wtorek, 30 grudnia 2014

Wieczór w kinie

Papusza - kadr z filmu

Jest mroźny poświąteczny dzień. Niebo pochmurne, światła niezbyt wiele. To jeden z najkrótszych dni w roku w związku z czym za chwilę będzie ciemno. Rozważam wyjście do kina, którego nie ma. Nie ma, bo po dawnym kinie w mojej miejscowości pozostał jedynie budynek, od około dziesięciu lat opustoszały. Wcześniej ktoś próbował utrzymać tam normalną działalność z seansami, ale nie wyszło. Teraz budynek stanie się miejscem przeglądu kilku filmów w ramach realizacji projektu „Szkoła Mediacji”. Wiem, że istnieje grono osób, które chciałoby przywrócenia działalności instytucji propagującej wytwory Dziesiątej Muzy. Zakładam, że obecny przegląd jest właśnie oznaką tych zabiegów. W ramach przeglądu wyświetlone mają być filmy dla trzech grup wiekowych, dorosłych, dzieci i młodzieży. Ja wychodzę na projekcję „Papuszy” w reżyserii Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Dziełem przypadku jest to, że kilka dni temu, w przededniu świąt Krzysztof Krauze zmarł pokonany przez chorobę nowotworową. Film „Papusza” jest na liście moich zaległości. Wybieram się więc na seans do kina którego nie ma, na film reżysera, który zmarł. Na film o cygańskiej poetce, która zaprzeczała jakoby poetką była – słuchałem niegdyś o tym w audycji w trójkowym cyklu „Z najwyższej półki”.
Spodziewam się chłodnego budynku. Ubieram się więc ciepło. Wyobrażam sobie widok zdewastowanej sali, święcącej gołymi cegłami. Pierwsza niespodzianka spotyka mnie w wejściu. Hol kina wita przychodzących szwedzkim stołem z przekąskami, ciepłą kawą i herbatą. Dostrzegam wystawę fotograficzną, której obiektem są osoby tutejszej, lokalnej społeczności. Oglądam ściany z dawnymi freskami, których zadaniem było niegdyś wprowadzanie kinomanów w odpowiedni nastrój, poprzez sugestię baśniowości tego co przedstawione. Sala kinowa to druga niespodzianka. Sprawia wrażenie takiej jak pozostawiono ją po ostatnim seansie wiele lat temu. Jest jak kina, które pamiętam z dzieciństwa. Z przodu napięty biały ekran, ograniczony po bokach czarnymi kotarami, przede mną rzędy tapicerowanych kinowych foteli z charakterystycznymi półokrągłymi, drewnianymi oparciami. Tu świat się zatrzymał.
To zupełny przypadek, że prezentacja „Papuszy” wypadła cztery dni po śmierci twórcy „Długu” i „Mojego Nikifora”. Miało to wpływ jakiś na moją percepcję filmu. Kiedy dociera do nas jeden z ostatnich akordów dzieła życia to próbujemy odczytać z niego wszystko, wszystkie znaczenia, zwłaszcza te ukryte. Wchodząc do kina miałem w głowie fragment publikowanego przez media antyrakowego dekalogu Krauzego. Echem powracały do mnie zwłaszcza te słowa, w których upominał adresata tekstu: „badaj się, choć trudno w to uwierzyć, nie jesteś nieśmiertelny”. Niby oczywiste, ale jednak nie, bo sztuka kusi nieśmiertelnością, a Krzysztof Krauze był artystą. To nie jedyna śmierć, o której mówiono w okresie świątecznym. Odszedł Stanisław Barańczak – notatki o jego zgonie przyniosły wiadomość, że miał 68 lat. Czy ta wiadomość była zaskakująca? Oczywiście! Nie osiągnął przecież, uznany za wielkiego poetę, wieku Miłosza, nie osiągnął wieku Różewicza... A przecież powinien!
Pierwsze sekwencje filmu „Papusza” wprowadzają mnie w stary świat. Film jest zrealizowany w konwencji kina czarno-białego. Czy dlatego, że bliższy jest on realiom zarejestrowanym na historycznych fotografiach? Tamten świat sprzed wielu lat był barwny, a nasze wyobrażenie mogło zostać ukonstytuowane przez czarno-białe fotografie właśnie. Odczuwam zabieg artystyczny. Bardzo mocno skojarzyłem sceny filmu z kinem włoskiego realizmu. Tamte obrazy też były nakręcone w szarej tonacji. Świat przedstawiony w tamtych filmach był światem ukazanym z perspektywy ludzi zwykłych, prostych, czasami prymitywnych. Tak też oglądam świat taboru cygańskiego. W filmie zobrazowano trudną relację społeczności romskiej i polskiej, niezrozumienie, uprzedzenia, lęki. Jest to w tej społecznej płaszczyźnie film o tych zawiłościach współżycia narodów i kultur. Jest to też film o rozporządzeniu państwowym nakazującym zatrzymanie taborów i o tym, co z tego wynikło. Wszystkie zabiegi mające na celu wprowadzenie widza w tamte realia, w tamtą scenerię, odbieram tym intensywniej im bardziej uświadamiam sobie, że jestem w „starym kinie”. Niepodobnym do współczesnych multipleksów. Kinie, w którym wyświetlano niegdyś - tak wierzę - obrazy Viscontiego, Rosseliniego, De Siki, a nieco późnej Felliniego.


Papusza to jednak przede wszystkim film o poetce Bronisławie Wajs, o cygańskiej poetce, która była odmieńcem w swoim środowisku. O dziewczynie z taboru, która chciała nauczyć się czytać i pisać, i która posiadłszy tę umiejętność zapisała część swoich poetyckich improwizacji. Cena jaką płaci za swoją odmienność to wykluczenie ze społeczności rodowej. Po latach wypowiada refleksję, że gdyby kiedyś nie nauczyła się czytać i pisać to może byłaby szczęśliwa.
Prezentacja filmu ma jeszcze jedną niecodzienną właściwość. Po projekcji widzowie zostają zaproszeni do dyskusji o filmie. Na dworze szczypie mróz. W holu kina ludzie siedzą w kilku rzędach foteli. Promieniuje ciepło z zainstalowanego niedawno kominka żeliwnego. Ogień strzela. Jest trochę jak w jakimś schronisku górskim. Warunki lekko spartańskie, ale jest przyjemnie. Czy zgromadzeni ludzie rozmawiają? Czy biorą udział w dyskusji? Tak. Interesuje ich zwłaszcza zobrazowany w filmie temat kolizji na styku kultur i społeczeństw – wczoraj i dziś.
Kiedy patrzyłem w oczy moderatora dyskusji zadawałem sobie pytanie czy obawiał się milczenia, czy obawiał się tego, że dyskusja okaże się co najwyżej jego prelekcją. Przyjechał z centrum aglomeracji, z przyszłej europejskiej stolicy kultury tu, na prowincję, do kilkutysięcznego miasteczka... Chyba zaskoczyła go gotowość do rozmów i ich poziom. Dobrze mieszkać w takim miejscu. Opuszczam kino z nadzieją, że wydarzy się coś więcej, będą kolejne etapy dziania się wbrew śmierci artystów. 


(Do prezentacji Papuszy doszło dzięki staraniom działającego w Obornikach Śląskich Stowarzyszenia Stare Kino w osobach m.in. Barłomieja Bykowskiego i Marcina Sobczyka, wystawa towarzysząca to prace fotograficzne Alicji Kielan)

fot. Marcin Sobczyk

niedziela, 7 grudnia 2014

Zew przestrzeni

Michał Nogaś i Andrzej Stasiuk

W jakim celu pisarz podróżuje? Czy szuka materiałów do nowej powieści? Czy gna go w podróż chęć poznania ludzi z odległych krajów, z odległych kultur? Tak mniej więcej wyglądają pytania-zagadnienia, z których Andrzej Stasiuk spowiadany był przez Stanisława Beresia przez kilkadziesiąt minut, w trakcie spotkania w ramach Wrocławskich Targów Dobrej Książki.


Na targi wybierałem się bez przekonania. Na szczęście myliłem się. Wybrałem najważniejszy dzień z odbywającej się od czwartku do niedzieli imprezy, czyli sobotę. Obejrzałem z grubsza ofertę wydawniczą, przeleciałem wzrokiem wszystkie stoiska z książkami. Paradoksalnie nie z powodu kiermaszu księgarskiego przychodzę na targi. Książki mam w księgarniach, ofertę na witrynach internetowych wydawnictw. Ważniejsza jest dla mnie otoczka imprezy, czyli liczne spotkania z autorami książek. Spotkania, a nie tak zwane podpisywanie książek. Nie jestem łowcą autografów. Sobotni dzień wypadł szóstego grudnia. Między stoiskami spacerował więc Święty Mikołaj, a anioły rozdawały dzieciom cukierki. Czemu anioły, a nie tradycyjna świta Mikołaja – nie wiem.


Zaszedłem do sali, gdzie rozpoczęło się właśnie spotkanie z Ignacym Karpowiczem, autorem nominowanej do nagrody Nike „Sońki”, powieści o trudnym wojennym romansie wiejskiej dziewczyny z Niemcem, esesmanem. Rzecz rozgrywała się na granicy Polski i Białorusi, romans wpłynął na całe życie Sońki. Historię poznajemy oczami bohatera, reżysera teatralnego, który po latach spotyka ją wtedy, gdy na jakimś pustkowiu psuje mu się samochód. Karpowicz mówi, że powieść powstawała z przerwami około ośmiu lat. Była wielokrotnie poprawiana. Sam wkład pracy sprawia, że jest to dla niego książka najważniejsza. W spotkaniu z autorem uczestniczy blisko sto osób, wyraźnie widać było, że wśród przybyłych tu kobiet wiele już powieść czytało. Mimika ich twarzy, świadczyła o emocjonalnym odbiorze prowadzonego wywiadu.

Olga Tokarczuk podpisuje "Księgi Jakubowe"

































Godzinę później próbuję wejść na spotkanie z Olgą Tokarczuk, promujące jej nową książkę „Księgi Jakubowe”. Najwyraźniej intensywna promocja książki, prowadzona od kilku tygodni przez wydawcę sprawiła, że w sali ciasno jest jak na sumie w kościele. Nie mieszczę się. Odpuszczam więc. Uczestniczyłem w spotkaniu z Tokarczuk rok temu, kiedy „Księgi Jakubowe” były jeszcze pisane przez nią. Kilka informacji o przygotowywanej książce padło wówczas w toku rozmowy o kulisach warsztatu pisarskiego.

Nadia Szagdaj i Jacek Antczak
Odwiedzam salę, gdzie dziennikarz Jacek Antczak rozmawia z Nadią Szagdaj, autorką kryminałów w stylu retro z kobietą detektywem w roli głównej. "Kroniki Klary Schulz" to sprawnie napisane powieści, przyjemne czytadła dla pasjonatów gatunku. Kłopotem autorki jest nieuchronne konfrontowanie jej z Markiem Krajewskim, który ponad dziesięć lat wcześniej rozpoczął swoją serię, dobrze przyjętych przez czytelników kryminałów, osadzonych w scenerii przedwojennego Wrocławia. Jak widać wielu autorów może osadzać fabułę swoich powieści w scenerii Londynu czy Nowego Jorku określonego czasu, wielu też może osadzać akcję powieści w niemieckim jeszcze Wrocławiu.


Wychodząc ze spotkania z Nadią Szagdaj zobaczyłem Andrzej Stasiuka w asyście dziennikarza radiowej Trójki Michała Nogasia. Spotkanie ze Stasiukiem miało odbyć się w sali, w której podpisywała jeszcze swoje książki Tokarczuk. Długa, zawijana kolejka po podpisy do autorki „Ksiąg Jakubowych” zmusiła organizatorów do zorganizowania spotkania z pisarzem w sali targowej kawiarni. Przestronna sala przyozdobiona pięknymi kasetonami, mieszcząca się nad wejściem na stację Wrocław Główny (bo w obiekcie stacji odbywają się od dwóch lat targi) jest ponad dwa razy większa niż ta sala, w której planowano rozmowę. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem, że pomieszczenie jest pełne. Paradoksalnie spotkanie ze Stasiukiem będzie pewnie najliczniejszym spotkaniem z autorem w grupie wszystkich tegorocznych spotkań. Rozmowa związana była z książką „Wschód”.

Andrzej Stasiuk i Stanisław Bereś
Dlaczego jeździ tak daleko? - Nie jestem typem reportera, nie jeżdżę w celu spisywania relacji z podróży – mówi Stasiuk. - Jestem pisarzem i ważna jest dla mnie relacja między światem a mną samym. Ważne jest to, co pojawia się w mojej głowie na skutek wyjazdu kilka tysięcy kilometrów poza linię horyzontu. Prowadzący spotkanie Stanisław Bereś nie odpuszcza. Pyta czy może spotkanie ma na celu kontakty, poznanie nowych ludzi, odmiennych kulturowo. Pada drastyczne wyznanie Stasiuka – Ja nie lubię ludzi, nie jadę tam po to, aby ich poznawać. Zdarzało mi się zabierać kogoś na stopa jadąc przez Kazachstan, ale nie wykorzystywałem tego do wypytywania, do tropienia w głowie podwożonego jakiegoś niezwykłego wspomnienia do niezwykłej opowieści. Żeby zdobyć takie zwierzenia nie trzeba przecież wyjeżdżać z domu w przestrzeń odległą o tysiące kilometrów. Zresztą mój rosyjski jest raczej kiepski, a ich rosyjski jeszcze gorszy – żartuje pisarz – Jak więc mielibyśmy rozmawiać.


Pojawia się pytanie czy tropi tam daleko polskość. Stasiuk przyznaje, że podobnie jak wielu jest spętany polskością, jadąc na wschód rozmyśla nad szlakami dziewiętnastowiecznych zesłańców, ale zasadniczo stroni od poszukiwania polskich akcentów. W formie anegdoty opowiada jak kiedyś, kilkanaście lat temu, pojechał na Bukowinę Rumuńską, gdzie jak wyspy na morzu, pozostało kilka polskich wiosek, a w wioskach tych mieszkańcy o imionach Gerwazy, Protazy... - W trakcie spotkania wspominaliśmy, stworzyliśmy nową Warszawę – mówi – I co? Popiliśmy się strasznie i to wszystko. Dlatego dziś omijam polskość.
Próbując przybliżyć czytelnikom sens wyjazdów zwraca uwagę Stasiuk na ograniczenie przestrzenne naszego kraju. Mówi, że wielkie powieści powstawały w Rosji i Ameryce, w miejscach rozległych przestrzennie. Pewnie to gna go w tą bezkresną przestrzeń.
W ramach głosów z sali zapytuję, czy powodem wyprawy nie jest może chęć ucieczki od świata takiego jaki jest tu na miejscu, od natłoku informacji, szumów związanych z codziennym życiem, które mogłyby blokować umysł pisarza. Zaprzecza, mówi, że od szumów ociekł już dawno temu przecież. Miejsce gdzie mieszka ciche jest i puste. Mówi, że tam gdzie wyjeżdża, przemierzając kontynent, słońce inaczej świeci, powietrze inaczej pachnie, świat jest zupełnie inny i dzięki temu łatwiej mu myśleć, i łatwiej mu pisać.

