niedziela, 26 stycznia 2014

Potrzeba kreacji

Najwyraźniej fakt pojawienia się dialogu dwóch wierszy został potraktowany przez niektórych jako zaproszenie do dalszych parafraz. Spotkałem się już z takimi reakcjami. Wierszyk jest tu impulsem do pisania jego wariacji albo impulsem do napisania wersowanego tekstu od siebie z podobnym motywem, wizją, emocjami. Oczywiście z reakcjami tego typu spotkałem się tylko na blogach wprost literackich lub blisko-literackich. Dwa lata temu zrezygnowałem definitywnie z udzielania się na blogach społeczno-publicystycznych, bo nie jest moim obywatelskim obowiązkiem oddawanie daniny politykom. Potrafię udzielać się w takich przestrzeniach, ale to nie moja bajka. 
Kiedyś napisałem wierszyk na zbiorczym blogu i zauważyłem, że w ciągu dwudziestu czterech godzin eksplodowały wiersze opublikowane przez innych użytkowników. Nie jest istotne czy powstaje w ten sposób wielka literatura czy nie. Nie o to chodzi. Każdy wierszyk ten lepszy i ten gorszy wyzwala nas z wszechogarniającego języka polityków i przyklaskujących im mediów. Każdy wierszyk tego typu odrywa nas od manipulującego nami języka reklamy.  Dlatego też nie oceniam publikowanych tekstów - wartością jest dla mnie to, że tego typu teksty w ogóle pojawiają się w blogowych przestrzeniach.
Trochę inaczej wygląda rzecz z publikowaniem krótkich tekstów prozatorskich. Początkowo jak umieściłem na blogu coś w rodzaju krótkich opowiadań z trzecioosobowym narratorem zauważyłem, że czytelnicy pogubili się. Mocno tkwią w schemacie, że blog to pamiętnik, a podmiot tekstu to autor. 

Najpierw do dialogu wierszyków dopisała się Inusia:

Codzienność
Dziś piątek.
Nie boli mnie głowa.
Farba zakrywa srebro skroni.
Mój mąż chce być mój, co ja na to poradzę.
Dzień jak dzień, taki sam jak inne.
Monotonia.
Czy będę dziś coś malować ?
Nie.
Bóg namalował wszystko lepiej.


Wczoraj w komentarzu swój tekst dodała Rybcia:
  
piątek jest tuż przed sobotą
pachnie rozkoszą
spełnieniem nadziei
oczy wpatrzone w cudowny dzień
znajdują słońce
dłoń, jak pędzel mistrza
maluje rozkosz
Ty i ja, jak bóg
tworzymy boską kreację
…i spełnia się

A przed chwilą pojawił się jeszcze tekst Sylwii, który nie będąc już parafrazą ma w treści coś korespondującego z poprzednimi wierszami:

Kolejna pauza do wypełnienia sobą
Może z samotnym kubkiem w dłoni
Swiat poza mną już nie jest taki zły
Może to tylko taka nazwa
Ot, nic nie znaczący poemat
Wyczekiwanie następnych chwil

Pies tak samo na mnie spogląda
Kot w swym przewrotnym pędzie
Gdzieś, po coś lub bez celu
I ja z nutą zagubionej niedzieli

Zatrzaskując hałaśliwą powszedniość
Doganiam nieodgadnione niebo
Na schodach spotykam prawdę niemą
I zrzucam nic nie znaczący rząd słów

Może już jutro, za tydzień
Może kiedyś, gdy jakieś potem
Przeminie, prześmignie jak cień

Może niedziela jest tylko snem
Może wydarza się ”po”
A może jeszcze ”przed”
Tylko czy w trakcie potrafię zgadnąć
Że jest.




