piątek, 28 marca 2014

Kilkanaście intensywnych godzin





Była prawie północ gdy z pustego peronu małej stacji Wrocław Mikołajów wsiadałem do pozbawionego pasażerów pociągu do stolicy. Wagon był chłodny. Uzmysłowiłem sobie ponurą perspektywę spędzenia tu sześciu godzin podróży. Sześciu nocnych godzin. Trudno w takiej podróży o drzemkę. Można się obudzić bez portfela, bez telefonu, bez bagażu. Dosiadam się do przedziału, w którym dostrzegłem dwudziestolatka w sportowej kurtce. Jego plecak leżał pod siedzeniem, on sam trzymał swoją głowę w rozłożonych dłoniach, opierając łokcie na kolanach. Zwykły pasażer, wstawiony student, ćpun...? Trudno wyczuć. Zajmuje miejsce mojej rezerwacji. Jakie to ma znaczenie gdy wolnych miejsc wiele? 

Siadam w kącie przy drzwiach. Wyciągam z plecaka wielkie słuchawki, podłączam je do odtwarzacza i odcinam się muzyką od szumu toczonego wagonu. Próbuję czytać. Na razie wychodzi mi. Książka przenosi mnie na Brooklyn. Jakieś zamieszanie w światku literackim. Autorzy wymieniają się tożsamościami. Kradną sobie tożsamości raczej.
Kątem oka dostrzegam, że  ktoś przechodzi korytarzem. Dwóch mężczyzn przygląda mi się przez szybę przedziału. Ubrani są  w odblaskowe kamizelki z napisem "Służba Ochrony Kolei". Patrzę na nich tępo. Nie mam refleksu! Powinienem uśmiechnąć się szeroko i puścić oko.
Chłopak z przedziału wyciąga dmuchaną poduszkę i kładzie się spać na wznak zajmując ławę na przeciwko. Jego sen przysparza mi znużenia. Zapadam w krótkie drzemki. Mija kilka godzin. Tak mi się wydaje. Monotonia podróży dowiozła mnie już do Barcelony chyba. Patrzę przez okno. Właśnie przejeżdżamy przez Kalisz. Dopiero...!
Kiedy szary świt rozjaśnił lekko świat towarzysz podróży podniósł głowę, a następnie usiadł. "Dzień dobry" - usłyszałem. W stolicy wysiadam na dworcu Gdańskim, bo z powodu remontów i konieczności ominięcia Warszawy Wschodniej, by pociąg mógł pojechać dalej do Lublina, musimy ominąć także Centralną. Na szczęście z peronu Gdańskiej mogę zejść do metra. Schodzę i jadę. Jest godzina 6.30. W metrze widzę zaspanych ludzi zrzucających resztki snu przed pierwszozmianową pracą. Kilka kroków przede mną zobaczyłem Monikę. Chodziliśmy do tej samej klasy. Nie przystąpiła do matury. Zaszła w ciążę i urodziła dziecko. Kilka lat później zatruła się czadem z niesprawnego piecyka i zmarła.
Wysiadam przy Politechnice. Warszawa na powierzchni nad metrem pustawa i odpychająca raczej. Jestem za wcześnie. Co robić? Idę do budynku centrum biurowego Focus. Znam to miejsce, bo w lepszych czasach handlowałem tam stojakami reklamowymi z Deutsche Bankiem. Przechodzę obok gmachu Ministerstwa Obrony Narodowej. Widzę, że jest to jedyny chyba obiekt w Polsce, który będąc związanym z wojskiem strzeżony jest przez żołnierzy, a nie cywilnych ochroniarzy. Po sąsiedzku z MON-em stoi budynek psychiatrycznej kliniki Akademii Medycznej. Praktyczne sąsiedztwo dla cierpiących na zespół stresu bojowego. W Focusie dzień się jeszcze nie zaczął. W otwieranym dopiero co barze przekąskowym wypijam espresso obserwując przybywających do biur ludzi. 