Wychodząc myślę sobie, że jest to jednak w jakiejś formie restart stanu umysłu pisarza.




sobota, 29 listopada 2014

Pieśń Patetyczna



pośród nagłówków tekstów reklamowych
w rozbłyskach kasetonów
w światłach rozpraszających mrok
mojej ruchliwej ulicy
mojego handlowego deptaka
w ruchu zapowiedzi, w gwarze promocji
w dyktaturze pożądania
w gramatyce rachunków
szukam was starzy bohaterowie
wodzowie zastępów mężnych
przywódcy walecznych wojów
obrońcy honoru
gdzie jesteście?

wciągając zapach papieru i druku
zatopiony w aromat bejcy
ulatujący ze starych regałów
w labiryncie niezwykłej książnicy
słuchałem odgłosów dawnych bitew
świadectwa odwagi, determinacji
zapisu potyczek zarania dziejów

miałem was wówczas za brutali
mężów nieokrzesanych późniejszym postępem
prawdziwą cywilizacją
dziś w blaskach nowego świata myśli rozprasza
bezładny ruch atomów ludzkiej próżności
pulsujący eksplozjami ledowych wykwitów
warunkujący zachowania standardowe
utrwalone w algorytmach aktywności poprawnej

w nowym lepszym świecie wyglądam was
nieustępliwych we wskazywaniu wartości nadrzędnych
opornych na czas i tendencje giełdowe

chcę usłyszeć melodię odwiecznej pieśni
snującej się nieprzerwanie od prapoczątku
rozpoznać głos barda i jego opowieść
o zdarzeniach minionych, czynach wielkich
emocjach gwałtownych
szukam pieśni poważnej, pieśni mocy
słów pobudki, słów zachęty
inspiracji do wypełniania teraźniejszości
treścią zapadającą w historię

bym o zachodzie słońca
przyciskając okładką zapisane strony
bez lęku patrzył w blask gasnących promieni
przepełniony jedynym doznaniem
że warto było

sobota, 22 listopada 2014

Wspomnienie



mam w głowie obraz świata, którego już nie ma
byłem przekonany, że to te same doliny, wstążki rzek
uważałem, że orzeł kontynuuje swój dawno rozpoczęty lot
kot łasi się do tych samych nóg mrucząc z cicha

wystarczy wejść na połoninę, aby znajomy wiatr
owiał twarz ukazując ogrom przestrzeni
wystarczy przejść deptakiem, aby zanurzyć się
w gwar rozmów współmieszkańców, sąsiadów, znajomych

badacze odkryli, że każdy organizm wymienia zbiór swoich komórek
ich zdaniem pełna zamiana trwa siedem lat
podajesz rękę na przywitanie dawno nie widzianym
odwzajemniasz uścisk zupełnie obcych dłoni

intensywne wspomnienia każą ci porównać obrazy
obiektów, panoram, linie wzgórz, zieleń lasów
krawędzie kościołów, groty wież, linie murów
takie to wszystko małe, niewyraźne, nieciekawe, obce

nie ma już tych łąk pełnych ziół
miasta napełniły się nowym gwarem
inne wody toczy rzeka po podmyciu brzegów
nowy ptak ostrzy swój lot ku słońcu

może czekają krainy wcześniej nie widziane
życie wypełnią rozmowy z kimś niewyobrażonym
może pojawią się cele nie projektowane
presja pamięci nie zmusi do powrotów

sobota, 25 października 2014

Teatr ról

Z próby do Pchły Szachrajki (1988)

Wewnętrzny świat węzła transportowego w centrum logistycznym, w którym byłem dzisiaj, cechuje powtarzalność zdarzeń, rytmów, czynności, procedur, związanych z tym dialogów, pytań i poleceń. Ludzie poruszają się w torach określonych technologią pracy. Patrząc na świat ten z dystansu wydaje się, że cykliczność rytmu tej przestrzeni ma w sobie coś z teatru. Tam też scenariusz określa role bohaterów, poruszają się oni w myśl wypracowanych na próbach reguł, wracają do tych samych dialogów i monologów. Kiedy dla widza pojedynczy spektakl jest przeżyciem kulturalnym, to dla aktora odgrywającego te same sceny dziewięćdziesiąty dziewiąty raz czynności te mogą wydawać się takie same jak praca w sortowni przesyłek kurierskich. To, co nowe, rozgrywa się poza zautomatyzowanymi procesami i dotyczy zazwyczaj sfery prywatnej pracujących, tego co wnoszą od siebie: nastrojów, zainteresowań, bodźców, gestów nie związanych z wymogami pracy, emocji, objawów wzajemnej sympatii lub dystansu i wrogości. Podobnie będzie w teatrze, gdzie nowe informacje płyną obok powtarzanych tekstów dramatów. Kiedy spojrzymy na obiekt teatru w dzień prób, przy jednolitym świetle ogólnym, kiedy światło to zdemaskuje całą teatralną maszynerię kratownic, podestów, zapadni to okazać się może, że przestrzeń ta niewiele się różni od zwykłej hali produkcyjnej czy magazynowej. Teatr w fazie przygotowywania przedstawienia pełen jest paczek, pakunków, kabli, narzędzi, widok podobny do hali przesyłek kurierskich. Wiem, bo bawiłem się w dawnych czasach w teatr. Dziś patrzę na zimno oświetlone pomieszczenia sortowni i widzę, że ludzie poruszają się często trochę jak marionetki.

Kiedy wychodzę na dwór jest już późny wieczór. Niespodzianką jest mroźne powietrze. Ludzie na przystanku przytupują. Ja sam wykorzystuję kaptur bluzy, którą mam pod kurtką i chowam w niego głowę. Dojeżdżam na dworzec kolejowy, mogę wsiąść do wagonu, bo pociąg już został podstawiony. Wagon poraża chłodem bocznicy kolejowej, ale niedługo zrobi się ciepło. Minie trochę czasu zanim pociąg ruszy, bo głos z megafonów zapowiedział, że czekamy na opóźniony pociąg z Warszawy. Nie chcę się tym denerwować, wyciągam więc książkę, przypinam słuchawki, szukam odpowiedniej muzyki na karcie telefonu. Nie chcę słuchać radia, bo radiowe gadanie może mi utrudnić skupienie się nad tym co czytam. A zacząłem dziś czytać „Córki Rozbójniczki” Grażyny Plebanek. To trzecia z czytanych przeze mnie książek tej autorki. Czytam ciurkiem książka po książce. Do czytania zaintrygował mnie wywiad z pisarką, który oglądałem przypadkiem w telewizji. To był impuls, po którym postarałem się o książki. W przypadku pisarzy reakcja na impuls jest prosta. Jeżeli ktoś nas intryguje i chcemy zbliżyć się mentalnie, intelektualnie i emocjonalnie, możemy przeczytać to, co napisał.

