poniedziałek, 17 lutego 2014

Przesilenie wiosenne?



Słońce świeci mocno, uwolniły się różne zapachy nieobecne w zimniejsze dni. Idę przez miasto w kierunku siedziby firmy moich znajomych. Współpracuję z nimi w realizacji większego zlecenia. Rejestruję fotograficznie stare archiwalne dokumenty. Praca raczej monotonna i mechaniczna, ale to dobrze. Trzeba zrobić około pięć tysięcy fotografii. Kiedy wchodzę w rytm przekładania dokumentów na specjalnym blacie zaczynam działać automatycznie. Mogę nie myśleć lub myśleć sobie na dowolny temat. Ma to wartość w świecie raczej zniewolonych umysłów. Kilka dni wcześniej byłem przez chwilę na terenie uczelni ekonomicznej. W holu głównym oglądałem afisze z aktualnościami biura karier, informacje o możliwości skorzystania z dodatkowych kursów kształcących umiejętności menadżerskie. Trafiłem akurat na przerwę w zajęciach. Grupy zaaferowanych studentów przemieszczały się w obrębie budynku. Sukces i kariera to hasła wypełniające ich umysły. Czytając ogłoszenia na uczelnianych tablicach zostają nieświadomie wmanewrowani w wyścig szczurów. Inwestują w chroniczny stres. W imię czego? No właśnie w imię czego, bo wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie.
Stoję na moście, patrzę na wędkarzy, którzy korzystają z pogodnego poranka. Miasto jest o tej porze ciche, spokojne. Nie mam jasności co do tego jak będzie się kształtowała przyszłość. Moja przyszłość. Taka jasność wizji daje napęd, którego w tym momencie nie mam. Częściowo jest to pewnie objaw przesilenia wiosennego, które wcześniej dało o sobie znać w tym roku. Myślę o tym, że na pewnym etapie życia ludzie zaczynają żyć wspomnieniami. Zaczynają celebrować jakieś wydarzenia ze swojego życia, wspomnienia drogie, warte uświęcenia. Niegdyś ten zasób wspomnień, pretendujących do sfery sacrum był oczywisty. Albo wydawał się oczywisty. Kilka starszych pokoleń żyło wspomnieniami wojennymi. Pielęgnowali i celebrowali pamięć uczestnictwa w wydarzeniach militarnych, frontowych, partyzanckich, przywoływali fakty akcji dywersyjnych podziemia, wydarzenia Powstania Warszawskiego... Tych osób prawie już nie ma. To pokolenia odchodzące, zostali nieliczni.
Myśląc o typowym przedstawicielu średniego pokolenia zadaję sobie pytanie do jakiego rodzaju wspomnień może się odwołać i czy w ogóle ma co celebrować. Co ma w pamięci? Wyliczam sobie poszczególne dekady. Dzieciństwo w czasach gierkowskiego ożywienia chylącego się do strajków w stoczniach, solidarnościowego zrywu zakończonego stanem wojennym. Znam czterdziestoparolatków, którzy w bezczelny (moim zdaniem) sposób odcinają kupony od solidarnościowego etosu. Bezczelny, bo mieli oni w tamtych czasach po kilkanaście lat, byli świadkami wydarzeń, a nie ich aktywnymi, w pełnym tego słowa znaczeniu, uczestnikami. Wszelkie celebrowanie przez nich wydarzeń roku osiemdziesiątego i osiemdziesiątego pierwszego ma cechy zawłaszczenia nie swojej historii.
Przebiegam myślami dekadę lat osiemdziesiątych, epokę agonii systemu realnego socjalizmu. Szarość świata w baraku demokracji ludowej, ostatnie podrygi systemowych służb bezpieczeństwa. Czasy ekstazy wybuchu rockowej estrady na początku i postępy popularności nurtu new romantic pod koniec dekady, zjawisko happeningów z podtekstem społeczno-politycznym. Przypominam sobie pomarańczową alternatywę i krasnale. Pamiętam, że akcje pomarańczowej alternatywy inicjowali ludzie z grupy nie tak licznej wcale jakby dziś mogło się wydawać, tego typu działalność wymagała odwagi. Pozostali uczestnicy byli tylko widzami wydarzeń. Później widzowie zaczęli wspominać wydarzenia te tak, jakby byli ich twórcami. Zawłaszczyli chwałę tych, którzy dla nich lądowali po akcjach na komisariacie. Wielu jest takich, którzy uzurpują sobie prawa do budowania swojej tożsamości poprzez tamte zjawiska. Krasnale stały się elementem kultury masowej i rekwizytem Wrocławia. Stały się własnością wszystkich w oderwaniu od sytuacji, która je stworzyła.
Okrągły stół roku osiemdziesiątego dziewiątego też nie jest żadnym punktem odniesienia do wspominania i celebrowania swojej indywidualnej historii. Tu też byliśmy tylko postronnymi świadkami. Przeszłość pokazała dobitnie, że sfery wpływów zostały podzielone pomiędzy zasiadających za stołem, społeczeństwo pozostało zewnętrzną publicznością. Z aktywnością ograniczoną do dnia wyborów.
Robię przegląd wspomnień z lat dziewięćdziesiątych i widzę głównie bałagan „harcerskiego” zrywu budowania nowej kapitalistycznej rzeczywistości. Widzę początek procesu rozwarstwienia społecznego i początek prymatu wartości ekonomicznych jako jedynych wartości, które warunkują istnienie lub nie istnienie czegoś. To też początek dehumanizacji życia i postępów metod socjotechnicznych, których celem jest przemienienie większości ludzi w pokornych konsumentów.
Wspominam pierwszą dekadę nowego tysiąclecia i widzę postępy pozornego równania technologicznego do krajów zachodu. Pozornego, bo wiem, że to technologia wstawiona. Użyczona nie za darmo. Rośnie wyrównanie technologiczne, wyrównanie cen produktów i usług. Równocześnie rośnie rozwarstwienie społeczne i zjawisko biedy, rośnie dyktat wielkich koncernów uniemożliwiających aktywność gospodarczą małych i bardzo małych podmiotów rodzimych i rodzinnych. Rośnie zjawisko zniewolenia umysłowego i fizycznego większe niż w komunie. Większe, bo wówczas było to zniewolenia ideologiczne, dziś wynika ono z układu gospodarczego, ekonomicznego, struktury i potencjału rynku pracy. Zniewolenie niskopłatną pracą tworzy klasę nowych niewolników.
Czy można znaleźć coś w ostatnich dwudziestu latach do podbudowania dumy własnej, indywidualnej, osobistej? Czy można kierować wspomnienia do tego co pomoże w podniesieniu poczucia własnej wartości? Czy znajdę takie wspomnienia? Bo przecież nie buduje się poczucia własnej wartości zachwytem nad nowoczesnych centrami handlowymi, nowymi autostradami, mostami czy kilkudziesięciopiętrowymi wieżowcami.

