czwartek, 9 stycznia 2014

Słoneczny dzień

Być może rodzaj odczuwanych emocji wpływa na przyciąganie określonych ludzi i określonych informacji. Być może przyciągamy wtedy też takie a nie inne zdarzenia. Myślę o dniu, w którym postanowiłem pojechać do Wrocławia po to, żeby odwiedzić swoją matkę. Od rana przychodziły mi na myśl jakieś skojarzenia ze skandynawskim nurtem egzystencjalnym w literaturze i filmie. Wynikało to dość paradoksalnie ze słonecznej pogody. Paradoksalnie, bo to przecież brak światła, brak słońca, przyczynia się do nastrojów depresyjnych, które funkcjonują jako częsty motyw w nacechowanej refleksją egzystencjalną sztuce. Jednak nie tego dnia, bo ostre styczniowe słońce, słońce pozornie wiosenne, emanowało innym kolorem, inną intensywnością światła. Nawet nie wiem czy wpływ miał  kolor bardziej brązowawy, sprawiający, że świat wyglądał trochę jak fotografia utrzymana w tonacji sepii, czy może też wrażenie to wynikało z intensywnej gry światła w bezlistnych konarach drzew i mozaiki długich cieni układających się na ziemi. Było coś chłodno-północnego w aurze rozświetlonego słońcem styczniowego dnia.
Nie miałem ochoty wjeżdżać swoim samochodem do zakorkowanego centrum. Sprawdziłem rozkład komunikacji pomiędzy moim miasteczkiem a Wrocławiem i wybrałem podróż busem. Obiecałem sobie, że wykorzystam dojazdy na lekturę jakiejś książki. Książkę wybrałem, włożyłem w niewielki plecak i poszedłem na dworzec.
Na przystanku zobaczyłem Inez – siostrzenicę mieszkającej w pobliżu mnie koleżanki Edyty. Ładna, wysoka dwudziestolatka, sprawiała zawsze wrażenie dziewczyny bardzo delikatnej i trochę wyciszonej. Wyciszonej, ale nie zastraszonej. Kilka razy spotkałem ją już w drodze do Wrocławia, jeden raz siedzieliśmy razem przy jednym stole w trakcie garden party zorganizowanego przez jej ciocię. Inez to dziewczyna trochę wyrwana z polskiego kontekstu, bo urodziła się i wychowała w Paryżu gdzie mieszkali jej rodzice. Tam też uczęszczała do szkół aż do francuskiej matury. Dwa lata temu przyjechała na wakacje do rodziny z matką i małym braciszkiem. Nie wyjechali po wakacjach, bo na przeszkodzie stanęło zdrowie mamy. Zostali aby szukać możliwości leczenia. Edyta, która jest lekarką, chciała wysłać siostrę na specjalistyczne konsultacje - tu w kraju. Matka Inez cierpiała na schorzenie zanikania mięśni. Inez zostając w Polsce zaczęła od października uczęszczać na zajęcia w jakiejś prywatnej szkole wyższej.
– Na uczelnię – zapytałem ją, gdy dotarłem do wiaty przystanku.
– Nie na rozmowę o pracę – odpowiedziała delikatnie się uśmiechając – Naukę już dawniej przerwałam ze względu na sytuację...
Usadowiliśmy się w busie, który ruszył w kierunku miasta.
– Postanowiliśmy wziąć ślub z moim chłopakiem. Na razie będę pracować – kontynuowała. – Nie mam teraz pierścionka, bo jest oddany do zwężenia – powiedziała zauważając, że oglądam jej dłonie. – Ślub dopiero w sierpniu przyszłego roku, bo teraz długo trzeba czekać na wolną salę. Poza tym mama odeszła w listopadzie...
- Nie wiedziałem.. Była u mnie między świętami Edyta, ale nic nie mówiła... – szepnąłem.
- Mama już była bardzo słaba ostatnio. Mam złe wspomnienia z ostatnich jej dni w szpitalu – mówiła powoli.
- Trudny czas przed tobą. Trzeba przerobić wszystkie myśli i wszystkie wspomnienia – odpowiedziałem – Wiem, bo mi trzy lata temu niespodziewanie zmarł ojciec.
- Tak - trudno jest zwłaszcza nocą...
- Jakiej prac szukasz? – zapytałem chcąc zmienić temat.
- Takiej gdzie potrzebują kogoś ze znajomością francuskiego...