„Córki Rozbójniczki” to cykl felietonów dotyczących kobiet, które wyrywały się ze schematów przypisywanych im ról. Kobiety, do których odwołuje się Plebanek to zarówno postacie historyczne, jak również te fikcyjne, które pojawiały się na kartach literatury minionych lat. „To książka feministyczna” - usłyszałem, zanim zacząłem czytać. Być może komunikat tego typu miał mnie zniechęcić do lektury. Nie jestem ani teoretykiem, ani krytykiem feminizmu. To, co czytam, to napisana przez kobietę książka o kobietach. Jeżeli kobiety są jedną z większych fascynacji w życiu mężczyzny, to lektura książki może być zarówno interesująca, jak i pouczająca. Mógłbym oczywiście czytać w tym momencie książkę o dziejach dyplomacji na przełomie epok, o wielkich strategach politycznych, wodzach wojskowych i sprytnych negocjatorach. Mógłbym, ale... po co. Wyłączyłem się ostatnio z nurtu aktualności. Nie interesuje mnie narastanie dziejów społeczno-politycznych. Nie przeglądam portali informacyjnych, nie oglądam, nie słucham wiadomości, prawie nie wiem co się na świecie dzieje i co najważniejsze – jest mi z tą niewiedzą dobrze. To dobry moment na lekturę książki napisanej przez kobietę o kobietach.

Ponieważ lubię działać wielozmysłowo szukam odpowiedniej muzyki, która stanowić będzie tło mojego czytania. Przeglądam nagromadzone zbiory. Jest tam bezmiar utworów starych i bardzo starych. Coraz rzadziej dołączam do tego zbioru nowe kompozycje, bo coraz rzadziej słyszę coś, co chciałbym zachować. Z drugiej strony ilość nagromadzonej przez życie muzyki jest tak ogromna, że ponownie mogę odsłuchać tylko wybrane utwory, na odsłuchanie wszystkiego nie znalazłbym już czasu. I tak najważniejsze jest to, co w głowie zapisane, to co pobudza umysł, przywołuje wspomnienia. Dziś zależy mi na muzyce z wyraźnym żeńskim akcentem, czegoś kobieco energetyzującego. Bo zimno na dworze, a pociąg stoi na stacji i nie wiadomo kiedy ruszy, a ja czytam książkę o kobietach.
Długo się nie zastanawiam. Kiedy w uszach pobrzmiewa mi utwór „Eagle” odrywam się od kolejowego tu i teraz, wznoszę w powietrze na skrzydłach drapieżnego ptaka i patrząc z góry nabywam dystansu do tego wszystkiego co zagłusza i utrudnia skupienie myśli.

Kiedy kilka tygodni temu czytałem „Dziewczyny z Portofino”. Wbrew wcześniejszej sugestii mojego otoczeni, że to książka kobieca (znaczy nie dla mnie), dałem się wciągnąć w fabułę. Opowieść dotyczy grupy dziewczyn, które wychowują się na warszawskim osiedlu lat siedemdziesiątych. Ja wychowałem się na wrocławskim osiedlu tej samej dekady. Czytając książkę Plebanek doznałem uczucia deja vu. Narratorka powieści zdawała się opisywać moje własne podwórko, ze wszystkimi szczegółami, detalami, specyficzną relacją między dziećmi, obrazem zachowań dorosłych, tłem socjologicznym. W pewien sposób to, co charakterystyczne dla tamtych czasów było pewnie typowe dla nowej przestrzeni miejskiej. Drobny przykład. Blokowisko, na którym mieszkałem powstało na gruzach starych przedwojennych kamienic w zachodniej części miasta. Nowe bloki wyrosły na pustych, łysych, pozbawionych często drzew przestrzeniach. Bawiliśmy się między nowymi budynkami, ale bawiliśmy się na gruzach. Dzieci miały różne sposoby na upiększanie przestrzeni. Powierzchnia ziemi pełna była odłamków cegieł, fragmentów pochodzących ze starych elewacji, gzymsów, obramowań itd. Dużo było wokół potłuczonego szkła. Kiedy na kartach powieści pojawia się termin widoczek, nie musiałem czekać na wyjaśnienia narratora co to takiego było. Z płatków kwiatów dzieci układały wzór, przykrywały go fragmentem szyby i obsypywały ziemią lub piaskiem. Wystarczyło odgarnąć później ziemię z tej części szybki, pod którą znajdował się ułożony wzór, nie odsłaniając brzegów szkła, aby zobaczyć zabezpieczony szybą obrazek. To był właśnie widoczek. Widoczek bardzo często był sekretem. Trzeba było znać miejsca, z których pod powierzchnią ziemi poukrywane były widoczki. To przykładowy detal, który łączy moje wspomnienia ze wspomnieniami zapisanymi w fabule powieści. Takich punktów wspólnych było mnóstwo. Zwłaszcza tych, które dotyczyły rozmów i charakteru relacji międzyludzkich.

Pociąg dalej stoi, pasażerowie niepokoją się. Jest prawie północ. Duży wrocławski dworzec wymarł, Nie ma ludzi na peronach, nie wjeżdża żaden nowy pociąg. Utwór „The name of the game” przenosi mnie w czasy szkolnych zabaw w mojej podstawówce. Muzyka była jak obietnica czegoś miłego, czegoś co nastąpi później, co dopiero się wydarzy.

Kiedy zaczynałem czytać „Przystupę”, kolejną powieść Grażyny Plebanek, wydawało mi się, że wpadnę w ten sam typ narracji jaki poznałem w poprzedniej powieści. Często jest tak, że w pierwszych książkach ulega utrwaleniu przyjęty tok narracji, a później jest po prostu powielany. Dotyczy to wielu współczesnych pisarzy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy znalazłem zupełnie coś innego. Kobieca bohaterka w centrum fabuły i szczegółowe socjologiczne tło naszej współczesności. Narrator wszechwiedzący jak w pozytywistycznej noweli. Obraz trochę karykaturalnie wyolbrzymiony, gorzki. Normalnie doznawanie takiego obrazu świata wzmaga obezwładniające poczucie absurdu. Kreślenie obrazu takiego świata pozwala dystansować się do absurdów współczesności. Może napisanie tej książki miało trochę wymiar terapeutyczny.

Dwa pociągi skomunikowały się, jak to zostało wcześniej określone przez dworcowe megafony. Podróżni przesiedli się. W końcu mój pociąg ruszył zabierając mnie za rogatki miasta.

We wstępie do „Córek Rozbójniczki” zwraca autorka uwagę na to, że książki czytają głównie kobiety, piszą je też coraz częściej kobiety. Literatura jest kobietą można by więc rzec. Czy w takim razie zajmowanie się literaturą stało się zajęciem nie męskim?

Kobiety opisywane na kartach książki „Córki Rozbójniczki” to osoby zbuntowane przeciwko przypisanej im w danej epoce roli, zbuntowane przeciwko narzuconym schematom zachowań. To kobiety żwawe, krnąbrne, twórcze, wrażliwe, dynamiczne, czyli „córki Rozbójniczki”, a może po prostu rozbójniczki. Pamiętam, że w moim otoczeniu takie dziewczyny były często określane również mianem „chłopczyc”. Tak starsze panie nazywały ten typ dziewczyn. Chłopczyce na podwórku charakteryzowały się tym, że na przykład posiadały własną bandę. Te chłopczyce bardzo często rozwinęły się w atrakcyjne dziewczyny, kobiety o wyrazistej osobowości, twardych charakterach. Inteligentne, wrażliwe, intrygujące i pociągające, często nieprzystępne, bardzo niezależne, czasami samotne i nieszczęśliwe.
Nie czytałem jeszcze najnowszej powieści, „Bokserki”, ale znając powierzchownie kulisy narodzin pomysłu na książkę odnoszę wrażenie, że pisarka nawiązała tam właśnie do tego wspomnianego typu chłopczycy. Nie dosłownie – to raczej echo takiej chłopczycy z dzieciństwa w fascynacjach dojrzałej kobiety. Podobnie jak tam aktywność dotyczy sfery przypisywanej mężczyznom. Przypisywanej, co nie znaczy, że męskiej na wyłączność. Na pewno przeczytam najnowszą powieść Plebanek.