Nie wiem skąd bierze się potrzeba literatury. Nikt tego nie wie. Lista odpowiedzi jest długa i będzie dłuższa. Prowadzenie rozważań o źródłach potrzeby kreacji literackiej samo zamienia się w literaturę. Znam objawy tego stanu. Kiedyś napisałem o tym w komentarzu do blogu, w którym rzecz tyczyła się sklepu papierniczego. Napisałem tak:

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa – chyba druga lub trzecia klasa podstawówki – religia była jeszcze przy kościołach, a nie w szkole. Chodziliśmy któregoś dnia rano na katechezę, bo szkoła była od jedenastej. Wracając zachodziliśmy zawsze do sklepu papierniczego i gapiliśmy się w lady. Wszystko tam kusiło – i to czym można było pisać, rysować, malować. I to – na czym można było pisać… Za ladami stały ekspedientki w czerwonych fartuszkach z tlenionymi, tapirowanymi, ogromnymi fryzurami. Co takiego kuszącego było wśród akcesoriów sklepu papierniczego? Chyba to, że nie oferował skończonych, finalnych produktów. Raczej środki do osiągania czegoś… Rósł apetyt na pisanie.



piątek, 24 stycznia 2014

Dialog

Wdałem się w dyskusję na blogach trochę mocniejszą tym razem. Temat trudny, kontrowersyjny... światopoglądowy. Chyba rozegrała się jakaś walka na słowa.
Później krążyłem po ulubionych stronach w poszukiwaniu czegoś czym umysł mógłbym odwrócić. Znalazłem nowy wiersz Małgosi. 




nie rozumiem polskiego


                                                                Baśka Trzybulska


znowu piątek

ból głowy nie mija
zapadam się w siebie
mój facet zawsze pozostanie moim
mimo że siedzę sama i bigos popijam kawą

z prostych rzeczy wychodzi mi najlepiej
nastawianie budzika na szóstą pięćdziesiąt
bez porannego seksu
dzień zapowiada się mętnie

podleję kwiaty
i zacznę malować
nowe niebo dla kobiet z prowincji

bóg nas kocha
tylko czy on o tym wie


Małgorzata Południak
09.01.2010
(http://wcieniuskrzydel.blogspot.com/)


Zobaczyłem wiele komentarzy i też chciałem dodać coś od siebie. Ale nie przychodziło mi nic do głowy co dałoby się wyrazić zwykłym językiem dyskursywnym. Zacząłem więc parafrazować czytane słowa.


the time

                                                           Dominika Dąbrowska



mija piątek za piątkiem
ból głowy pojawia się i znika
skronie przyprósza siwizna
aromat kawy jak prezent
sobie ofiarowany

oczy wpatrzone w mętny dzień
szukają słońca
ręka prowadzi pędzel po płótnie
nabierającym blasku
kolorowego krajobrazu

zza lasu na wzgórzu spogląda Bóg
zaklęty w mojej kreacji


24.01.2014



wtorek, 21 stycznia 2014

Zanikająca komunikacja

Zdumiałem się dziś oglądając panel administracyjny. Zauważyłem, że zniknęły komentarze do moich dziewięciu ostatnich postów, a było tego trochę... Sprawdziłem ustawienia - wszystko gra. Nie ukrywam, że zniechęca mnie to lekko do narzędzia Bloggera. Komentujący gotowi sobie pomyśleć, że to ja usuwam ich wpisy! Mam wrażenie, że źródłem problemu jest połączenie bloga z kontem Google+. Tego połączenie nie da się cofnąć. Komentarze znikają z mojego bloga po dniu lub dwóch pozostając jednocześnie we wpisach użytkowników publikowanych w Google+. Zgodnie z założeniem łączenia bloga z Google+ komentarze miały być publikowane w obu miejscach. Czyżby narzędzie nie zostało dopracowane???

niedziela, 19 stycznia 2014

Klik-klik



inspiracje są istnieją
bardzo ulotne
zawsze nie w porę
w tłoku fastfoodu
sprzedający powtarza nasze zamówienie
pomrukuje pod nosem
w olśnieniu – jakby komentował
nugetsy – ależ tak…
cheesburger – no przecież
duża kawa – pewnie….!
zabawka nr 7 – zgadza się
klik-klik, uśmiechy
wygraliśmy!!!




wtorek, 14 stycznia 2014

Z poczucia...

