piątek, 25 kwietnia 2014

Senny realizm miasteczka


Wdrożenie się w nowy typ mojego zajęcia zarobkowego zmusiło mnie do koncentracji uwagi na rzeczach innych niż te, na których koncentruję się w tak zwanym czasie wolnym. Niedobór czasu wolnego dokonał reszty. Rzecz to przejściowa. Taką mam przynajmniej nadzieję. Odczuwam bowiem dość przykro mniejszą ilość tekstów czytanych. Jeszcze bardziej przykro odczuwam brak możliwości przebywania chociaż przez chwilę każdego dnia w sferach odmiennych od tych narzucających się nam samoczynnie swoją ofertą handlową, rozrywkową, merkantylną. To nie do końca mój świat. To świat, w którym czuję się raczej ogłupiały i zagubiony. Moim wyzwaniem jest odkrywanie światów innych, równoległych, zamaskowanych obok oficjalnej rzeczywistości. Mam nieustanną potrzebą penetracji przestrzennych i społecznych. Lubię zaglądać, a właściwie podglądać mikrospołeczności bytujące gdzieś za rogatkami wielkich aglomeracji albo też egzystujące w takich autonomicznych całościach pływających jak wyspy wewnątrz wielkich skupisk ludzkich.


To, co ostatnio robię pochłania mój czas, póki co również ten wolny, ale ma jedną dobrą cechę - daje mi możliwość poruszania się w przyległych mi przestrzeniach. Kątem oka mogę obserwować więc przestrzenie wokół mnie i niejednokrotnie docierać do świadomości, że znalazłem się w miejscach niezwykłych, do których nie prędko dotarłbym, gdyby nie konieczność wynikająca z mojego zajęcia zawodowego. Docieram do refleksji, że wokół mnie jest cała masa miejsc niezwykłych, o których istnieniu można przekonać się dopiero wówczas gdy zjedziemy z utartych szlaków komunikacyjnych i pojedziemy gdzieś w bok w drogi trzeciorzędne, wąskie i wyboiste. Te miejsca to zazwyczaj niezwykłe zakątki krajobrazowe, szczególnie pięknie eksponujące się wiosenną porą oraz stare kolonie domów rozrzucone gdzieś po lasach, polach, dolinach. To kolonie stare i nowe zarazem, bo pośród starych kilkudziesięcioletnich obiektów wyrastają nowe domy, stawiane w myśl nowych trendów architektonicznych, otoczone zaprojektowanymi ogrodami.


Dziś uwagę moją zwróciło niewielkie miasteczko. Kiedy w godzinach popołudniowych mogłem pozwolić sobie na pauzę od zawodowych czynności, ujrzałem miasteczko, które czymś nie do końca świadomym przykuło moją uwagę. Pozostawiłem samochód na niewielkim parkingu i ruszyłem oglądać. Pogoda sprzyjała. Niespodziewane ostre słońce i bardzo ciepłe powietrze, jakby wakacyjne, uintensywniały odbierane wrażenia. Mógłbym powiedzieć w tej chwili, że było to miasteczko M. albo G., ale nie jest ważne jak miasteczko to nazywało się, bo mnie urzekła pewna typowość tej miejscowości. Znalazłem się w aurze sennej, ospałej, leniwej chciałoby się powiedzieć, no i bardzo prowincjonalnej, ale w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo tylko na prowincji widać to czego nie zobaczymy w wielkomiejskim szumie i gwarze. Miasteczko było w zasadzie puste. Niska zwarta zabudowa, trochę aut, czasami jakiś rowerzysta... Kiedy znalazłem się na niewielkim ryneczku zobaczyłem, że centralnym jego miejscem jest przystanek autobusowy, na który przyjechał właśnie autobus, jakiegoś lokalnego przewoźnika. Do autobusu wsiadły trzy, czekające wcześniej na przystanku, młode dziewczyny. Być może wsiadły po to, aby uciec do wielkomiejskiej cywilizacji. Myślę, że tak waśnie było, bo dziewczyny były nie tylko młode, ale też ładne, a młode i ładne dziewczyny nie są w stanie opanować pokusy ucieczki do szumnej i gwarnej aglomeracji. Rozumiem to, bo też kiedyś byłem w ich wieku... Zmierzam jednak do tego, że miasteczko uderzyło mnie klimatem wyciągniętym jakby z dawnej lektury, gdzie świat przedstawiony powieści to mała prowincjonalna mieścina, w której bohaterowie, walcząc z nudą wpadają na rozmaite pomysły spędzania czasu.