Jeżeli bunt kobiety przejawia się wychodzeniem z narzuconych ról, to w jaki sposób buntuje się mężczyzna? W pewien sposób jego bunt też związany jest z odrzucaniem schematów ról narzuconych przez współczesne społeczeństwo. Istnieje chyba zjawisko wychodzenia mężczyzn z przypisanych im ról męskich i wchodzenie ich w role kobiece. Ale czy jest to zjawisko dominujące? Mnie bliższy jest bunt odwołujący się do pewnych archetypowych postaw, bunt który dystansuje mężczyznę do kagańca schematów cywilizacyjnych poprzez powrót do pewnej pierwotnej dzikości, do stanu bycia jak kozak na stepie. Wolny, niezależny, nieokiełznany. Tajemniczy, nieprzystępny, nieodgadniony. A jak taki kozak spotka na swej drodze bokserkę? Zapasy, wojna? Może namiętność?

Dojeżdżam do domu. Porywa mnie utwór „I'm a marionette”. Jest on jakby teatralny, musicalowy. Jest w nim jakaś opowieść, jakiś dramatyzm, jest tam jakiś bunt. I jest tam energia i chęć do zmian.






czwartek, 16 października 2014

Underground



Od kilku dni codziennie o tej samej popołudniowej porze obserwuję samolot, który obniża lot przygotowując się do lądowania. Każdego dnia linie lotnicze, do których należy maszyna dostarczają na miejskie lotnisko grupę osób z jakiegoś europejskiego portu. Lista osób zamknięta zostaje w segregatorze lotniczego biura. W miarę upływu czasu listy sumują się z setek w tysiące, w końcu w miliony. Rosnące cyfry dają obraz obrotów handlowych firmy. Prawdziwi ludzie schodzą z pokładu maszyny i dają się wchłonąć miastu.
Kiedy samolot przelatuje po niebie kolejny samochód transportowy dociera do hal firmy kurierskiej, w której tymczasowo pracuję. Tak jak rośnie liczba podróżnych podniebnego przewoźnika, tak narasta w miliony liczba przesyłek przechodzących przez kurierski węzeł. Po powrocie z Pomorza dałem się ponieść wydarzeniom i zareagowałem pozytywnie na propozycję kolegi, który załatwił nam na najbliższy czas zajęcie w centrum logistycznym. Jestem więc w nowej przestrzeni i w nowym środowisku. Hala jest wielka, odcięta od otoczenia systemami ochrony. Jest jak miasto w mieście. Gdyby nie aktywność mojego kolegi sam z siebie bym się tu nie znalazł. Bo w miejscu tym wykonywana jest zwykła praca wynikająca ze zwykłych potrzeb społeczności. Każdego dnia podmioty gospodarcze i instytucje przygotowują przesyłki, które kierują do swoich adresatów. Te zwykłe prace, wynikające ze zwykłych potrzeb, są jakby poukrywane gdzieś. Jeżeli patrzymy na rynek pracy przez pryzmat pracy oferowanej w ogłoszeniach to można odnieść wrażenie, że poza informatykami potrzebni są przede wszystkim magicy od sprzedaży. Tacy, którzy bez skrupułów wcisną klientom każdy tandetny produkt lub usługę, której sprzedaży oczekuje ich mocodawca. Zrobią to bez skrupułów, nie myśląc o wątpliwej jakości tego, co sprzedają i wynikającej stąd miernej korzyści dla klienta. Zrobią to posługując się wyuczoną i wyuczaną umiejętnością wywierania wpływu na innych. Tymczasem wokół pełno jest osób, które nie mają tego handlowego drygu, a gdzieś pracować muszą. Tacy ludzie pracują między innymi tu, w obserwowanym przeze mnie miejscu - trochę na uboczu, trochę w izolacji. To swoiste podziemie, do którego trafiają ci, którzy nie konkurują w wyścigu o zaszczyty i honory. Wydaje mi się, że kiedyś takie miejsca były bardzie widoczne. W trakcie studiów dorabialiśmy korzystając ze zleceń w studenckiej spółdzielni. Można było pracować przy tłoczni w firmie metalowej, w cegielni lub przy taśmie w Pollenie. Dziś praca w takich miejscach to swoisty underground. Ze zdwojonym więc zainteresowaniem przyglądam się ludziom. Widzę sporo osób w średnim wieku. Widzę panie o rozłożystych biodrach, których nie zatrudniłby współczesny pracodawca, bo nie nadają się ani na hostessę, ani na asystentkę prezesa. Widzę mężczyzn, których współczesny biznesmen nie ośmieliłby się zatrudnić w charakterze swojego reprezentanta. Nie chciałby ich też widzieć w swoim biurze. Starzejący się ludzie są przecież tacy nieestetyczni.
W centrum pracuje wiele osób w wieku około i ponad pięćdziesięciu lat. Ale widzę też grupę bardzo młodych osób. Dla wielu z nich praca w sortowni to jedyna możliwość pracy w ogóle. W dodatku taka praca jest też często zajęciem wyłącznie z polecenia.
Pracuję z małym Rafałem. Zaskoczył mnie podwójnie. Najpierw zaskoczył mnie jego głos. Mówi nie używając przepony, gardłowo, wysoko. Mówi jak gimnazjalista, który przechodzi mutację. Tymczasem Rafał wyraźnie zaczął czwartą dekadę życia. Zaskoczył mnie też kontaktem. Jest otwarty, pozytywy, przyjazny i bardzo chętny do pomagania przy wdrażaniu się do zajęć. Można by odnieść wrażenie, że życiowo grzeszy naiwnością, a takich przecież współczesny świat nie lubi i nie hołubi.
Kurierzy przywożący przesyłki dzielą się wyraźnie na dwie grupy. Pierwsza do grupa zamkniętych w sobie dupków, którzy podstawiają samochód, otwierają go i uciekają licząc na to, że ktoś ich za nich rozładuje. Druga to ci, którzy od razu ruszają do opróżniania luku towarowego, są kontaktowi, rozmowni. Tym chce się pomagać. Widać wyraźnie, że lubią rozmawiać w trakcie pracy, korzystają z możliwości poznania kogoś i są nastawieni na przyjazną relację.
W tej części hali, w której sortowane są przesyłki i obrabiane dokumenty pracuje sporo kobiet. Wiele z nich ma słuchawki na uszach. Słuchają muzyki lub radia. To dobry sposób na odizolowanie się od monotonnego hałasu. Można dzięki temu przebywać równocześnie w dwóch sferach, w tej roboczej i tej, którą stwarza pobudzona muzykę wyobraźnia. Nie ma tu miejsca na rozmowy, bo charakter pracy na to nie pozwala. Ale krążą uśmiechy jako główna platforma komunikacji między sobą. Uśmiechające się kobiety są piękne bez względu na wiek.