Krążę w uczelnianej części miasta. Dziwne są promienie słoneczne wydłużającego się dnia, zwłaszcza wówczas, gdy muskają lekko głowy studentów kampusu akademickiego. Przechodzące między budynkami postacie stwarzają wrażenie zabieganych, zaaferowanych nawet. Tak jak pierwsze mocniejsze styczniowe słońce może być zapowiedzią przyszłej wiosny, odradzającej się natury i rozwoju w kierunku lata, tak gąszcz krążących jak elektrony studentek i studentów jest zapowiedzią przyszłych dróg kariery zawodowej. Oby współbrzmiącej z wewnętrznymi zainteresowaniami i pasją dążenia do celu.
Młodość uczących się kontrastowała bardzo z doznaniem obcowania z przeszłością w obiektach byłego miasteczka medycznego w jakim znalazłem się po chwili. Czerwono-ceglane budynki, parkany z kutymi przez kowala sztachetami ogrodzenia, skwery i brukowane ścieżki. Nie zdziwiłbym się gdybym ujrzał tam panów w białych, zakładanych z przodu fartuchach z charakterystycznymi dla początku poprzedniego wieku wąsikami i bródkami.
Jakiś czas później inna strona miasta, Mniej tłumna, opustoszała raczej w środku dnia. Idę przez stuletni skwer. Pnie starych drzew połyskują w świetle. Interesujący widok, który za trzy miesiące przesłonią liście. Kiedy jechałem do siebie sięgnął mnie jeszcze intensywny i nienaturalny w styczniu zapach ziemi i roślin iglastych. Zapach tak intensywny, że wypełnił całą kabinę samochodu jak narkotyczny gaz. Było to z pewnym miejscu na trasie przy podmiejskiej kolonii kilku zabudowań.
Szukam po południu jakiegoś tła muzycznego do moich zajęć. Nic mi nie pasuje. Ostatecznie wyszperałem „Blue Train” Johna Coltrane’a. To był dobry wybór. Poddaję się jazzującym dźwiękom lat sześćdziesiątych.
W stosie notatek znalazłem niedawno pewien tekst, który zagrzebałem tam miesiące temu, bo mi się pretensjonalnym widział. Dziś wyjąłem go na wierzch i wyposażony w dystans czasu przyglądam mu się.



z poczucia niezgody
na zwykłą codzienność
z oporu na role konieczne
w potrzebie pogody w czas szary
w dążeniu precyzji palety słów
znaczeń niebyłych
wcześniej

w balsamowaniu mgnień gasnących
z przekonania że ważniejsze są chwile
od trwania

z myślenia, z afektów, z niemocy
z odkrycia, że żyję dwa razy jeżeli...
w ucieczce w siebie
i w dążeniu ku innym

z nałogu nazywania odpowiednio
ze zmagań przekładu
tak mocno doznanych klimatów i stanów
w wers, zdanie, słowo
z gadania do siebie...

z rozczuleń, z miłości, fascynacji
odurzenia
odkrycia że wtedy jaśniej, szybciej
intensywniej
i chcę jeszcze

z samotności przeciwko której...
ze zwykłej rozmowy niepotocznej
gdzie słów tysięcy kilka nie sto
i poczucie przestrzeni
dla której głowa oknem
nie nogi ziemią

bo wyciągam rękę do...
myśl przekazuję i...

... a skąd się biorą poeci?
- No właśnie...?