- No tak, przecież to dla Ciebie język naturalny. Zobacz, które francuskie firmy mają swoje filie w Polsce i sama się do nich odezwij bez względu na to czy mają jakąś rekrutację czy nie. Zresztą wiele z tych firm nie ogłasza się na portalach pracy nawet wówczas, gdy szukają ludzi do zatrudnienia – próbowałem doradzić.
Auto przejechało przez most na Odrze. Dojechaliśmy na jeden z wrocławskich placów w północnej stronie miasta. Kupiliśmy bilety komunikacji miejskiej w przydrożnym kiosku. Życzyłem jej powodzenia w kwestii rozmów o pracę i rozjechaliśmy się tramwajami w przeciwnych kierunkach.
Miałem ochotę pochodzić gdzieś po rozświetlonych ulicach. Wysiadłem więc w centrum i zacząłem wędrówkę. Mury kamienic odbijały jasność, z szyb okien błyskały refleksy słoneczne. Szedłem powoli napawając się pogodnym dniem. W pewnym momencie przystanąłem na chwilę przy jakiejś budce, bo zwiódł mnie intensywny zapach placków ziemniaczanych. Zwiódł skutecznie, bo kupiłem pięć sztuk i usiadłem zjeść je przy sąsiadującym z budką stoliczku. Byłem sam. To znaczy nie do końca, bo wokół mnie uwijało się kilka wróbli – podskakiwały z drugiej strony stołu. Poniżej spacerowały dwa gołębie. Wszystkie ptaki żebrały o okruszki. Jadłem placki w asyście szarych ptaków... - Może to oznaka starzenia się - tak siedzieć chłodną porą razem z wróblami? – pomyślałem.
Znowu ruszyłem na przystanek. Dotarłem tam dokładnie w tym samym momencie co pożądany tramwaj. Moja matka mieszka na osiedlu wybudowanym kilkadziesiąt lat temu z tak zwanej wielkiej płyty. Budynki mają po czterdzieści parę lat. Osiedle niegdyś „łyse” dziś zarastają wysokie i rozłożyste drzewa. Osiedle niegdyś „młode” dziś jest zbiorem mieszkań emerytów. Witam się z matką, składamy sobie noworoczne życzenia (ponownie, bo poprzednio telefonicznie), potem siadamy nad kawą, herbatą i rozmawiamy. Nasza rozmowa tradycyjnie polega na tym, że ja odzywam się od czasu do czasu pojedynczymi słowami lub krótkimi zdaniami, a mama opowiada mi o wydarzeniach niedawnych dni, odleglejszych dni, w końcu wspomina ojca. Ojciec jest z nami... - na zdjęciu o większym formacie wystawionym w regale bibliotecznym. Główny cel moich wizyt to dać matce możliwość wygadania się.
Nisko zawieszone słońce rozświetla pokój. Wszystko tu intensywnie przypomina mi ojca. Cały układ pokoju, przedmioty wokół – wszystko to pamięta jeszcze jego ręce. Najbardziej zadziwia w takich sytuacjach taka dziwna nieśmiertelność przedmiotów. Widoczna tylko w kontekście osób, z którymi przedmioty te były w jakiś sposób związane - osób, które odeszły na zawsze.
Słucham jak mama opowiada, ale czuję napad dziwnego zmęczenia, senności. Mówię, że potrzebuję odpaść na chwilę i zasypiam na kanapie. Wybudzam się po jakiś dwudziestu minutach. Dawno nie spałem w tym mieszkaniu. Zwykła rzecz robi się niezwykła, bo to bardzo dziwne wybudzać się wśród przedmiotów, które pamięta się z dzieciństwa w przestrzeni domu rodziców.
Sprawdzam rozkład powrotów. Piję jeszcze herbatę. Postanawiam, że wrócę busem, który odjeżdża za dwie godziny. Do tego czasu wyjdę jeszcze na miasto. Żegnam się z matką, idę do tramwaju i jadę ponownie do centrum. Wysiadam na jednym z ważniejszych skrzyżowań w sercu miasta. Rozważam plan kolejnej wędrówki, ale uwagę moją przykuwa kolumna ludzi idących deptakiem w moim kierunku. W kolumnie tej widzę charakterystyczną sylwetkę Inez. To nic, że jestem w ponad półmilionowym mieście. Widocznie dziś miałem spotkać ją dwa razy tego samego dnia.
- Jak tam rozmowy? – pytam.
- Dziękuję – odpowiada – dostałam tę pracę – uśmiecha się. Mówi, że to po prostu praca w banku, w Societe Generale. Będzie obsługiwała francuskojęzycznych klientów.
