez względu na wagę treści.
Przeglądanie notatek, fiszek i dokumentów jest jak przeglądanie kończącego się kalendarza. Są tam ukryte aktywności ostatnich miesięcy. Minione wydarzenia wracają z całą swoją wyrazistością. Ta intelektualna inwentaryzacja wywołuje też często z niebytu to, co rok temu, kilka albo kilkanaście lat temu nie wpadło do kosza, czyli zyskało sobie etykietę nacechowaną jakąś wartością. Można w ten sposób dotrzeć do bardzo stanów i związanych z nimi utrwaleń tekstowych. Odnalazłem też bardzo stary album wizytówek. Kojarzę wszystkie zapisane tam osoby, ale mam wrażenia, że nikt z pośród nich nie pełni już określonej na kartoniku funkcji. Niektóre osoby odeszły na zawsze. Nie ma też wielu wymienionych na kartonikach instytucji. A wydawały się takie trwałe…
Przypadkiem znalazłem też kilka starych tekstów w wersach, pisanych kiedyś na kolanie, w biegu spraw. Jeden z nich przytoczę.

Kropla
kropla płynęła po szkle
wrony płakały
jednostajny głuchy szum
ludzkie łachmany
grudki brudnej ziemi
turlały się bezładnie
dom – sklep – pogrzeb
ojciec – szkoła – chleb
ślub – lekarz – pralka
dziecko – praca – …
… siedział skamieniały
pod oknem
za szybą kwitła róża
róża bez kolców


niedziela, 22 grudnia 2013

Prze...świętny czas

Kolejny Mikołaj zagaduje coś głupkowato, anielice starają się przyciągnąć uwagę mężczyzn cośkolwiek erotycznie. Ostry zapach grillowanego mięsa drażni powonienie, dym z koksowników łzawi oczy. Głos spikera relacjonuje trasę świątecznego korowodu przechadzającego się między straganami. Żeby pochód ten obejrzeć trzeba udać się czym prędzej w miejsce sugerowane w komunikacie. Czym prędzej, bo przecież za chwilę korowód ruszy w drogę do Betlejem… Słowo Betlejem wypowiadane jest ze specjalną intonację i naciskiem. „Ale bredzi” – myślę sobie. – „Ciekawe jak mocno trzeba nagrzać się grzańcem, aby tak bredzić przez wiele godzin”. Zazwyczaj zlecenie takiego nawijania przez głośniki przyjmował jakiś prezenter radiowy. Ciekawe na kogo w tym roku padło. Rynek i przyległości zastawione są straganami Jarmarku Bożonarodzeniowego, w północno-zachodniej części placu trwa montaż sceny, która wykorzystana zostanie w święta i z której pobiegnie pewnie później relacja „Sylwestra z Jedynką”. Jest różnojęzycznie i wielokulturowo, bo widzę również sporo grup z Azji. Koreańczyków? Japończyków? Chińczyków? Nie wiem. Nie rozróżniam. Dziwnym wydaje mi się to, że turyści z różnych stron Azji porozumiewają się między sobą po angielsku, bo języki rodzime mają tak różne jak wyglądem ludzie ci podobni są do siebie.
W całym roku istnieją takie okresy, w których trudniej jest o skupienie, trudniej o koncentrację i trudniej o proste bycie sobą. Czas grudniowych świąt, a zwłaszcza dni je poprzedzające do takich należą. Nie jest to czas na kontemplację tajemnic religijnych. Nie jest to też dobry czas do introspekcji i rozwoju osobistego. To czas wielkich żniw handlowych. Bronić się przed dyktatem zakupów jest niezwykle trudno. Sporym problemem są dla mnie przedświąteczne sprawunki w sklepach. Nerwowość z jaką inni napełniają sklepowe koszyki wszelkimi dobrami, tak jakby dobra te uzupełnić miały stan magazynów jakiegoś schronu atomowego, podświadomie udziela się. Wygląda na to, że nadchodzi czas dni, charakteryzujących się niezwykłym powiększeniem żołądków, objawiającym się uczuciem przykrego ssania.
Najchętniej zaszyłbym się gdzieś z boku i przeczekał. Zaliczam jednak jarmarczny wypad, bo młodsi tego potrzebują. Potrzebują tych „świątecznych” bodźców i wrażeń, bo – na swoje szczęście – nie patrzą jeszcze na świat tak krytycznie jak ja. Straganów w zasadzie nie oglądam, bo rok w rok jest tam dokładnie to samo. Potrawy i artykuły spożywcze z różnych zakątków kulturowych, wyroby rzemiosła. Dostrzegam malowane fajanse, góralskie skarpety, ludowe ozdoby, potrawy z mięs i ryb, a nawet żabie udka. Przez analizę tego co na straganach nie sposób ocenić właściwości kulturowe miejsca gdzie jestem. Bo właściwością mojego miasta jest to, że nie ma swojej kulturowej odrębności, bo… jak głosi lokalny slogan miasto to jest miejscem spotkań. Niegdysiejsza multikulturowość wynikająca z mieszania się tu wpływów polskich, czeskich i niemieckich charakteryzuje się dziś mieszaniem się wpływów wszelakich.
Są różne rodzaje tłumu i różne formy relacji, uczestnictwa w takim zbiorowym byciu. Bardzo cenię sobie uczestnictwo w zbiorowości, która skupia się, gęstnieje z powodu takich pobudek jak penetracje kulturowe z racji jakiegoś festiwalu, wystawy artystycznej, czy choćby nocy muzeów. Bycie w zbiorowości ogarniętej przedświąteczną manią handlową napędzić może co najwyżej poczucie wyobcowania. Wyobcowanie w tłumie bywa dotkliwsze niż takie, które wynika z realnej, fizycznej samotności.