piątek, 10 stycznia 2014

Kartka

Niespodzianka jaka mnie dziś spotkała uzmysłowiła mi coś, co do mojej świadomości pukało już wielokrotnie. Ale do rzeczy – po pierwsze: Niespodzianką jest kartka pocztowa jaką przyniósł mi dziś listonosz. Kartka niezwykła, bo dostałem ją od zapoznanej w przestrzeni blogów poetki i redaktorki pism artystycznych Małgorzaty Południak. Zaglądam do jej blogu Pierwszy Milion Nocy.
Kartka dotarła z Irlandii, gdzie dziś Małgosia mieszka. Oglądam teraz zdjęcie z odpoczywającymi na pastwisku owieczkami, udziela mi się ich wełniany spokój, czytam treść, oglądam odręczne pismo. Pamiętam wiersz i piosenką śpiewaną niegdyś przez Ewę Demarczyk, w której pada prośba: „...kiedy piszesz do mnie nie wystukuj wszystkiego na maszynie...”. W tym przypadku odczuwam dużo więcej, bo kartka została najpierw wybrana w kiosku czy księgarni, później wypełniona indywidualną treścią poetycką i wreszcie nadana pocztą. Przebyła fizyczną przestrzeń dzielącą mnie od Irlandii i teraz stoi przede mną na regaliku z książkami. Kartka jest - jak na kartkę przystało - z tekturki, z nadrukowanym zdjęciem, jest materialna. Ślad tuszu z długopisu jest materialny i znaczki pocztowe są materialne, została hojnie ostemplowana prawdziwymi pieczątkami.
W związku z kartką tą uświadamiam sobie względność wirtualnego świata. Często spotykam sąd, że prawie wszystko to, co dotyczy internetu i tworzonych tam przestrzeni wirtualnych, cechuje iluzja, są to byty nieprawdziwe, wymyślone, wykreowane... Jednak zawsze wtedy gdy przy okazji aktywności na blogach poznaję nowych ludzi, rozmawiam z nimi, wymieniam się zarówno tym, co publikowane w postach, jak i komentarzami; kiedy zaczynam korespondować prywatnie wiem, że nie są to kontakty z widmami, a z realnymi osobami. Odczuwam często intensywnie, materialnie i zmysłowo przestrzeń zdarzeń opisywanych w tekstach, czasami załączone zdjęcia pozwalają mi, jak przez okno, zajrzeć w świat autora blogu.
Wiele lat temu, w czasach bez komputerów i netu (rzeczywistość dla najmłodszych niewyobrażalna) utrzymywałem kilka kontaktów z ludźmi dzięki listom. Kiedy świat przyśpieszył w swoim nibyrozwojowym pędzie zwyczaj pisania listów zaczął zanikać, bo wydawało nam się, że nie mamy na nie czasu. Później paradoksalnie (i dobrze!) sztuka epistolarna odżyła z mailach. Do tego doszła możliwość szybkiej wymiany zdań, poglądów, tekstów literackich, galerii zdjęć w przestrzeniach blogów i portali społecznościowych. Korzystamy z możliwości wymiany informacji szerzej niż w listach do indywidualnego odbiorcy. Przelatują między nami wiązki elektroniczne bajtów zawierające literki, obrazy, dźwięki. Ale dobrze jest czasami dostać coś tak materialnego jak wypełniona ręcznie kartka pocztowa. A światy wirtualne znam od zawsze, chociaż niegdyś inaczej się nazywały, bo były to po prostu światy literackie.

Dziękuję Ci Małgosiu.




czwartek, 9 stycznia 2014

Słoneczny dzień

Być może rodzaj odczuwanych emocji wpływa na przyciąganie określonych ludzi i określonych informacji. Być może przyciągamy wtedy też takie a nie inne zdarzenia. Myślę o dniu, w którym postanowiłem pojechać do Wrocławia po to, żeby odwiedzić swoją matkę. Od rana przychodziły mi na myśl jakieś skojarzenia ze skandynawskim nurtem egzystencjalnym w literaturze i filmie. Wynikało to dość paradoksalnie ze słonecznej pogody. Paradoksalnie, bo to przecież brak światła, brak słońca, przyczynia się do nastrojów depresyjnych, które funkcjonują jako częsty motyw w nacechowanej refleksją egzystencjalną sztuce. Jednak nie tego dnia, bo ostre styczniowe słońce, słońce pozornie wiosenne, emanowało innym kolorem, inną intensywnością światła. Nawet nie wiem czy wpływ miał  kolor bardziej brązowawy, sprawiający, że świat wyglądał trochę jak fotografia utrzymana w tonacji sepii, czy może też wrażenie to wynikało z intensywnej gry światła w bezlistnych konarach drzew i mozaiki długich cieni układających się na ziemi. Było coś chłodno-północnego w aurze rozświetlonego słońcem styczniowego dnia.
Nie miałem ochoty wjeżdżać swoim samochodem do zakorkowanego centrum. Sprawdziłem rozkład komunikacji pomiędzy moim miasteczkiem a Wrocławiem i wybrałem podróż busem. Obiecałem sobie, że wykorzystam dojazdy na lekturę jakiejś książki. Książkę wybrałem, włożyłem w niewielki plecak i poszedłem na dworzec.
Na przystanku zobaczyłem Inez – siostrzenicę mieszkającej w pobliżu mnie koleżanki Edyty. Ładna, wysoka dwudziestolatka, sprawiała zawsze wrażenie dziewczyny bardzo delikatnej i trochę wyciszonej. Wyciszonej, ale nie zastraszonej. Kilka razy spotkałem ją już w drodze do Wrocławia, jeden raz siedzieliśmy razem przy jednym stole w trakcie garden party zorganizowanego przez jej ciocię. Inez to dziewczyna trochę wyrwana z polskiego kontekstu, bo urodziła się i wychowała w Paryżu gdzie mieszkali jej rodzice. Tam też uczęszczała do szkół aż do francuskiej matury. Dwa lata temu przyjechała na wakacje do rodziny z matką i małym braciszkiem. Nie wyjechali po wakacjach, bo na przeszkodzie stanęło zdrowie mamy. Zostali aby szukać możliwości leczenia. Edyta, która jest lekarką, chciała wysłać siostrę na specjalistyczne konsultacje - tu w kraju. Matka Inez cierpiała na schorzenie zanikania mięśni. Inez zostając w Polsce zaczęła od października uczęszczać na zajęcia w jakiejś prywatnej szkole wyższej.
– Na uczelnię – zapytałem ją, gdy dotarłem do wiaty przystanku.
– Nie na rozmowę o pracę – odpowiedziała delikatnie się uśmiechając – Naukę już dawniej przerwałam ze względu na sytuację...
Usadowiliśmy się w busie, który ruszył w kierunku miasta.
– Postanowiliśmy wziąć ślub z moim chłopakiem. Na razie będę pracować – kontynuowała. – Nie mam teraz pierścionka, bo jest oddany do zwężenia – powiedziała zauważając, że oglądam jej dłonie. – Ślub dopiero w sierpniu przyszłego roku, bo teraz długo trzeba czekać na wolną salę. Poza tym mama odeszła w listopadzie...
- Nie wiedziałem.. Była u mnie między świętami Edyta, ale nic nie mówiła... – szepnąłem.
- Mama już była bardzo słaba ostatnio. Mam złe wspomnienia z ostatnich jej dni w szpitalu – mówiła powoli.
- Trudny czas przed tobą. Trzeba przerobić wszystkie myśli i wszystkie wspomnienia – odpowiedziałem – Wiem, bo mi trzy lata temu niespodziewanie zmarł ojciec.
- Tak - trudno jest zwłaszcza nocą...
- Jakiej prac szukasz? – zapytałem chcąc zmienić temat.
- Takiej gdzie potrzebują kogoś ze znajomością francuskiego...