Dziś ze starego mostu, oglądam stary kanał Odry, nad którym stoją stuletnie budynki, których nie tknęły jeszcze remonty i procesy modernizacyjne. Ten widok jest mi dziś milszy niż inne. 

niedziela, 9 lutego 2014

Wyprawa black and white



Pamiętam urok wewnętrznych podróży po krainach zobrazowanych w fotografiach kolorowych wydawnictw. Tak było jeszcze kilkanaście lat wstecz. Dziś żyjemy w epoce nadprodukcji fotograficznej. Wszystko co można było utrwalić w zdjęciach zostało już chyba utrwalone. Wszystkie zakątki, wszystkie obiekty mają swoje wielokrotne odbicia w obrazach umieszczonych gęsto w informatycznej sieci. Nie wiemy jak wygląda taka czy inna budowla, taka czy inna kraina geograficzna? Wystarczy tylko włączyć komputer, wystukać odpowiednie hasło w wyszukiwarce grafiki i po chwili przeglądamy dziesiątki obrazów. Nie robią one więc dziś takiego wrażenie na widzu jak niegdyś. Nadmiar, przesyt, łatwa dostępność zabrała coś niegdysiejszym przeżyciom poznawczym. Nie czujemy procesu powstawania prezentowanych ilustracji od projektu wyprawy, poprzez podróż fotografa-wędrowcy, przez selekcję zgromadzonego w wyprawie materiału fotograficznego, aż do edycji zdjęć w drukowanym wydawnictwie. Tylko przez chwilę zachwycaliśmy się cyfrową jakością nowej fotografii – bardzo szybko nam spowszedniała. Obrazy świata stały się banalne. Kiedyś oglądanie zdjęć było sposobem na nudę. Dziś samo oglądanie wieje często nudą.