Idę na całodzienną konferencję w siedzibie mego kontrahenta. Docieram do ładnej oficyny w kompleksie budynków w pobliżu Placu Konstytucji. Będę musiał wykazać się trzeźwością, bystrością, dociekliwością i przenikliwością. Po średnio przespanej nocy będzie to zadanie nie byle jakie.
W trakcie konferencji dostaję maila od mieszkającego w Warszawie stryja, przesyłającego mi skany zdjęć z czasów jak my byliśmy mali, a rodzice młodzi i szczupli. Jakoś telepatycznie wyczuł, że jestem w pobliżu. Oddzwaniam do niego w przerwie, rozmawiamy chwilę.
Po konferencji, a przed podróżą powrotną odwiedzam kuzynkę. Idę w kierunku Alei Jerozolimskich, aby wsiąść tam w tramwaj na Bemowo. Ulice są gwarne i hałaśliwe. W Warszawie zawsze osacza mnie historia, od której nie jestem tak zależny we Wrocławiu. W mijanych zaułkach działają grupy konspiracyjne. Cienie grup. Na zakręcie Marszałkowskiej natykam się na Rudego, Alka i Zośkę.
Tramwaj jedzie przez miasto. Mam wrażenie, że powojenni urbaniści wzorowali się na planie Moskwy przy założeniach rozbudowy miasta. Im dalej od centrum tym więcej dwupasmowych traktów biegnących przez monotonne betonowe klocki osiedli.
W tramwaju widzę Tomka. Chodził do równoległej klasy w moim wrocławskim liceum. Nic się nie zmienił. Dalej nosi dredy. Tomek pasjonował się malarstwem. Malował chociaż był daltonistą. Kolorami posługiwał się "w ciemno".
Te spotkania z sobowtórami znajomych... Czemu to służy? Co to za znak, sygnał?
Z kuzynką pooglądaliśmy stare zdjęcia przekazane przez jej ojca, a mojego stryja. Powspominaliśmy, dziwiliśmy się, że kiedyś byliśmy tacy patykowaci. Wypiliśmy butelkę reńskiego wina. Po dwudziestej drugiej dostałem się na dworzec, z którego ruszyłem autokarem w drogę powrotną.
Autokar piętrowy. Zająłem miejsce na górze przed przednią szybą. Odczucie takie jakbym to ja powoził tym autobusem. Muszę zająć się czymś, bo nieustanne obserwowanie drogi może być męczące. Plus miejsca, które zająłem jest taki, że kolana nie klinują mi się w fotel przede mną. Parka obok mnie zapadła w sen jak tylko autokar ruszył. Zdjęli buty, zaplątali się nawzajem i oplatują się coraz bardziej. Zaraz mnie wplączą. W zasadzie nie mam nic przeciwko temu. Dziewczyna ma ładne nogi.
Nie chcę palić światła, nie będę więc czytał książki. Wyjąłem słuchawki, zapadłem w muzykę. Spiąłem telefon z autokarowym Wi-Fi, podłączyłem kablem do prądu w gniazdku pod fotelem, żeby mi bateria nie padła. Wpadłem na pomysł, że ponieważ nie czytam to mogę pisać. Pisanie na smartfonie wymaga cierpliwości i spokoju, ale da się. Droga wpada pod autokar, a ja piszę, piszę, piszę...
Poprzedni świt witałem w Warszawie. Świtało gdy wjechaliśmy do Wrocławia. Autokar zatrzymał się. Wyplątałem się z nóg towarzystwa podróży, wyplątałem się z moich myśli. Wracam do siebie.



8 komentarzy:

  1. Ja również czasem doświadczam takich spotkań z sobowtórami. "Czemu to służy? Co to za znak, sygnał?"... Też się nad tym zastanawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widok sobowtóra, albo choćby kogoś łudząco podobnego odkopuje coś z zakamarków pamięci. :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joyce opisał jeden dzień w przepastnej powieści Ulisses, ciekawa jestem, Twojej powieści, bardzo :)

      dlaczego byłam pewna, że trzy?

      Usuń
    2. Doznanie czasu jest niewymierne i subiektywne. Może powieść jest medium do tego, aby ukazać jak bardzo subiektywne? :)

      Usuń
  3. Dziś rozmawiałam z przyjaciółką, ilu ludzi przypomina jej dawnych znajomych i jak przegląda się w obcych niczym w osobach, które już widziała. Czyli ten syndrom dotyka i Ciebie, i Marysię, i Ją, mnie... czasami, gdy tęsknię za kimś, wydaje mi się, że idę za nim na ulicy, a to przecież niemożliwe - ona/on odwraca się i następuje rozczarowanie, "Nie, to nie ta/ten".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że z wiekiem zwiększa się częstotliwość spotykania ludzi takich samych lub podobnych do osób znanych wcześniej. :)

      Usuń