sobota, 14 grudnia 2013

Miedziane klepsydry


miedziane pnie drzew
emanują bladym jesiennym słońcem
gołe konary jak pusta komora
klepsydry

w ciepłym salonie pośród aromatów kawy
przeżywam emocje
zakodowane w starej piosence

trzydzieści lat temu zazdrościłem śpiewającemu
dorosłości, dojrzałości i talentu
do wpisywania w muzykę wzruszeń
drgnień w duszach dorastających

dziś znowu słucham go i oglądam
ktoś wygrzebał film z lamusa
z ekranu monitora patrzą na mnie oczy
osadzone w gładkiej twarzy
dziecka prawie





piątek, 13 grudnia 2013

Ożywcze iskierki

Po kilku szarych, ciemnych i ostatnio mglistych dniach nadszedł mroźny poranek. Słyszałem nad ranem jak kierowcy skrzybali z mozołem szyby swoich samochodów.
(Zastanawiałem się dlaczego mi edytor słowo skrzybali podkreślił. Wyguglałem, że miałem na myśli „skrobali”, a „skrzybali” to taki regionalizm spod Kielc. No i kto mi to w mózg zaszczepił?)
Tak więc po porannych zmaganiach kierowców uciszyło się. Nastał klimat do zaglądania w laptopa i pracy. Szaleństwo końca roku. Bilanse, raporty, wyrabianie planów, próba cudownego uratowania deklarowanych obrotów, inwentaryzacje baz danych… ręce opadają. Co to za przedziwny nawyk dopasowania się do kalendarza, zamykania starego i otwierania nowego. Wszyscy na wyścigi coś liczą, coś zapisują, w księgi wkładają, zbierają kwity. Wszystko po to, żeby zdążyć przed upojną nocą sylwestrową, kiedy to spontanicznie cieszyć będziemy się z kolejnego krzyżyka – z tego, że nam się pesel trochę zestarzeje. W następne dni tradycyjnie wpadniemy w czarną dziurę z poczuciem dramatycznego spłukania. Trwożliwie rozglądając się na boki będziemy powoli ruszać, rozkręcać nasze działania, pobudzać aktywność. To gospodarcze rozbudzanie trwa zwykle miesiąc lub dwa.
Zauważam przez okno ostre promienie słońca i długie cienie układające się w ogrodzie. Równocześnie widzę, że gdzieniegdzie iskrzy się szron na trawie i roślinach. To przemijające zjawisko. Zniknie za chwilkę jak słońce przygrzeje. Moja kotka śpi spokojnie nad grzejnikiem na parapecie okna. Mam ochotę na kontakt z naturą, bo ostatnio dużo w pomieszczeniach przebywam. Wychodzę więc na zewnątrz.
Wchłaniam ostre, mroźne, ale suche powietrze. Takim powietrzem łatwo się oddycha. Pod butami trzeszczą resztki liści, których nie zdążyłem wygrabić przed deszczem. Spacer po ogrodzie rozluźnia umysł. Pojawia się dystans do wszystkich spraw rodzących napięcie.
Słońce świeci pod ostrym kątem. Wchłaniam energię do walki.