Kiedy kończy się popołudniowa zmiana miejski autobus odwozi pracujących do centrum. Pora roku nie sprzyja już rozrywkom. Autobus przecina skrzyżowania opustoszałego już miasta.  

sobota, 20 września 2014

Nowa sZAFa

Opublikowany został właśnie nowy numer kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa, z moim wkładem w części Esej-Felieton-Relacje.



sZAFa nr 51

poniedziałek, 8 września 2014

Ucieczka



Pozwoliłem sobie na eksperyment diametralnej zmiany trybu życia i wykonywanego zajęcia. Wiedząc, że moi znajomi wybierają się zarobkować przy montażu ocieplenia postanowiłem do nich dołączyć. Nie powiem żeby decyzja wyjazdu na budowę przyszła mi łatwo. Skostniałem mocno w zajęciach wykonywanych od kilku lat, straciłem zarobkową elastyczność. Od chwili gdy zadeklarowałem udział w pracach do momentu wyjazdu zaczęły mnie męczyć nocne koszmary. Widziałem siebie jako kogoś starego, niesprawnego, słabego, kulawego, jednym słowem byłem siwym inwalidą. Z drugiej strony przyjęcie zlecenia było perspektywą pewnego rodzaju ucieczki. Ucieczki od tu i teraz, od codzienności pełnej przeróżnych niemożności i niedostatków, od presji bycia kimś, mierzenia się w hierarchii statusów społecznych. Nagle dotarło do mnie, że mogę walnąć to wszystko, wyjechać i zniknąć gdzieś na chwilę. Zająć się prostymi czynnościami fizycznymi i dać odpocząć zmęczonej głowie. W przeddzień wyjazdu odczuwałem równocześnie niepokój i pokusę.
Przyszedł dzień wyjazdu. Miejsce pracy odległe jest od mojego domu o ponad trzysta kilometrów. To średniej wielkości miasteczko w zachodniopomorskim województwie.
Wchodzimy na plac dużej budowy. Całość inwestycji dotyczy modernizacji zakładów komunalnych. Równolegle pracuje tam kilkanaście firm wykonawczych. Podczas gdy jedne obiekty są remontowane, budowane, wyposażane, inne są częściowo wyburzane. Jest jak na poligonie, bo w wyburzeniach używane są materiały wybuchowe. Przedmiot naszej pracy to duże okrągłe zbiorniki o obwodzie stu pięćdziesięciu metrów, które trzeba obłożyć styropianem. Pierwszego dnia rankiem wpadamy do sklepów z odzieżą ochronną. O dziwo szybko udaje się skompletować wszystko. Dziwię się, bo jestem niewymiarowy. Razem ze mną pracuje Przemek, podobny do mnie w wysokim wzroście. Dla niego też tego typu zajęcie nie jest czymś powszednim. W ciągu kilku pierwszych godzin udaje nam się znaleźć rytm pracy. Przedziwnym wydaje nam się to, że każda chwila naszej pracy i każdy metr kwadratowy położonego ocieplenia ma zamieniać się w zarobek na podstawie prostego wzoru, prostego przełożenia. To zdziwienie wynika stąd, że różnego rodzaju zajęcia jakimi paraliśmy się w ostatnich latach, charakteryzowały się tym, że energia włożona w pracę przekładała się najpierw w nadzieję na zarobek, a dopiero później - znacznie później - w ewentualny zarobek. Nadzieją trudno się wyżywić. Dotyczy to zwłaszcza pracy na takich stanowiskach jak reprezentant handlowy, doradca klienta, doradca techniczno-handlowy itp. Stworzono system wyglądający racjonalnie, którego głównym celem jest wyzyskiwanie współpracujących z firmami naiwniaków. Właśnie się zbuntowałem przeciwko temu systemowi i wyskoczyłem z niego do zwykłej pracy fizycznej. 
Stoimy z Przemkiem przy ścianie, przygotowujemy klej, nakładamy go na styropian, którego arkusze umieszczamy na ścianie. Po kilku godzinach widać przyrost białych płaszczyzn. Mogę pracować półautomatycznie nie angażując w to zbyt mocno umysłu. Ten wolny od codziennej presji wędruje swoimi ścieżkami. Doznaję odprężenia psychicznego. Czuję analogię tego typu pracy do łażenia po górach. Podobne zmęczenie, podobne zakwasy w mięśniach, w podobny sposób trzeba się przemóc, aby po dwóch dniach pokonać fizyczny kryzys, który nadchodzi. Nadchodzi, ale mija pokonany. Potem paradoksalnie pojawia się lepsze samopoczucie, rośnie poczucie sprawności i siły. Pojawia się nawet lekka euforia. Umysł zwolniony ze stresu penetruje szare komórki pamięci i wyciąga niespodzianki. W głowie gra mi muzyka. Nie potrzebuję słuchawek w uszach z dźwiękami z radia czy odtwarzacza, bo muzykę mam w sobie. Słyszę „Aqua de Beber” Astrud Gilberto. Dlaczego ten utwór dawno niesłuchany? Nie wiem. Ale wiem, że dzięki temu co mi w głowie gra lekko mi się pracuje.



Doświadczeniem towarzyszącym wykonywaniu zlecenia jest konieczność częściowej rezygnacji z własnej prywatności. Mieszkamy zbiorowo całym teamem budowlanym w wynajętej kwaterze. Pierwszy kontakt z typowymi budowlańcami może odstręczyć, bo mocno klną, sporo piją, sprawiają wrażenie prostaków. Drugiego dnia dołącza do nas mężczyzna wyglądający na kogoś mocno po pięćdziesiątce. - Giovani jestem – przedstawia się wszystkim. Wszystkich zaczepia, cały czas coś mówi. Wyraźnie widać, że skracał czas podróży jakimś alkoholem. - Zamęczy nas – myślę sobie. Giovani gada i gada, nawet wtedy gdy śpi. Mnie udało się go nie słyszeć, ale od kolegów dowiaduję się, że nocą opowiedział całe swoje życie. Skąd to imię? Przecież chyba nie prawdziwe tylko wybrane? Może wyjeżdżał do pracy do Włoch i taka sympatia to włoskiego nazewnictwo mu została? Coś w tym musi być, bo zorientowałem się następnego dnia, że nie jestem już Paweł tylko Paulo.
Okazało się, że Giovani potrafi mówić mniej, a nawet milczeć. Więcej - zaobserwowałem, że jest ciekawy ludzi i zdarzeń. Czymś go zaintrygowałem, bo mnie obserwuje. Widzę jak pojawiają się w jego oczach figlarne ogniki, gdy coś dojrzy, albo gdy spodoba mu się moja reakcja na coś. Zastanawiam się czy pod skorupą prostego robotnika budowlanego nie ukrywa się ktoś wrażliwy, któremu życie nie wyszło. On jest trochę jak Falstaff ze sztuk Szekspira.

Po tygodniu pracy wróciłem do siebie. Po dwóch dniach zaczęły pukać do mnie stare stresy. Rozmawiałem przez telefon z kolegami , którzy po weekendzie wrócili na budowę. Ja nie mogłem, bo mam kilka spraw, których nie mogę zaniedbać. Ale mogę pojechać tam w przyszłym tygodniu. Myślę wracać tam dopóki mnie chłody nie zniechęcą.  





poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Celuloidowe obrazy


Od kilkunastu dni wolne chwile poświęcam prawie wyłącznie na przeglądanie starych zdjęć. Do wielu z nich wróciłem po raz pierwszy od trzydziestu lat. Wszystko wzięło się stąd, że postanowiłem zrobić dobry użytek z możliwości technicznych nowych urządzeń, dzięki którym stare fotografie zamieniać można na postać cyfrowych obrazów bezpośrednio z negatywów. Negatywów fotograficznych nigdy nie wyrzucałem. Zawsze wydawało mi się, że kiedyś przyjdzie chwila gdy do nich wrócę. Negatywy leżały, świat się zmieniał, mijały kolejne dekady. Przyszła wreszcie chwila, w której wyciągnąłem stare błony fotograficzne z zakamarków domowego magazynu. Wiele zdjęć tam przechowywanych od dawna nie ma papierowych pozytywów. W ogóle od czasu eksplozji możliwości jakie daje fotografia cyfrowa ta starsza, światłoczuła, nie tylko poszła w odstawkę, ale w ogóle wszystkie wcześniejsze fotografie zniknęły w szafach, bo nie można ich udostępniać zdalnie, a powielanie stało się albo kosztowne albo czasochłonne. Dopiero zakup skanera do negatywów dał mi impuls do eksploracji taśm celuloidowych.
Kontakt z fotografiami sprzed lat rodzi zazwyczaj mieszane uczucia, przyjemność miesza się z jakąś nieokreśloną przykrością, podniosłe stany euforii przeplatają się z melancholią. Uświadamiam sobie, że ekonomika myślenia zostawia nam w głowie jakieś zarysy wyglądów ludzi, obiektów i przedmiotów. Obiekty i przedmioty są względnie niezmienne, ludzie nie. Dopiero kontakt z fotograficznymi obrazami unaocznia nam zmiany jakie nastąpiły w wyglądzie osób z rodziny czy znajomych. Nie wszystkich można w ten sposób porównać. Widzę na fotografiach szkolnych kolegów, z którymi nie mam kontaktu od ponad dwudziestu lat. Nie wiem jak dziś wyglądają. Widzę też osoby, których już nie ma. Dotyczy to nie tylko osób starszych, które w naturalny sposób odeszły, ale także tych wszystkich, którzy zmarli przedwcześnie. Robi się ich coraz większa grupa.
Zdjęcia zadają trochę kłam historii. Schematyczne myślenie, że kiedyś było gorzej teraz jest lepiej nie wytrzymuje próby. To narzucony stereotyp, który nie trzyma się kupy. Nie da się myśleć narzuconym poglądem, że teraz mamy nowy lepszy świat, a wcześniej była niewola, bieda i brak wszelkich możliwości. Kiedy patrzę na zdjęcie kolegów zrobione na licealnej wycieczce do Trójmiasta widzę postacie swobodne, pełne werwy, jakiejś wewnętrznej energii. Chłopcy z Liverpoolu nie mieli lepszego zdjęcia pomimo tego, że pochodzili ponoć z lepszego, wolnego świata. Patrząc na zdjęcia uświadamiam sobie, że zrobiłem je mniej więcej sześć miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego. Aby moja licealna klasa pojechała na wycieczkę trzeba było starać się o pozwolenie w jakimś urzędzie. Obowiązywała godzina milicyjna. Ulice Gdańska patrolowały grupy zomowców. Nic w treści zdjęcia na to nie wskazuje. Bo wolność jest w nas.


Kiedy patrzę na zdjęcia robione na ulicach mojego miasta widzę znajome obiekty, ale widzę też, że ogólny obraz miasta się zmienił. Mam przed oczami zdjęcie z innej już epoki. Przestrzeń centrum miasta wyglądała inaczej, była mniej ludna, ale to nie znaczy, że ludzie nie bywali tam w czasie wolnym w celu relaksu. Prawda, że inicjatywa imprez miejskich była centralnie sterowana, pluralizm w tej sferze zwiększył ilość inicjatyw, a przez to wydarzeń, ale nie wiem czy założony poziom kulturowy tych wydarzeń jest dla wszystkich konsumentów kultury zadowalający... ?

Kamienne zabytki niewzruszenie trwają w zmieniającej się przestrzeni miejskiego krajobrazu niewrażliwe na wahania politycznych barometrów. Nie ma tu większego znaczenia fakt, że dziś wnętrza gotyckich kościołów bardziej rozbrzmiewają wielojęzykowymi zwrotami przybyłych.

Kiedy docieram do fotografii z górskich wędrówek przypominam sobie to, że ta przestrzeń była wówczas miejscem ucieczki, dystansu do problemów codzienności. Równocześnie była to przestrzeń spotkań, kontaktów, nowych przyjaźni, przygód, często nowych sympatii, miłości. Była to zarazem przestrzeń równości i bezpośredniości. Ludzi nie dzielił status majątkowy, gdy szli w góry to po to, aby się tam spotykać, poznawać, rozmawiać, wychodzić razem na wędrówkę, śpiewać piosenki przy ognisku, rozkoszować się poczuciem luzu i wolności. Może dziś nadal są takie miejsca? Wolę nie zakładać tego, że nie ma, bo świat jest całkowicie inny.  













piątek, 25 lipca 2014

Ikarius



kiedy spadam milczę, bo słowa zburzone
zgubiły swoje znaczenia i reguły gramatyczne
melodię wczorajszych pieśni zastąpił głuchy łomot
szumiącego powietrza i panika
pędu zbliżającego się lądu

kiedy spadam mózg zaciera szczegóły obrazów
fotografowanych oczami...
w tych momentach przyglądam się zarysom lasów, równin
łańcuchom górskim – upadek trwa dość długo
wczorajsze zachwyty pierzchły gdzieś

przez świadomość przeleciały mi przyjęte cele
wyznaczające niedawno moją aktywność
żeby jeszcze więcej, bardziej, mocniej, sprawniej...
w teście grawitacji pozostało jedynie trudne do nazwania
zdumienie

przytłoczony ogromem bezładnych obrazów pobudzonej pamięci
szukam tego jednego, który będzie ostatnim najważniejszym doznaniem
kończącej się egzystencji

doznaję widoku twoich oczu wpatrzonych we mnie, łagodnego uśmiechu
poczucie zrozumienia i akceptacji łagodzą lęk
znieczulają umysł

rozkładam szeroko ramiona doznając odprężenia całego jestestwa
wbijam się ślizgiem w warstwy gęstego nadziemnego powietrza
znika poczucie pędu, wyrównuję lot, płynę

ciepłe prądy unoszą mnie
teraz chciałbym opowiedzieć ci jak piękny jest świat
z lotu ptaka

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Przedświt




wstaję nad ranem do świata pogrążonego
w żelazną moc sennego otępienia
w przekonanie, że daje to odprężenie

podnoszę się pobudzony muzyką parku
dobiegającą z uchylonego okna
zapachem nie zważonej upałem
zieleni

to pora lekkich myśli
pędzących zwyczajowo w kilku
dziwnie nie kolidujących w tym momencie
symultanicznych wątkach

z przestrzeni informatycznych sieci
docierają do mnie wersy
wczorajszej refleksji poetów

biegnę ścieżkami wyciętymi w chaosie ziemskim
siłą ich szczególnej imaginacji

są jak legenda o dawnym świecie
jak odwieczne marzenia o spełnieniu
wbrew presji złej epoki i ludzkiej nieprzychylności

naładowany energią mentalną
z łatwością przenoszę się w krąg spraw codziennych
bez lęku, bez buntu

powietrze ma rześką świeżość letniego poranka
… i stanie się dzień


piątek, 27 czerwca 2014

Lśnienie


Ewa Sonnenberg



piersi rozstrzelane pociskami
malującymi przestrzeń złocistych smug
pustynnych burz...
arcykapłani promieni słońca
depcząc świat nieboski zamierają
wchłaniani w ruchome piaski

kontemplując beduinów wędrówkę
rozświetlasz umysł błyszczącą poświatą
rozszczepiasz świadomość w atomy wiatrem gnane
opuszczasz oazę chwili bieżącej
idąc za wzrokiem utkwionym w wydmy
zostawiasz powidokę fatamorgany