Przygodą stają się więc wszelkie stare fotografie, które odsyłają naszą wyobraźnię w mroczną i tajemniczą przeszłość. Mroczną, bo czarno-białą. Niezwykle wyglądają stare obrazy wiekowych katedr. Takiego klimatu niezwykłości i niesamowitości nie zawierają współczesne, idealne w odwzorowaniu barw i najdrobniejszych szczegółów, fotografie cyfrowe. Dzisiejsze zdjęcia przywołują wrażenia wakacyjnej przygody, przestrzeni pełnej turystów, ich różnojęzycznego gwaru, powtarzalnego dźwięku migawek i błyskania fleszy. Te stare koncentruję uwagę na przestrzeni obok szumnych rynków świata, przestrzeni sakralnej, kontemplacyjnej. Przestrzeni, która w założeniu średniowiecznych architektów miała kierować myśli ludzi ku sprawom boskim i ostatecznym. Przestrzeni, która przez wieki mogła być azylem dla tych, którzy oddając się modlitwie dystansowali się do doczesnych problemów kierując swoje myśli ku Bogu. Ludzi przeświadczonych, że przed boskim obliczem wszyscy są równi, tak samo wartościowi, tak samo potrzebni. Stare fotografie przywołują myśl o ludziach z wielu pokoleń, którzy przez tysiąc lat nawiedzali monumentalne katedralne mury. Wydaje się, że ich cienie pozostały w tych murach.









(Wszystkie fotografie to tylko stare szkolne materiały dydaktyczne)

wtorek, 4 lutego 2014

Do światła



Mocne słońce - jakby nie zimowe już - kusi do tego, aby wyjść z pomieszczeń, oderwać się od spraw bieżących i pozwolić sobie na chwilowe chociaż przemierzanie jasnej przestrzeni. Taka myśl pojawia się w głowie na widok rozświetlonego dnia. Z tą myślą walczy myśl druga, nie wprost, lecz w tle, podskórnie. Myśl druga nakazuje trwać w zastanym punkcie, bo takie wyjście oznaczałoby podjęcie działań antynawykowych, antynałogowych. Bo nałogiem jest podejmowanie działań, które dowodzą zaangażowania w pracę. O nałogowym wykonywaniu tych czynności najlepiej przekonać się można w okresie gdy z przyczyn niezależnych, zewnętrznych efektywność pracy skazana jest na porażkę. Mocno odczuwalne jest to zwłaszcza wówczas, gdy z efektami działań zawodowych powiązane jest zjawisko sezonowości o dość wyraźnej i mocnej amplitudzie. Zaczyna się więc szereg mocno automatycznych czynności typu przeglądanie notatek, baz danych, kontaktów, listy zadań bieżących, list zadań archiwalnych. Wszystko to w głupim przeświadczeniu, że można tam znaleźć coś, co będzie źródłem nowego efektu zapisanego po stronie przyszłego sukcesu. W okresie nie-sezonu trudno o taki bodziec. Poza tym obietnica prezentu w postaci rozbudowującej się listy sukcesów też jest mocno napompowana jakimiś hormonami motywacyjnymi. Prawdziwa satysfakcja rzadko kiedy wynika z sukcesów zawodowych. No chyba, że komuś udaje się robić w pracy to, co lubi, co stanowi pasję i koloryt życia, jeżeli komuś udaje się zbliżyć do siebie pracę i pierwsze hobby. Może tak raz na kilkadziesiąt tysięcy zatrudnień jest to możliwe?



Uświadamiam sobie, że najprawdopodobniej moja aktywność koncentruje się na czynnościach, których celem jest zachowanie pozorów. Zostawiam więc wszystko i idę nabrać dystansu.



Powietrze jest dużo chłodniejsze niż wskazywałby na to obraz dnia oglądany przez szybę z ciepłego wnętrza. Duża wyższa niż zwyczajowo temperatura ma jednak wpływ na rośliny. Ze zdziwieniem oglądam nabrzmiałe pąki magnolii, które wydają się za chwilę wybuchnąć.

Już po kilku minutach od wyjścia z „klatki” odczuwam odprężenie i unormowanie wszelkich procesów myślowych. Światło jest mocne, kontrastowe. Idę pod słońce, wchłaniam fotony, rejestruję zmieniające się obrazy na linii wzroku. Próbuję nie myśleć... w ogóle.