niedziela, 8 grudnia 2013

Każdego dnia

DO POETKI
bo nie ma nic poza samotnością
moją i twoją
poza wyczekiwaniem każdego dnia
poza ciągiem pojęć, obrazów i gestów
czasem przywołanych emocji przeszłych
odległych jak ferie szkolne w roku siedemdziesiątym szóstym
i nie ma nic poza głodem impulsów
do myślenia, pisania
- nowa rzeczywistość ciąży intensywnością
dziwne prawda – jak nierealna robi się powszedniość -
gdyby tak można było
łatwo uchylać drzwi to tego
co w zmyślaniu się chowa
każdego dnia zamierasz pod dyktatem homo economicus
każdego dnia nie pomnażasz dóbr
każdego dnia ratujesz coś przed zapadaniem we współczesność
zatrzymujesz słowami, przywołujesz zwrotami
urealniasz w wierszu
i nie ma nic poza samotnością
moją i twoją
… każdego dnia


piątek, 6 grudnia 2013

Pociąg do książek

Kilka popołudniowych godzin spędziłem dziś na wrocławskim Dworcu Głównym, ale nie dlatego, że czekałem na opóźniony pociąg. Odnowiony w zeszłym roku gmach stacji kolejowej stał się obiektem wielofunkcyjnym. Dziś galeria znajdująca się nad holem głównym, a także pomieszczenia do niej przylegające, zapełniły się stoiskami pełnymi książek. Rozpoczęły się Wrocławskie Targi Dobrych Książek. Dworzec zapełnił się więc nie tylko podróżnymi. Chociaż i podróżni stanowili niemałą grupę księgarskiej publiczności. Widok osób wędrujących od stoiska do stoiska, ciągnących za sobą walizeczką na kółkach nie był rzadkością. Targi to około 130 wystawców oraz zaprogramowane spotkania z autorami. Autorzy podpisują swoje książki na stoiskach wydawnictw, ale wypowiadają się też publicznie w ramach zaaranżowanych rozmów w specjalnie przygotowanych salach widowiskowych. Dziś dużym zainteresowaniem cieszyła się rozmowa Michała Nogasia z Olgą Tokarczuk na temat planów twórczych i autorefleksji pisarki po dwudziestu latach od jej pierwszej publikacji. Tokarczuk zapytana czy te dwadzieścia lat pracy literackiej zmieniły ją odpowiedziała, że tak – bardzo. Przede wszystkim dlatego, że dziś nie umie już nic innego. Kiedyś była psycholożką, dla której pisanie było tylko rodzajem hobby, dziś zdaje sobie sprawę, że tkwi w pewnym stałym torze działań, z którego co najwyżej mogłaby się wykoleić – jak zażartowała. Dalej rozmówca prowokował pisarkę do refleksji nad kondycją literatury, pojętej jako układany słowami świat zmyślony. Czy ma ona szansę w przeciwstawianiu się naporowi faktów? Czy można wymyślić coś oryginalniejszego, bardziej zaskakującego, niż to, co bardzo często samo życie dostarcza, a o czym informują reporterzy i dziennikarze? – Jesteśmy zasypywani ogromną ilością informacji o faktach, które nijak nie są ze sobą powiązane – odpowiedziała Tokarczuk. – Zadaniem pisarzy jest często ująć opisywane zdarzenia w zwarty system, logiczny świat, całość, która pociąga wewnętrznym uporządkowaniem.
Rozmowa z pisarką mogła być przyczynkiem do własnych przemyśleń. Czy potrzebujemy dobrej fabuły i sprawnych opowiadaczy? Czy można zrozumieć siebie i postępowanie innych dzięki literackim próbom interpretowania zachowań poprzez ukazywanie ich w pewnych całościach, którym wewnętrzny porządek i sens nadaje pisarz, wykorzystując w ten sposób swoje doświadczenie życia? Czy może potrzebujemy już tylko informacji o realnych wydarzeniach, o faktach? Czy potrzebujemy jeszcze budować swoje widzenie świata poprzez aktywny dialog czytelniczy z wizjami kolejnych twórców literackich? Czy fakty powinny być interpretowane i stawać się elementami do budowy nowych koncepcji procesów życia i porządku świata? Czy może powinniśmy przyjąć jako zasadę obiór faktów w ich pierwotnym nieoznaczeniu i nieuporządkowaniu, w ich naturalnej entropii? I wreszcie – czy przypadkiem nie jest tak, że fabuły dostarczane nam przez sprawnych opowiadaczy są niezbędną pożywką do procesów warunkujących utrzymanie integralności własnej osobowości?
Pomimo prognozowanej od lat śmierci literatury pięknej największą popularnością na wrocławskich targach cieszą się stoiska pełne książek zawierających wykreowane światy fikcyjne. Te dla dorosłych i te dla dzieci. Zauważyłem, że spory też był na targach obrót handlowy. Dzień przed szóstym grudnia z założenia jest dniem zakupów na mikołajkowe niespodzianki. Najwyraźniej książka w dalszym ciągu traktowana jest przez wiele osób jako dobry prezent. Jeszcze przez trzy dni można zapoznawać się z nowościami wydawniczymi i pozostałą ofertą wydawnictw. Wrócę tam jeszcze w sobotę.









Olga Tokarczuk i Michał Nogaś

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Dlaczego zima nie...

Z wiekiem narasta mój opór przeciwko zimie, przeciwko zimowym miesiącom, w których warunkiem egzystencji jest jakiś ciepły azyl. Mam świadomość tego, że najchłodniejsza pora roku dopiero się zaczyna i przede mną kilkanaście tygodni czegoś co odczuwam jako walkę o przetrwanie. Odbieram to jako rodzaj osobistej krzywdy. W ciepłe miesiące można zatracić się w swoim istnieniu, łagodnie balansować między obecnością lub nieobecnością w wartkim nurcie życia. Nawet jeżeli pozwolimy sobie odpaść od rzeczywistości to sama natura nie jest przeciwko nam. Możemy spędzić kilka godzin lub dni kontemplując zielony krajobraz, nowopoznany utwór muzyczny, tomik inspirującej poezji, pozwalając snuć się myślom, wspomnieniom, skojarzeniom, emocjom i już. W bardzo ciepłe dni można dawać się wchłaniać zewnętrznej przestrzeni, spędzać wiele godzin w plenerze. Mniej jest rzeczy, które burzą poczucie bezpieczeństwa. Nieprzychylnym może być labirynt, gąszcz, topiel życia społecznego. Ale w tej sferze nieustannie musimy umieć się znaleźć, ustawić, przeciwstawić… Rzadko kiedy mamy wolne. Tu powoduje nami większa wprawa, przyzwyczajenie, automatyzmy zachowań i reakcji. Sama natura nie wydaje się nastawać na nas.
Czemu więc świadomość nadejścia zimy odczuwam ostatnio jako coś złowrogiego? Nie zawsze tak było. Pamiętam zimowo-mroźne orzeźwienie. Pokusę zabaw na śniegu czy choćby zimowych spacerów. Pamiętam jak skrzypiał śnieg pod butami w dni mocniejszego mrozu i pamiętam charakterystyczny zapach mroźnego powietrza. Pamiętam ostre słońce w dni wyżu pogodowego i przejrzyste powietrze aż po horyzont. Na dobrą sprawę nic się tu nie zmieniło. Z pewnością i dziś takie dni dobrze by mnie nastrajały. Ale im starszy jestem tym bardziej odczuwam, że brak mi tej dziecięcej beztroski, która pozwalała marznąć na podwórku i grzać się później w ciepłym pomieszczeniu. Beztroska zwalnia od myślenia o konieczności dostarczania energii i liczenia wydatków z tym związanych. W zasadzie te konieczności energetyczne zimowej aury w ogóle kiedyś nie zajmowały najmniejszej nawet cząstki świadomości. Pamiętam oczywiście pewne wypadki, jak przykładowo zimę stulecia, której widomym objawem było zamrożenie i zerwanie taśm transportujących węgiel w elektrociepłowni w moim mieście. Poskutkowało to tym, że nagle w mieszkaniach kilkuset tysięcy osób wystygły grzejniki, parę godzin później zabrakło też prądu z powodu przeciążenia sieci na skutek uruchomienia przez mieszkańców elektrycznych piecyków, słoneczek, farelek. To było wydarzenie ekstremalne. Pamięć mam jednak selektywną, bo zapamiętałem tylko to, że zwolniono nas ze szkoły na kilka dni i dni te spędziłem na górce saneczkowej. W trakcie zabawy było raczej ciepło.
