niedziela, 22 grudnia 2013

Prze...świętny czas

Kolejny Mikołaj zagaduje coś głupkowato, anielice starają się przyciągnąć uwagę mężczyzn cośkolwiek erotycznie. Ostry zapach grillowanego mięsa drażni powonienie, dym z koksowników łzawi oczy. Głos spikera relacjonuje trasę świątecznego korowodu przechadzającego się między straganami. Żeby pochód ten obejrzeć trzeba udać się czym prędzej w miejsce sugerowane w komunikacie. Czym prędzej, bo przecież za chwilę korowód ruszy w drogę do Betlejem… Słowo Betlejem wypowiadane jest ze specjalną intonację i naciskiem. „Ale bredzi” – myślę sobie. – „Ciekawe jak mocno trzeba nagrzać się grzańcem, aby tak bredzić przez wiele godzin”. Zazwyczaj zlecenie takiego nawijania przez głośniki przyjmował jakiś prezenter radiowy. Ciekawe na kogo w tym roku padło. Rynek i przyległości zastawione są straganami Jarmarku Bożonarodzeniowego, w północno-zachodniej części placu trwa montaż sceny, która wykorzystana zostanie w święta i z której pobiegnie pewnie później relacja „Sylwestra z Jedynką”. Jest różnojęzycznie i wielokulturowo, bo widzę również sporo grup z Azji. Koreańczyków? Japończyków? Chińczyków? Nie wiem. Nie rozróżniam. Dziwnym wydaje mi się to, że turyści z różnych stron Azji porozumiewają się między sobą po angielsku, bo języki rodzime mają tak różne jak wyglądem ludzie ci podobni są do siebie.
W całym roku istnieją takie okresy, w których trudniej jest o skupienie, trudniej o koncentrację i trudniej o proste bycie sobą. Czas grudniowych świąt, a zwłaszcza dni je poprzedzające do takich należą. Nie jest to czas na kontemplację tajemnic religijnych. Nie jest to też dobry czas do introspekcji i rozwoju osobistego. To czas wielkich żniw handlowych. Bronić się przed dyktatem zakupów jest niezwykle trudno. Sporym problemem są dla mnie przedświąteczne sprawunki w sklepach. Nerwowość z jaką inni napełniają sklepowe koszyki wszelkimi dobrami, tak jakby dobra te uzupełnić miały stan magazynów jakiegoś schronu atomowego, podświadomie udziela się. Wygląda na to, że nadchodzi czas dni, charakteryzujących się niezwykłym powiększeniem żołądków, objawiającym się uczuciem przykrego ssania.
Najchętniej zaszyłbym się gdzieś z boku i przeczekał. Zaliczam jednak jarmarczny wypad, bo młodsi tego potrzebują. Potrzebują tych „świątecznych” bodźców i wrażeń, bo – na swoje szczęście – nie patrzą jeszcze na świat tak krytycznie jak ja. Straganów w zasadzie nie oglądam, bo rok w rok jest tam dokładnie to samo. Potrawy i artykuły spożywcze z różnych zakątków kulturowych, wyroby rzemiosła. Dostrzegam malowane fajanse, góralskie skarpety, ludowe ozdoby, potrawy z mięs i ryb, a nawet żabie udka. Przez analizę tego co na straganach nie sposób ocenić właściwości kulturowe miejsca gdzie jestem. Bo właściwością mojego miasta jest to, że nie ma swojej kulturowej odrębności, bo… jak głosi lokalny slogan miasto to jest miejscem spotkań. Niegdysiejsza multikulturowość wynikająca z mieszania się tu wpływów polskich, czeskich i niemieckich charakteryzuje się dziś mieszaniem się wpływów wszelakich.
Są różne rodzaje tłumu i różne formy relacji, uczestnictwa w takim zbiorowym byciu. Bardzo cenię sobie uczestnictwo w zbiorowości, która skupia się, gęstnieje z powodu takich pobudek jak penetracje kulturowe z racji jakiegoś festiwalu, wystawy artystycznej, czy choćby nocy muzeów. Bycie w zbiorowości ogarniętej przedświąteczną manią handlową napędzić może co najwyżej poczucie wyobcowania. Wyobcowanie w tłumie bywa dotkliwsze niż takie, które wynika z realnej, fizycznej samotności.

1 komentarz:

  1. Jak już wcześniej wspominałam, w grudniu trudno mi było o przedświąteczną kontemplację tajemnic religijnych. Trochę wyciszenia przyszło dopiero w Boże Narodzenie...

    OdpowiedzUsuń