wtorek, 14 stycznia 2014

Z poczucia...

Krążę w uczelnianej części miasta. Dziwne są promienie słoneczne wydłużającego się dnia, zwłaszcza wówczas, gdy muskają lekko głowy studentów kampusu akademickiego. Przechodzące między budynkami postacie stwarzają wrażenie zabieganych, zaaferowanych nawet. Tak jak pierwsze mocniejsze styczniowe słońce może być zapowiedzią przyszłej wiosny, odradzającej się natury i rozwoju w kierunku lata, tak gąszcz krążących jak elektrony studentek i studentów jest zapowiedzią przyszłych dróg kariery zawodowej. Oby współbrzmiącej z wewnętrznymi zainteresowaniami i pasją dążenia do celu.
Młodość uczących się kontrastowała bardzo z doznaniem obcowania z przeszłością w obiektach byłego miasteczka medycznego w jakim znalazłem się po chwili. Czerwono-ceglane budynki, parkany z kutymi przez kowala sztachetami ogrodzenia, skwery i brukowane ścieżki. Nie zdziwiłbym się gdybym ujrzał tam panów w białych, zakładanych z przodu fartuchach z charakterystycznymi dla początku poprzedniego wieku wąsikami i bródkami.
Jakiś czas później inna strona miasta, Mniej tłumna, opustoszała raczej w środku dnia. Idę przez stuletni skwer. Pnie starych drzew połyskują w świetle. Interesujący widok, który za trzy miesiące przesłonią liście. Kiedy jechałem do siebie sięgnął mnie jeszcze intensywny i nienaturalny w styczniu zapach ziemi i roślin iglastych. Zapach tak intensywny, że wypełnił całą kabinę samochodu jak narkotyczny gaz. Było to z pewnym miejscu na trasie przy podmiejskiej kolonii kilku zabudowań.
Szukam po południu jakiegoś tła muzycznego do moich zajęć. Nic mi nie pasuje. Ostatecznie wyszperałem „Blue Train” Johna Coltrane’a. To był dobry wybór. Poddaję się jazzującym dźwiękom lat sześćdziesiątych.
W stosie notatek znalazłem niedawno pewien tekst, który zagrzebałem tam miesiące temu, bo mi się pretensjonalnym widział. Dziś wyjąłem go na wierzch i wyposażony w dystans czasu przyglądam mu się.



z poczucia niezgody
na zwykłą codzienność
z oporu na role konieczne
w potrzebie pogody w czas szary
w dążeniu precyzji palety słów
znaczeń niebyłych
wcześniej

w balsamowaniu mgnień gasnących
z przekonania że ważniejsze są chwile
od trwania

z myślenia, z afektów, z niemocy
z odkrycia, że żyję dwa razy jeżeli...
w ucieczce w siebie
i w dążeniu ku innym

z nałogu nazywania odpowiednio
ze zmagań przekładu
tak mocno doznanych klimatów i stanów
w wers, zdanie, słowo
z gadania do siebie...

z rozczuleń, z miłości, fascynacji
odurzenia
odkrycia że wtedy jaśniej, szybciej
intensywniej
i chcę jeszcze

z samotności przeciwko której...
ze zwykłej rozmowy niepotocznej
gdzie słów tysięcy kilka nie sto
i poczucie przestrzeni
dla której głowa oknem
nie nogi ziemią

bo wyciągam rękę do...
myśl przekazuję i...

... a skąd się biorą poeci?
- No właśnie...?





2 komentarze:

  1. O tym, skąd się bierze poezja - trafnie, pięknie :) A korony drzew na fotkach - tak dostojne i wyraźne na błękitnym tle :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Poeci biorą się z chleba, albo z mgnień wiosny :)

    :)

    OdpowiedzUsuń