Pamiętam domy ogrzewane kaflowymi piecami węglowymi. W takim domu mieszkał mój dziadek, ulubiona ciocia, jacyś bliżsi lub dalsi krewni. To były takie zwykłe budynki wzniesione według technologii, które dziś określa się mianem nieoszczędnych. Dlatego były wygrzane. Czasami aż zbyt mocno. Przyjemnie było w tej ciepłej aurze spędzać czas w gronie innych, przyjemnie było w porze świątecznej oddawać się przyjemnemu lenistwu czy też poświęcać czas na czytanie książek. Późna jesień i zima zawsze była dobrym czasem na czytanie. Przyjemnie było przenosić się wyobraźnią w światy w lekturach zapisane wtedy, gdy mróz rzeźbił roślinne ornamenty na szybach.
Dziś coś się zmieniło. W pobliżu miejsca gdzie dziś żyję wybudowano osiedle termodomów. Termodomy to domy energooszczędne. Domy szczelne, w których ubytki ciepła są minimalne, domy, które nie wymagają dostarczenia hałdy węgla na zimę. To domy, które w ogóle nie wymagają węgla, bo ogrzewane są przez piece gazowe dzięki doprowadzeniu do nich gazowniczej instalacji. To domy ekologiczne, bo nie dymią, osiedle nie tonie w smogu. To domy, w których piece pracują impulsowo włączając ciepło kilka razy na dobę – na chwilę. To domy, w których termometry pokazują nieustannie tę samą zadaną temperaturę. To domy wreszcie, w których ciepło niby jest – tak pokazują pomiary, ale ciepło nie promieniuje tu tak jak ze starego pieca kaflowego. To takie ludzkie termosy podtrzymujące egzystencję. Podtrzymujące jedynie, bo trudniej w takiej atmosferze o dawkę dobrej, emanującej ciepłem energii, która uskrzydla, inspiruje, pomaga wzlatywać, unosić się, myśleć, pracować.
Podobno różne wersje technologii termodomów to konieczność, to nasza przyszłość. W poprzedniej epoce zbyt dużo energii ponoć marnowaliśmy, para szła w gwizdek, ciepło w kosmos. Można się oczywiście nie zgadzać na postęp technologiczny – jest wolność. Cenę tej wolności łatwo policzyć. W przestrzeni geograficznej, w której okres grzewczy trwa najczęściej osiem-dziewięć miesięcy, koszt zakupu opału zaczyna obejmować coraz większą część budżetu rocznego zwyczajnej rodziny. A trzeba przecież grzać żeby żyć, żeby móc pracować, myśleć, żeby coś tworzyć również.
Mamy z jednej strony rozbudowaną machinę nacisku na to, co energooszczędne, z drugiej strony czynniki nacisku w kierunku zniechęcenia do tradycyjnych nieoszczędnych systemów, na przykład poprzez podnoszenie kosztów tradycyjnego grzania. Ktoś mi wmawiał ostatnio z telewizyjnego okienka, że poziom oszczędności poczynionych dzięki wprowadzaniu energetycznych nowinek jest imponujący. Nie wiem komu to imponuje, bo nie wiem kto odcina kupony od tych oszczędności i w którą stronę płyną oszczędzone środki. Pewnie w żadną, bo przywołując znaną bankową reklamę „oszczędności to to, co masz na koncie”. W efekcie tych wszystkich zabiegów bogaci się bogacą, a biedni biednieją.

Patrzę i czytam, to co napisałem powyżej i odkrywam symptomy minorowego nastroju. Nie jest to jednak efekt jesiennej depresji. Jak każdy próbuję życie i to, co z nim związane jakoś rozumem objąć – łatwo nie jest. A zimy nie lubię z przyczyn ekonomicznych.