- No tak, przecież to dla Ciebie język naturalny. Zobacz, które francuskie firmy mają swoje filie w Polsce i sama się do nich odezwij bez względu na to czy mają jakąś rekrutację czy nie. Zresztą wiele z tych firm nie ogłasza się na portalach pracy nawet wówczas, gdy szukają ludzi do zatrudnienia – próbowałem doradzić.
Auto przejechało przez most na Odrze. Dojechaliśmy na jeden z wrocławskich placów w północnej stronie miasta. Kupiliśmy bilety komunikacji miejskiej w przydrożnym kiosku. Życzyłem jej powodzenia w kwestii rozmów o pracę i rozjechaliśmy się tramwajami w przeciwnych kierunkach.
Miałem ochotę pochodzić gdzieś po rozświetlonych ulicach. Wysiadłem więc w centrum i zacząłem wędrówkę. Mury kamienic odbijały jasność, z szyb okien błyskały refleksy słoneczne. Szedłem powoli napawając się pogodnym dniem. W pewnym momencie przystanąłem na chwilę przy jakiejś budce, bo zwiódł mnie intensywny zapach placków ziemniaczanych. Zwiódł skutecznie, bo kupiłem pięć sztuk i usiadłem zjeść je przy sąsiadującym z budką stoliczku. Byłem sam. To znaczy nie do końca, bo wokół mnie uwijało się kilka wróbli – podskakiwały z drugiej strony stołu. Poniżej spacerowały dwa gołębie. Wszystkie ptaki żebrały o okruszki. Jadłem placki w asyście szarych ptaków... - Może to oznaka starzenia się - tak siedzieć chłodną porą razem z wróblami? – pomyślałem.
Znowu ruszyłem na przystanek. Dotarłem tam dokładnie w tym samym momencie co pożądany tramwaj. Moja matka mieszka na osiedlu wybudowanym kilkadziesiąt lat temu z tak zwanej wielkiej płyty. Budynki mają po czterdzieści parę lat. Osiedle niegdyś „łyse” dziś zarastają wysokie i rozłożyste drzewa. Osiedle niegdyś „młode” dziś jest zbiorem mieszkań emerytów. Witam się z matką, składamy sobie noworoczne życzenia (ponownie, bo poprzednio telefonicznie), potem siadamy nad kawą, herbatą i rozmawiamy. Nasza rozmowa tradycyjnie polega na tym, że ja odzywam się od czasu do czasu pojedynczymi słowami lub krótkimi zdaniami, a mama opowiada mi o wydarzeniach niedawnych dni, odleglejszych dni, w końcu wspomina ojca. Ojciec jest z nami... - na zdjęciu o większym formacie wystawionym w regale bibliotecznym. Główny cel moich wizyt to dać matce możliwość wygadania się.
Nisko zawieszone słońce rozświetla pokój. Wszystko tu intensywnie przypomina mi ojca. Cały układ pokoju, przedmioty wokół – wszystko to pamięta jeszcze jego ręce. Najbardziej zadziwia w takich sytuacjach taka dziwna nieśmiertelność przedmiotów. Widoczna tylko w kontekście osób, z którymi przedmioty te były w jakiś sposób związane - osób, które odeszły na zawsze.
Słucham jak mama opowiada, ale czuję napad dziwnego zmęczenia, senności. Mówię, że potrzebuję odpaść na chwilę i zasypiam na kanapie. Wybudzam się po jakiś dwudziestu minutach. Dawno nie spałem w tym mieszkaniu. Zwykła rzecz robi się niezwykła, bo to bardzo dziwne wybudzać się wśród przedmiotów, które pamięta się z dzieciństwa w przestrzeni domu rodziców.
Sprawdzam rozkład powrotów. Piję jeszcze herbatę. Postanawiam, że wrócę busem, który odjeżdża za dwie godziny. Do tego czasu wyjdę jeszcze na miasto. Żegnam się z matką, idę do tramwaju i jadę ponownie do centrum. Wysiadam na jednym z ważniejszych skrzyżowań w sercu miasta. Rozważam plan kolejnej wędrówki, ale uwagę moją przykuwa kolumna ludzi idących deptakiem w moim kierunku. W kolumnie tej widzę charakterystyczną sylwetkę Inez. To nic, że jestem w ponad półmilionowym mieście. Widocznie dziś miałem spotkać ją dwa razy tego samego dnia.
- Jak tam rozmowy? – pytam.
- Dziękuję – odpowiada – dostałam tę pracę – uśmiecha się. Mówi, że to po prostu praca w banku, w Societe Generale. Będzie obsługiwała francuskojęzycznych klientów.