Mury i dachy obiektów połyskiwały w ostrym słońcu. Żółta wieża kościoła sprawiała wrażenie jakby wyciągnięta była z innej przestrzeni, bardziej południowej, magiczno-południowej. To wrażenie pogłębiała odrestaurowana postać świętego umieszczonego na cokole przy kościele. Oczami wyobraźni zobaczyłem podobne figurki noszone na barkach osób tworzących religijne procesje.
Elementem nowym wprowadzającym tak dysonans, jak i swego rodzaju urozmaicenie, była ptasiarnia, czyli duża klatka zamontowana obok głównego placu przed świątynią. Napis głosił, że lokatorem klatki jest bażant, ale ujrzałem tam również kogutka liliputka i dwa białe gołębie. Nieopodal na przestrzeni jakiegoś byłego folwarku ze stawem wypasały się koniki.



Obszedłem kościół i innymi drogami wzdłuż zwartej niskiej zabudowy wróciłem na Rynek.
W pustce wypełnionego słońcem miasteczka brakowało trochę ludzi. Wszedłem do sklepiku zawierającego trochę asortymentu AGD, poza tym produkty drogeryjne i chyba również stoisko z bielizną. Szczegółów nie pamiętam. Wszedłem w nadziei pogadania z kimś. Nie zawiodłem się. Udało mi się porozmawiać kilka minut z panią sklepową. Określenie pani sklepowej kojarzy mi się w kobietą w liliowym fartuszku i trwałą na głowie. Tu jednak spotkałem sympatyczną trzydziestoparoletnią blondynkę, w skórzanych spodniach. Myła mopem podłogę w części lokalu szykując się w ten sposób do jego wieczornego zamknięcia.
- Podoba się panu spokój tego miasteczka? Mnie ten spokój czasami męczy, bo mam go na co dzień. Kiedyś tak tu nie było, ale prawie wszyscy powyjeżdżali stąd – gładko weszła w komunikację nie przerywając mopowania sklepu. - Nie mogłabym jednak mieszkać w gwarze dużego miasta. Moja mama mieszka w centrum Wrocławia. Mnie tam jest zbyt głośno. Odgłosy aut, tramwajów nie pozwalają mi normalnie spać. Najbardziej chora jestem gdy rodzina zamawia wyjazd do centrum handlowego. Wracam padnięta. Ale tu wielu tak ma. Jak tylko przyjdzie dzień wolny jadą spędzić go w jakiejś galerii...



Kiedy wyjeżdżałem z miasteczka uwagę moją przykuł znajdujący się za jego rogatkami zespół klasztorny. To był prawdziwy klasztor zamieszkały przez zakonników. Kościół z pierwszej połowy XVIII wieku, z przyległym ogrodem i dziedzińcem. W budynku prawdziwa furta klasztorna.



- Kim są lokatorzy obiektu? - myślałem – Uciekinierzy? Zbuntowani przeciwko życiu takiemu jakie jest? Żyjący bardziej w sobie, wewnątrz, niż na zewnątrz? Prowadzący niekończącą się rozmowę z Bogiem, na którą zwykli ludzie nie mają czasu, albo przed którą po prostu uciekają?...
Za murem klasztoru czas płynął inaczej. W obrębie obiektu znajdował się zbiorowy grób, w którym, jak głosiły tablice, złożono ciała wcześniej zmarłych zakonników. Społeczność żywych koegzystowała tu ze społecznością umarłych. Sama świątynia miała bardzo ładny barokowy wystrój. Uwagę moją zwróciły jakieś stare obiekty będące częścią ołtarza głównego. Wyglądały trochę jak urny z prochami. W kościele znajdują się liczne i cenne relikwiarze. Są wystawione na widok zwiedzających. Tu zarejestrowałem pewien element nowoczesności. Drzwi do wnęki z relikwiarzami są w istocie drzwiami sejfu z pancerną szybą i zamkiem szyfrowym.