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Port



Wiemy z dziejów starożytnych, że wielki myśliciel Platon w swojej wizji Państwa nie widział miejsca dla poetów. Wygnałby ich stamtąd jako element szkodliwy. Czy współczesny Platon miałby zrozumienie dla roli poetów? Poświęcają dużo energii na działania tak wątpliwie produktywne. Nie da się zmierzyć ich pracy rosnącymi słupkami zysku finansowego, gorzej – czytający lub słuchający wytworów ich umysłu ludzie zapadają w dziwny letarg, który może być groźny dla wskaźników ekonomicznych obliczonej na produkcję rzeczy użytecznych w materialnej gospodarce. Kiedy sztab zawodowych coachów walczy każdego dnia o holistyczną konstrukcję idealnego pracownika, którego mózg realizuje wyłącznie wyuczone algorytmy, a zdolności manualne spożytkowane są na pracę idealnego automatu, który każdą kalorię energii poświęci dla realizacji nadrzędnego dobra... Kiedy sztab profesjonalnych coachów trudzi się, aby w skali społecznej nie została uroniona najmniejsza drobina osobowej produktywnej energii, wkrada się poeta, który niweczy ich dzieło. Przebywający pod jego wpływem ludzie zaczynają rozmyślać w sposób niekontrolowany, zaczynają marzyć, tok ich myśli tworzy dziwne konstrukcje nazywane refleksjami, umysł oddala się od fizycznego tu i teraz. Gdyby współczesny Platon rozważył to wszystko mógłby podobnie jak jego starożytny odpowiednik dojść do wniosku o koniecznym wygnaniu poetów. Gdyby poeci wygnani zostali w sobotę 21 czerwca 2014 roku to w swojej tułaczce na pewno zawitali by do Chorzowa, do Sztygarki, na zlot osób takich jak oni, na dwunastą edycję Portu Poetyckiego.


O Porcie Poetyckim wiem od kilkunastu dni, chcę oderwać się od spraw bieżących, od powszednich ważnych problemów, od codziennego rytmu pracy zawodowej... Po siódmej rano wsiadam więc do ekspresowej linii komunikacyjnej, autokar wiezie mnie z Wrocławia w kierunku górnośląskiej aglomeracji. Czas podróży poświęcam na lekturę kilku ulubionych literackich witryn internetowych. Rozmawiam też na komunikatorze z kimś, kto nie mógł towarzyszyć mi na ten poetycki zlot. Budujemy wyobrażenie spotkania poetów. Rozmawiam i czytam, dojeżdżam, wyskakuję na katowicki bruk. Stamtąd dwa przystanki autobusem miejskim i kilkadziesiąt kroków do kompleksu Sztygarki. Pojawiam się na dziesięć minut przed planowanym początkiem warsztatów poetyckich. Witam się ze znaną mi z sieci poetką Małgorzatą Południak, widzę organizatorów Portu. Przede mną stoi Barbara Janas-Dudek, w wejściu do budynku Jacek Dudek rozmawia z pracownikiem ośrodka. Poznaję się z przybyłymi uczestnikami, słyszę imiona Wojtek, Ewa, Leszek, Adam, Mariola... W sali teatralnej trwają ostatnie prace przygotowujące popołudniowe zdarzenie główne i towarzyszące mu wystawy plastyczną i fotograficzną. My udajemy się na tyły budynku, gdzie w sali na piętrze zasiadamy przy podłużnym stole. Prowadzący warsztaty Jerzy Suchanek prosi pierwszą osobę o przeczytanie przygotowanego utworu. Słuchamy w skupieniu. Strząsamy z siebie resztki pośpiechu. Czas zaczyna płynąć inaczej. Znalazłem się w grupie osób, które spotkały się po to, aby rozważyć każde słowo, jego adekwatne użycie w stosunku do oznaczanej rzeczy, zjawiska, uczucia. Chcemy zbadać to w jaki sposób słowo może być nośnikiem sensów trudnych, subiektywnych, subtelnych, albo też emocji gwałtownych, stanów ducha euforycznych bądź niskich. Czy poezja może być nośnikiem treści publicystycznych? W jakich proporcjach żeby nie powiało mentorstwem? Czy wystarczy użyć w wierszu nazwy przedmiotu wywołującego dźwięk, aby dźwięk ten słyszalny był, a wraz a nim odczuwalny był taki a nie inny nastrój? W jaki sposób wyjąć słowo z jego utrwalonego związku frazeologicznego, żeby w nowym układzie nie wyszło sztucznie, banalnie czy niezamierzenie śmiesznie? W jaki sposób podjąć w poezji temat trudny taki jak niepełnosprawność dziecka, aby w efekcie wyszło poważnie i emocjonalnie, ale nie tkliwie?


Przychodzi czas pauzy. Papieros, kawa, herbata... Przenosimy się do kawiarni. W planie mieliśmy powrót. Nie udało się, bo kawiarnia i poezja dobrze się przecież komponują. Kontynuujemy warsztaty. Poruszamy tematy w zasadzie fundamentalne. Którzy poeci wyznaczyli punkty milowe polskiej twórczości lirycznej. Jaka jest rola twórczości poetyckiej w kodyfikacji, konserwacji i rozwoju polskiej mowy. Co nowego w sposobie mówienia wierszem.



Za oknem rośnie tłum przybywających gości. Za kilkanaście minut rozpocznie się zasadnicza część tegorocznej edycji Portu Poetyckiego. Zajmujemy miejsca w sali widowiskowej, gasną światła, krótkie powitanie i zaczyna się. Główni goście prezentują swoją twórczość. Znowu cisza, kontemplacja, aktywny odbiór, aktywny bo przekładający się na osobiste refleksje, na poszukiwanie bodźców kierujących myśl na nowe tory, wewnętrzne poszukiwanie pól wspólnych między światami czytającego i słuchającego.



Czytaniu towarzyszą dwie wystawy plastyczne, krótką mową wprowadzającą zaprezentowane zostają dwie artystki: Barbara Trzybulska i Anna Wołoch. Prace ceramiczne Trzybulskiej miałem okazję poznać wcześniej za sprawą tego, że obrazy tych prac używa Małgorzata Południach jako ilustracje do tekstów swojego blogu. Prace ciepłe, bo emanujące często czerwonawym kolorem wypalonej glinki. Fotografie Anny Wołoch wprowadzają widza w ciekawy świat, gdzie pozornie zwykłe obiekty, takie jak przykładowo poręcz krętych schodów, budują przestrzeń emanującą niezwykłością i zdają się otwierać okno do świata baśni. I nie ma w tym nic banalnego.
Kiedy na scenę wchodzi Joanna Vorbrodt i zaczyna się koncert jej piosenek, poetycki klimat portowego zlotu potężnieje. Nie tylko za sprawą wykorzystania w jednym z utworów tekstu poetki Magdaleny Gałkowskiej. Prezentowana muzyka, sposób jej wykonania, teksty tworzą dobry przerywnik i ilustrację zarazem do poetyckich prezentacji.



W kuluarach Portu robi się swobodniej, rozmowy, wymiana informacji pomiędzy tymi, którzy dawno się nie widzieli. Herbata, piwo... Miejscowi twórcy porzucają literacką polszczyznę na rzecz tej gwarowej, śląskiej. Słucham chciwie. Przed nami ostatnia część wieczoru Hyde Park i prezentacje kolejnych twórców. Czytanie z estrady, w świetle reflektorów, do mikrofonu, kierując słowa z jasnej sceny w kierunku ciemnej przestrzeni, ciemnej, ale bardzo osobowej. Trwa rotacja - widzowie wchodzą po kolei na estradę, schodzący ze sceny wracają na widownię.

Jest środek nocy gdy mój autokar rusza i wjeżdża w ciemność opuszczając Górny Śląsk, kierując się w stronę tego Dolnego. W głowie układają się słowa...




 Fot. Paweł Dąbrowski i Leszek Sobeczko

Lista uczestników XII Portu Poetyckiego - tu