Gratuluję i dowiaduję się, że dziewczyna będzie wracać do domu tym samym kursem co ja. Chciała tylko wstąpić jeszcze do księgarni w domu handlowym. Ruszamy razem. W księgarni każde z nas udaje się w kierunku ulubionych regałów. Obejrzałem nowości wydawnicze, ustawiłem się w holu przed wejściem i czekałem spokojnie. Wracała rozmawiając przez komórkę. Przeszliśmy do ruchomych schodów.
- Cały czas śpi ze mną w jednym łóżku – mówi w momencie, gdy schody wiozą nas w dół – Mój braciszek Oskarek...
- Ile on ma lat? – pytam – Tobie jest trudno, w sytuacji w jakiej się znaleźliście, a co dopiero jemu – odpowiadam słysząc informację, że to pięcioletni chłopczyk – Zostałaś niespodziewanie obdarowana dzieckiem – wypowiadam na głos to, co myślę.
- On mówi do mnie mamo i ja mu na to pozwalam. Mamy taki zagmatwany kontakt z ojcem. On dalej mieszka we Francji – mówi. Wychodzimy na zewnątrz i czekamy na tramwaj.
- Zazwyczaj jest grzeczny. Wyjątkiem są momenty, gdy idziemy na cmentarz – opowiada – Pytałam nawet psychologa czy zabierać go tam czy nie, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie możemy sztucznie izolować go od tego co się stało. Po wizycie na cmentarzu zamyka się w sobie i robi się dość nieznośny. Potem mu mija. Opowiada o mnie w przedszkolu wtedy, gdy dzieci mówią o swoich mamach.
- Łatwiej jest mu ustawić ciebie w tej roli niż tłumaczyć innym dzieciom, co się stało z jego prawdziwą matką – komentuję. – Czy chcesz czy nie buduje się silny związek między nim a tobą i będzie to ważna relacja na całe życie.
- Ciocia mówi mi, że powinnam korzystać z młodości, ale on jest taki mały – słyszę.
Jedziemy tramwajem przez ścisłe centrum miasta. Potok ludzi płynie chodnikami w obu kierunkach.
- Podjęliśmy decyzję, że Oskarek zostanie z nami, ojciec to zaakceptował – słyszę. – On tam w Paryżu mieszka z moim drugim bratem Wiktorem. Tamten ma szesnaście lat. Ja i mój chłopak będziemy dla Oskarka rodziną zastępczą. On mówi do niego tato - Piotrek trochę się wzbrania przed tym.
- Ale akceptuje to – pytam - że na starcie będzie miał dziecko pomimo tego, że swojego dziecka wcale jeszcze nie ma?
- Tak. Oni się świetnie dogadują – odpowiada  – Oskarek jest strasznym niejadkiem. Ja nie mam cierpliwości do karmienia go, a Piotrek potrafi godzinę siedzieć z nim nad talerzem...
Nie zauważam już otoczenia. Gdzieś przed chwilą wysiedliśmy z tramwaju, przeszliśmy na przystanek i usadowiliśmy się w busie, który toczy się już do domu.
- Wysiądę trochę wcześniej, bo pójdę do rodziców Piotrka, u których jest teraz mały. Piotrek odwiezie nas do domu – tłumaczy. Zastanawia się przez chwilę ważąc myśli – Mój ojciec próbuje jakoś odbudować kontakt ze mną, ale ja się opieram...
- Znam takich – mówię - którzy od wielu lat próbują odtworzyć kontakt z rodzicem bez efektu, bo on nie chce. Tu masz na odwrót. Może warto spróbować?
- Mama prosiła mnie przed śmiercią żebym zawsze pamiętała, że mam jeszcze ojca – odpowiada.
- To spróbuj sobie wyobrazić, że był taki moment, w którym dla twojej mamy był to najwspanialszy mężczyzna na ziemi... – silę się na koncept.
Jedziemy i rozmawiamy. Może częściej w tej chwili ona mówi, a ja słucham. Wiem, że pomimo tego, że słabo się znamy zaskarbiłem sobie zaufanie na kredyt. Inez korzysta z okazji żeby się wygadać. Często łatwiej wygadać się obcemu niż komuś z bliższej rodziny. W pewnym momencie auto zatrzymuje się. Inez patrzy tak jakoś badawczo na mnie. Mówię: „Na razie...” Ona wysiada i idzie do swojego dziecka-braciszka. Auto kołuje dalej. Zostaję sam z uruchomionym wątkiem do rozmyślań. Za szybą samochodu robi się szaro i coraz ciemniej. Skończył się krótki styczniowy dzień.



1 komentarz:

  1. Podziwiam odwagę i szlachetność tej dziewczyny. Wzięła na siebie dużo obowiązków, rezygnując z różnych własnych planów. Oby jej się w życiu poszczęściło!

    OdpowiedzUsuń