W kościele pojawiło się kilka osób oczekujących na wieczorne nabożeństwo. Kiedy wsunąłem się na chwilę do ostatniej ławki siedzący tam starszy mężczyzna podał mi rękę na przywitanie, przytrzymał ją i zapytał mnie z jakiej wioski jestem. Bardzo szybko zrozumiałem, że mężczyzna wykorzystuje fakt mojego pojawienia się do chwili rozmowy. Szuka tu nie tylko Boga, ale też ludzi. Przypomina mi trochę mojego dziadka. Mniej ojca, bo mojemu tacie nie było dane dożyć jego wieku. W ciągu kilku minut poznałem zarys historii jego życia. Usłyszałem krytykę teraźniejszości, w której ludzie zakładają rodziny i z założenia mają tylko jedno dziecko, przez co pusto się robi na świecie.

- Zobaczysz jak pusto będzie jak mnie już nie będzie, a ty będziesz w moim wieku... - Dowiedziałem się, że starszy pan miał siedem córek. Wszystkie już dawno wyszły z domu i pojechały w świat.

W czasie mojej rozmowy z mężczyzną kilka nowych osób pojawiło się w świątyni. Przyszli też zakonnicy. Gdybym wcześniej próbował ich sobie wyobrazić zbudowałbym obraz starców w habitach. To, co zobaczyłem zaskoczyło mnie. Pierwsze rzędy ławek w świątyni wypełnili mężczyźni młodzi, energiczni i powiem to, chociaż nie zwykłem oceniać męskiej urody, przystojni. Jestem pewien, że budziliby zainteresowanie w oczach dziewczyn. Może budzą...?



10 komentarzy:

  1. Mnie zawsze urzeka atmosfera takich miejsc... Dzięki Tobie znów odbyłam wycieczkę do jednego z nich :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniałem sobie, że widziałem kiedyś film Andrzeja Barańskiego pt. "Nad rzeką której nie ma". Z tamtym filmowym miasteczkiem skojarzyło mi się miejsce, które odwiedziłem. :)

      Usuń
  2. Podobne odczucia miałam po wizycie w Pelplinie, miasteczko wyludnione, katedra świeciła pustkami, a zakonnicy młodzi...a w Irlandii nie ma powołań kapłańskich, jak to jest... Mam nadzieję że tych łodych ludzi wezwał Bóg, a nie brak perspektyw.

    Ps.

    Post czytałam w dwóch częściach. Nie ma Cię, nie ma i nagle takie wylanie...

    to nie wyrzut, to radość. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj doskwierała mi już dość mocno moja nieobecność... Jak nie piszę i nie czytam to znikam gdzieś w sobie. Nie lubię tego. Z przyjemnością myślę o nadrabianiu zaległości czytelniczych na ulubionych stronach.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. :) życie nie znosi pustki

      Usuń
  3. Uwielbiam takie małe miasteczka. Zahaczam o nie kiedy tylko mogę. Kręte boczne drogi prowadzą do ryneczków ze swoistymi cudeńkami. Zadziwiające budowle kościelne, cmentarne, dworki, cerkiewki, zapomniane pomniki. Uczta dla oka, odpoczynek dla ucha, relaks dla duszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młodzi z takich miasteczek uciekają, starsi zmęczeni gwarem wielkomiejskim do takich miasteczek przybywają, aby napawać się innym rytmem życia.

      Usuń
  4. Twoja opowieść oddała klimat tego miejsca... Przypomniała mi się atmosfera Drohobycza Schulza i objazdy naukowe, na które jeździłam na studiach, gdy zwiedzaliśmy małe miejscowości, wioski, z pojedynczymi, ale zachwycającymi zabytkami, świątynie różnych wyznań, szlacheckie/magnackie majątki położone na uboczu...I zaczepiali nas mieszkańcy, wynikały z tego czasami zabawne sytuacje :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego typu miejsca kryją jakieś tajemnice, niespodzianki ujawniają się samoczynnie lub w trakcie rozmów z napotkanymi ludźmi.

      Usuń