Gratuluję i dowiaduję się, że dziewczyna będzie wracać do domu tym samym kursem co ja. Chciała tylko wstąpić jeszcze do księgarni w domu handlowym. Ruszamy razem. W księgarni każde z nas udaje się w kierunku ulubionych regałów. Obejrzałem nowości wydawnicze, ustawiłem się w holu przed wejściem i czekałem spokojnie. Wracała rozmawiając przez komórkę. Przeszliśmy do ruchomych schodów.
- Cały czas śpi ze mną w jednym łóżku – mówi w momencie, gdy schody wiozą nas w dół – Mój braciszek Oskarek...
- Ile on ma lat? – pytam – Tobie jest trudno, w sytuacji w jakiej się znaleźliście, a co dopiero jemu – odpowiadam słysząc informację, że to pięcioletni chłopczyk – Zostałaś niespodziewanie obdarowana dzieckiem – wypowiadam na głos to, co myślę.
- On mówi do mnie mamo i ja mu na to pozwalam. Mamy taki zagmatwany kontakt z ojcem. On dalej mieszka we Francji – mówi. Wychodzimy na zewnątrz i czekamy na tramwaj.
- Zazwyczaj jest grzeczny. Wyjątkiem są momenty, gdy idziemy na cmentarz – opowiada – Pytałam nawet psychologa czy zabierać go tam czy nie, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie możemy sztucznie izolować go od tego co się stało. Po wizycie na cmentarzu zamyka się w sobie i robi się dość nieznośny. Potem mu mija. Opowiada o mnie w przedszkolu wtedy, gdy dzieci mówią o swoich mamach.
- Łatwiej jest mu ustawić ciebie w tej roli niż tłumaczyć innym dzieciom, co się stało z jego prawdziwą matką – komentuję. – Czy chcesz czy nie buduje się silny związek między nim a tobą i będzie to ważna relacja na całe życie.
- Ciocia mówi mi, że powinnam korzystać z młodości, ale on jest taki mały – słyszę.
Jedziemy tramwajem przez ścisłe centrum miasta. Potok ludzi płynie chodnikami w obu kierunkach.
- Podjęliśmy decyzję, że Oskarek zostanie z nami, ojciec to zaakceptował – słyszę. – On tam w Paryżu mieszka z moim drugim bratem Wiktorem. Tamten ma szesnaście lat. Ja i mój chłopak będziemy dla Oskarka rodziną zastępczą. On mówi do niego tato - Piotrek trochę się wzbrania przed tym.
- Ale akceptuje to – pytam - że na starcie będzie miał dziecko pomimo tego, że swojego dziecka wcale jeszcze nie ma?
- Tak. Oni się świetnie dogadują – odpowiada  – Oskarek jest strasznym niejadkiem. Ja nie mam cierpliwości do karmienia go, a Piotrek potrafi godzinę siedzieć z nim nad talerzem...
Nie zauważam już otoczenia. Gdzieś przed chwilą wysiedliśmy z tramwaju, przeszliśmy na przystanek i usadowiliśmy się w busie, który toczy się już do domu.
- Wysiądę trochę wcześniej, bo pójdę do rodziców Piotrka, u których jest teraz mały. Piotrek odwiezie nas do domu – tłumaczy. Zastanawia się przez chwilę ważąc myśli – Mój ojciec próbuje jakoś odbudować kontakt ze mną, ale ja się opieram...
- Znam takich – mówię - którzy od wielu lat próbują odtworzyć kontakt z rodzicem bez efektu, bo on nie chce. Tu masz na odwrót. Może warto spróbować?
- Mama prosiła mnie przed śmiercią żebym zawsze pamiętała, że mam jeszcze ojca – odpowiada.
- To spróbuj sobie wyobrazić, że był taki moment, w którym dla twojej mamy był to najwspanialszy mężczyzna na ziemi... – silę się na koncept.
Jedziemy i rozmawiamy. Może częściej w tej chwili ona mówi, a ja słucham. Wiem, że pomimo tego, że słabo się znamy zaskarbiłem sobie zaufanie na kredyt. Inez korzysta z okazji żeby się wygadać. Często łatwiej wygadać się obcemu niż komuś z bliższej rodziny. W pewnym momencie auto zatrzymuje się. Inez patrzy tak jakoś badawczo na mnie. Mówię: „Na razie...” Ona wysiada i idzie do swojego dziecka-braciszka. Auto kołuje dalej. Zostaję sam z uruchomionym wątkiem do rozmyślań. Za szybą samochodu robi się szaro i coraz ciemniej. Skończył się krótki styczniowy dzień.



