poniedziałek, 2 grudnia 2013

Dlaczego zima nie...

Z wiekiem narasta mój opór przeciwko zimie, przeciwko zimowym miesiącom, w których warunkiem egzystencji jest jakiś ciepły azyl. Mam świadomość tego, że najchłodniejsza pora roku dopiero się zaczyna i przede mną kilkanaście tygodni czegoś co odczuwam jako walkę o przetrwanie. Odbieram to jako rodzaj osobistej krzywdy. W ciepłe miesiące można zatracić się w swoim istnieniu, łagodnie balansować między obecnością lub nieobecnością w wartkim nurcie życia. Nawet jeżeli pozwolimy sobie odpaść od rzeczywistości to sama natura nie jest przeciwko nam. Możemy spędzić kilka godzin lub dni kontemplując zielony krajobraz, nowopoznany utwór muzyczny, tomik inspirującej poezji, pozwalając snuć się myślom, wspomnieniom, skojarzeniom, emocjom i już. W bardzo ciepłe dni można dawać się wchłaniać zewnętrznej przestrzeni, spędzać wiele godzin w plenerze. Mniej jest rzeczy, które burzą poczucie bezpieczeństwa. Nieprzychylnym może być labirynt, gąszcz, topiel życia społecznego. Ale w tej sferze nieustannie musimy umieć się znaleźć, ustawić, przeciwstawić… Rzadko kiedy mamy wolne. Tu powoduje nami większa wprawa, przyzwyczajenie, automatyzmy zachowań i reakcji. Sama natura nie wydaje się nastawać na nas.
Czemu więc świadomość nadejścia zimy odczuwam ostatnio jako coś złowrogiego? Nie zawsze tak było. Pamiętam zimowo-mroźne orzeźwienie. Pokusę zabaw na śniegu czy choćby zimowych spacerów. Pamiętam jak skrzypiał śnieg pod butami w dni mocniejszego mrozu i pamiętam charakterystyczny zapach mroźnego powietrza. Pamiętam ostre słońce w dni wyżu pogodowego i przejrzyste powietrze aż po horyzont. Na dobrą sprawę nic się tu nie zmieniło. Z pewnością i dziś takie dni dobrze by mnie nastrajały. Ale im starszy jestem tym bardziej odczuwam, że brak mi tej dziecięcej beztroski, która pozwalała marznąć na podwórku i grzać się później w ciepłym pomieszczeniu. Beztroska zwalnia od myślenia o konieczności dostarczania energii i liczenia wydatków z tym związanych. W zasadzie te konieczności energetyczne zimowej aury w ogóle kiedyś nie zajmowały najmniejszej nawet cząstki świadomości. Pamiętam oczywiście pewne wypadki, jak przykładowo zimę stulecia, której widomym objawem było zamrożenie i zerwanie taśm transportujących węgiel w elektrociepłowni w moim mieście. Poskutkowało to tym, że nagle w mieszkaniach kilkuset tysięcy osób wystygły grzejniki, parę godzin później zabrakło też prądu z powodu przeciążenia sieci na skutek uruchomienia przez mieszkańców elektrycznych piecyków, słoneczek, farelek. To było wydarzenie ekstremalne. Pamięć mam jednak selektywną, bo zapamiętałem tylko to, że zwolniono nas ze szkoły na kilka dni i dni te spędziłem na górce saneczkowej. W trakcie zabawy było raczej ciepło.
Pamiętam domy ogrzewane kaflowymi piecami węglowymi. W takim domu mieszkał mój dziadek, ulubiona ciocia, jacyś bliżsi lub dalsi krewni. To były takie zwykłe budynki wzniesione według technologii, które dziś określa się mianem nieoszczędnych. Dlatego były wygrzane. Czasami aż zbyt mocno. Przyjemnie było w tej ciepłej aurze spędzać czas w gronie innych, przyjemnie było w porze świątecznej oddawać się przyjemnemu lenistwu czy też poświęcać czas na czytanie książek. Późna jesień i zima zawsze była dobrym czasem na czytanie. Przyjemnie było przenosić się wyobraźnią w światy w lekturach zapisane wtedy, gdy mróz rzeźbił roślinne ornamenty na szybach.
Dziś coś się zmieniło. W pobliżu miejsca gdzie dziś żyję wybudowano osiedle termodomów. Termodomy to domy energooszczędne. Domy szczelne, w których ubytki ciepła są minimalne, domy, które nie wymagają dostarczenia hałdy węgla na zimę. To domy, które w ogóle nie wymagają węgla, bo ogrzewane są przez piece gazowe dzięki doprowadzeniu do nich gazowniczej instalacji. To domy ekologiczne, bo nie dymią, osiedle nie tonie w smogu. To domy, w których piece pracują impulsowo włączając ciepło kilka razy na dobę – na chwilę. To domy, w których termometry pokazują nieustannie tę samą zadaną temperaturę. To domy wreszcie, w których ciepło niby jest – tak pokazują pomiary, ale ciepło nie promieniuje tu tak jak ze starego pieca kaflowego. To takie ludzkie termosy podtrzymujące egzystencję. Podtrzymujące jedynie, bo trudniej w takiej atmosferze o dawkę dobrej, emanującej ciepłem energii, która uskrzydla, inspiruje, pomaga wzlatywać, unosić się, myśleć, pracować.
Podobno różne wersje technologii termodomów to konieczność, to nasza przyszłość. W poprzedniej epoce zbyt dużo energii ponoć marnowaliśmy, para szła w gwizdek, ciepło w kosmos. Można się oczywiście nie zgadzać na postęp technologiczny – jest wolność. Cenę tej wolności łatwo policzyć. W przestrzeni geograficznej, w której okres grzewczy trwa najczęściej osiem-dziewięć miesięcy, koszt zakupu opału zaczyna obejmować coraz większą część budżetu rocznego zwyczajnej rodziny. A trzeba przecież grzać żeby żyć, żeby móc pracować, myśleć, żeby coś tworzyć również.
Mamy z jednej strony rozbudowaną machinę nacisku na to, co energooszczędne, z drugiej strony czynniki nacisku w kierunku zniechęcenia do tradycyjnych nieoszczędnych systemów, na przykład poprzez podnoszenie kosztów tradycyjnego grzania. Ktoś mi wmawiał ostatnio z telewizyjnego okienka, że poziom oszczędności poczynionych dzięki wprowadzaniu energetycznych nowinek jest imponujący. Nie wiem komu to imponuje, bo nie wiem kto odcina kupony od tych oszczędności i w którą stronę płyną oszczędzone środki. Pewnie w żadną, bo przywołując znaną bankową reklamę „oszczędności to to, co masz na koncie”. W efekcie tych wszystkich zabiegów bogaci się bogacą, a biedni biednieją.

Patrzę i czytam, to co napisałem powyżej i odkrywam symptomy minorowego nastroju. Nie jest to jednak efekt jesiennej depresji. Jak każdy próbuję życie i to, co z nim związane jakoś rozumem objąć – łatwo nie jest. A zimy nie lubię z przyczyn ekonomicznych.

3 komentarze:

  1. Właśnie za taką mroźną zimą tęsknię. Za awariami spowodowanymi zimnem - zdecydowanie nie! Mój syn chce ulepić bałwana ze śniegu. Ma 4 lata i - jak do tej pory - śnieg widział tylko w telewizji. Robimy bałwanki z papieru, ale to nie to samo... W styczniu wybierzemy się w cypryjskie góry - na spotkanie ze śniegiem i mrozem. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak już napisałem w Zwierciadle; piękny i nostalgiczny wpis! Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń