piątek, 3 stycznia 2014

Bezgwiezdne...

Podkładem muzycznym pierwszego dnia roku stała się dla mnie Top Lista Wszechczasów w Trójce. Zupełnie przypadkiem, bo nie ja byłem inicjatorem włączenia radia dokładnie na tej stacji. Słuchając, przy okazji innych zajęć, trochę się wciągnąłem w podane klimaty – bo trudno ominąć obojętnie muzykę, w którą wpisywało swoje emocje kilka pokoleń poprzez jakieś czterdzieści co najmniej ostatnich lat. Większość prezentowanych utworów nie gości ostatnio zbyt często w rozgłośniach radiowych. Ponieważ słuchając muzyki odczułem pewien niedosyt i spowodowane nim wrażenie niedocieczonych wątków refleksji ściągnąłem wykaz notowania Top Listy zgromadziłem wszystkie utwory i uruchomiłem je w odtwarzaczu. I tak minęły dwa kolejne dni. Lubię tak obcować z muzyką. Nie znam nikogo z mojej grupy wiekowej z podobnym hobby, no chyba, że w grę wchodzi tzw. muzyka poważna. Takiej też słucham.
W zestawieniu pojawiły się utwory stare i bardzo stare. Prawie w ogóle nie było tam nagrań współczesnych, w miarę świeżych. Nie jest istotne, które utwory trafiły do pierwszej dziesiątki, a które pojawiły się na końcu liczącej sto pozycji listy. Wszystkie bowiem odwoływały się do skojarzonych z nimi wspomnień. Różnych wspomnień, z różnych okresów. Szukałem tego utworu, który najintensywniej pobudzi wyobraźnię i wywoła zjawisko samoczynnego toku myśli. I w pewnym momencie – w czwartek wieczorem, w półmrocznym pokoju oświetlonym tylko bocznym światłem usłyszałem go – to „Starless” grupy King Crimson. Była to muzyka słuchana niegdyś przez moich starszych kolegów. Ja nieco później dorosłem do tych dźwięków. Nagranie pochodzi z 1974. Jest ostatnim na płycie „Red”, po wydaniu której zespół zawiesił działalność. Mówię o tym dlatego, bo odwołując się do muzyki, która fascynowała starszych ode mnie o kilka lat kolegów, wracam do tego, co mi imponowało w tych, którzy mieli sześć-osiem lat więcej niż ja. Z punktu widzenia dziesięciolatka oni byli w zasadzie dorośli. Chodzili swoimi ścieżkami, mieli swoje poglądy, ulubione zajęcia. Nie musieli tak bardzo opowiadać się rodzicom. Często ubrani byli w popularne wówczas komplety jeansowe spodni z bluzą. Słuchanie i zbieranie muzyki było w zasadzie domyślnym zajęciem wszystkich. Nie było plików mp3, nie było małych odtwarzaczy, były tylko płyty winylowe i nie można było większości płyt tych kupić w żadnym sklepie muzycznym czy księgarni. Muzyka docierała do słuchaczy dzięki prezenterom radiowym. Nigdy już później nikt nie edukował tak muzycznie i nie promował tak dobrze muzyki kierowanej do młodych. Potrzeba posiadania muzyki na własność, na jedynym dostępnym nośniku – czarnym krążku – była ogromna. Pewnym substytutem do przyjęcia była taśma magnetofonowa, na którą płyty zgrywano. Jedynym miejscem z mieście, gdzie można było nabyć płyty znanych zachodnich wykonawców były niedzielne giełdy płytowe. Sprzedawano tam i wymieniano wszystko to, co udało się wwieźć do Polski tym, którzy bywali po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jakoś udawało się, bo na giełdach była zazwyczaj pełna oferta, a nabycie oryginału z wytwórni EMI czy Polydor Records nie było niczym niezwykłym. Tylko koszt tych płyt był wysoki. I dlatego były tak cenne. I dlatego też muzyka była takim młodzieżowym sacrum.
Jeszcze jedno – wiele ówcześnie słuchanej muzyki to rozbudowane utwory o skomplikowanej dość często linii melodycznej. Taki jest wspomniany Starless i inne nagrania King Crimson, tak skomponowano wiele nagrań Pink Floyd, tak konstruowano nagrania pierwszego składu Genesis… Rozbudowane były też nagrania zespołu proponującego nieco inny styl niż muzyka wcześniej wspomnianych grup. Mam na myśli The Moody Blues. Dziś większość ludzi słucha prostych melodyjek lub utworów o wyrazistym, powtarzającym się stałym rytmie. Muzyka ma przynosić szybki, bezmyślny relaks, szybką możliwość poddania się rytmom po to, aby odpaść na chwilę od rzeczywistości. Tamta muzyka wymagała często skupienia, koncentracji. Tamta muzyka potrafiła zaniepokoić, wyzwolić napięcie, nie była łatwa w odbiorze.
Kiedy słucham Starless, czy przypominam sobie inne podobne utwory, uświadamiam sobie duży ładunek emocjonalny, który wpisany był w ciąg dźwięków kompozycji powiększony o te uczucia, które każdy słuchacz sam z muzyką kojarzył. Z muzyką kojarzone były często refleksje egzystencjalne, poczucie trudu istnienia, dramatyzm losu, ciężkie przeżycia. Bywało, że muzyka podnosiła napięcia słuchacza, ale dawała też przeżycie katharsis, wyzwolenia. Dzisiejsza muzyka daje powierzchowny relaks, ale uczucie oczyszczenia rzadko wyzwala. I nie wiem dziś jak to jest, że niegdyś słuchanie muzyki o bardziej skomplikowanej konstrukcji, wymagającej większego wysiłku od słuchacza było tak powszechne.


1 komentarz:

  1. Ech, ja też mam wielki sentyment do tej dawnej muzyki...

    OdpowiedzUsuń