niedziela, 5 stycznia 2014

piątek, 3 stycznia 2014

Bezgwiezdne...

Podkładem muzycznym pierwszego dnia roku stała się dla mnie Top Lista Wszechczasów w Trójce. Zupełnie przypadkiem, bo nie ja byłem inicjatorem włączenia radia dokładnie na tej stacji. Słuchając, przy okazji innych zajęć, trochę się wciągnąłem w podane klimaty – bo trudno ominąć obojętnie muzykę, w którą wpisywało swoje emocje kilka pokoleń poprzez jakieś czterdzieści co najmniej ostatnich lat. Większość prezentowanych utworów nie gości ostatnio zbyt często w rozgłośniach radiowych. Ponieważ słuchając muzyki odczułem pewien niedosyt i spowodowane nim wrażenie niedocieczonych wątków refleksji ściągnąłem wykaz notowania Top Listy zgromadziłem wszystkie utwory i uruchomiłem je w odtwarzaczu. I tak minęły dwa kolejne dni. Lubię tak obcować z muzyką. Nie znam nikogo z mojej grupy wiekowej z podobnym hobby, no chyba, że w grę wchodzi tzw. muzyka poważna. Takiej też słucham.
W zestawieniu pojawiły się utwory stare i bardzo stare. Prawie w ogóle nie było tam nagrań współczesnych, w miarę świeżych. Nie jest istotne, które utwory trafiły do pierwszej dziesiątki, a które pojawiły się na końcu liczącej sto pozycji listy. Wszystkie bowiem odwoływały się do skojarzonych z nimi wspomnień. Różnych wspomnień, z różnych okresów. Szukałem tego utworu, który najintensywniej pobudzi wyobraźnię i wywoła zjawisko samoczynnego toku myśli. I w pewnym momencie – w czwartek wieczorem, w półmrocznym pokoju oświetlonym tylko bocznym światłem usłyszałem go – to „Starless” grupy King Crimson. Była to muzyka słuchana niegdyś przez moich starszych kolegów. Ja nieco później dorosłem do tych dźwięków. Nagranie pochodzi z 1974. Jest ostatnim na płycie „Red”, po wydaniu której zespół zawiesił działalność. Mówię o tym dlatego, bo odwołując się do muzyki, która fascynowała starszych ode mnie o kilka lat kolegów, wracam do tego, co mi imponowało w tych, którzy mieli sześć-osiem lat więcej niż ja. Z punktu widzenia dziesięciolatka oni byli w zasadzie dorośli. Chodzili swoimi ścieżkami, mieli swoje poglądy, ulubione zajęcia. Nie musieli tak bardzo opowiadać się rodzicom. Często ubrani byli w popularne wówczas komplety jeansowe spodni z bluzą. Słuchanie i zbieranie muzyki było w zasadzie domyślnym zajęciem wszystkich. Nie było plików mp3, nie było małych odtwarzaczy, były tylko płyty winylowe i nie można było większości płyt tych kupić w żadnym sklepie muzycznym czy księgarni. Muzyka docierała do słuchaczy dzięki prezenterom radiowym. Nigdy już później nikt nie edukował tak muzycznie i nie promował tak dobrze muzyki kierowanej do młodych. Potrzeba posiadania muzyki na własność, na jedynym dostępnym nośniku – czarnym krążku – była ogromna. Pewnym substytutem do przyjęcia była taśma magnetofonowa, na którą płyty zgrywano. Jedynym miejscem z mieście, gdzie można było nabyć płyty znanych zachodnich wykonawców były niedzielne giełdy płytowe. Sprzedawano tam i wymieniano wszystko to, co udało się wwieźć do Polski tym, którzy bywali po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jakoś udawało się, bo na giełdach była zazwyczaj pełna oferta, a nabycie oryginału z wytwórni EMI czy Polydor Records nie było niczym niezwykłym. Tylko koszt tych płyt był wysoki. I dlatego były tak cenne. I dlatego też muzyka była takim młodzieżowym sacrum.
Jeszcze jedno – wiele ówcześnie słuchanej muzyki to rozbudowane utwory o skomplikowanej dość często linii melodycznej. Taki jest wspomniany Starless i inne nagrania King Crimson, tak skomponowano wiele nagrań Pink Floyd, tak konstruowano nagrania pierwszego składu Genesis… Rozbudowane były też nagrania zespołu proponującego nieco inny styl niż muzyka wcześniej wspomnianych grup. Mam na myśli The Moody Blues. Dziś większość ludzi słucha prostych melodyjek lub utworów o wyrazistym, powtarzającym się stałym rytmie. Muzyka ma przynosić szybki, bezmyślny relaks, szybką możliwość poddania się rytmom po to, aby odpaść na chwilę od rzeczywistości. Tamta muzyka wymagała często skupienia, koncentracji. Tamta muzyka potrafiła zaniepokoić, wyzwolić napięcie, nie była łatwa w odbiorze.
Kiedy słucham Starless, czy przypominam sobie inne podobne utwory, uświadamiam sobie duży ładunek emocjonalny, który wpisany był w ciąg dźwięków kompozycji powiększony o te uczucia, które każdy słuchacz sam z muzyką kojarzył. Z muzyką kojarzone były często refleksje egzystencjalne, poczucie trudu istnienia, dramatyzm losu, ciężkie przeżycia. Bywało, że muzyka podnosiła napięcia słuchacza, ale dawała też przeżycie katharsis, wyzwolenia. Dzisiejsza muzyka daje powierzchowny relaks, ale uczucie oczyszczenia rzadko wyzwala. I nie wiem dziś jak to jest, że niegdyś słuchanie muzyki o bardziej skomplikowanej konstrukcji, wymagającej większego wysiłku od słuchacza było tak powszechne.


środa, 1 stycznia 2014

Poranek

I pojawiła się w korytarzu
lekko nadąsana jak nocny smutek
światło dnia rozjaśniło jej twarz
łagodny uśmiech nie chciał dłużej czekać
Wstrząsnęła ramionami
zakręciła dłońmi
przecięła powietrze filigranowymi nadgarstkami
zawirowała – powiało
i …
znikła