poniedziałek, 26 maja 2014

Notatki weekendowe



… jak na mnie to czas ten zanotowałem jako pełen wrażeń. Po dniu poprzednim - kiedy usiłowałem wykorzystać kończącą się dotację i zapiąć jeszcze jakieś umowy, w wyniku czego przejechałem prawie trzysta kilometrów - chciałem odpocząć. W zasadzie na inny tok myśli przerzuciłem się już w piątek wieczorem kiedy to zjechałem z tras na plac Katedralny i poszedłem do Duszpasterstwa Biznesu. Trafiłem tam kilka miesięcy wcześniej z zaproszenia, przyzwyczaiłem się tam bywać i chyba polubiłem co poniektórych uczestników. Chodzę chętnie, bo zauważyłem, że dostarcza mi to z jednej strony inspiracji związanych z aktywną postawą przedsiębiorczą, z drugiej strony zajęcia te przełamują wiele moich złych schematów myślenia, jak chociażby nawykowe spostrzeganie, że szklanka jest w połowie pusta na rzecz myślenia, że szklanka jest w połowie pełna. Z zainteresowaniem patrzę jak ludzie ci budują sobie system motywacji odnosząc swoje codzienne działania do Boga. Przychodzą tam tacy, którzy chcą się odbudować po jakiejś gospodarczej porażce, przychodzą też ludzie teoretycznego sukcesu finansowego. Teoretycznego, bo udało im się spełnić gospodarczo, stali się zasobni finansowo, nie spędza im snu z powiek myśl, że nie mają za co żyć, a jednak dokucza im brak poczucia sensu. Szukają go tu w sferze religijnej. Nie ma tu żadnego teatrum, nie są to spotkania reżyserowane przez kler... Odwrotnie – ostatnim razem był wykład twórcy i animatora Klubu Chrześcijańskich Przedsiębiorców z Krakowa, który mówił o swojej drodze życia i o tym jak połączenie refleksji religijnej i aktywności gospodarczej pomogło mu rozwinąć się jako przedsiębiorcy. Jednym ze słuchaczy jego wykładu był zakonnik franciszkański. Nie wynosił się ponad obecnych, był takim samym słuchaczem jak inni, oddając autorytet mówcy.
Te krakowskie spotkania klubu nie polegają na przekazywaniu wiedzy. Wiedzy trochę jest, ale istotniejsze jest to, że stowarzyszeni w klubie wypracowali sobie pewien system, wszczęli pewien proces, w którym wszyscy tkwią. Proces sprawnej motywacji, dobrego myślenia, adekwatnych działań... Spotkania polegają na wzmacnianiu tego procesu, na konserwacji uruchomionego systemu. Trochę przypomina to jakąś psychologiczną terapię grupową. Różnica polega na tym, że poza warsztatami, które kształtują relacje międzyludzkie cały czas świadomie obecne jest kształtowanie relacji z Najwyższym. Dzięki temu przedsiębiorcy ci potrafią podejmować często decyzje wydawałoby się kuriozalne. Przykład:
Jeden z nich uruchomił działalność w jakiejś niszy. Był to strzał w dziesiątkę. Po jakimś czasie okazało się, że potrzeby rynku są daleko większe niż możliwości produkcyjne. Zwiększenie produkcji wymagałoby rozbudowy przedsiębiorstwa, zatrudnienia większej ilości pracowników, zainwestowania w sprzęt, no i poświęcenia większej ilości czasu przedsiębiorcy w realizowane zadania. Teoretycznie dzięki rozbudowie udałoby się osiągnąć większe zyski. Przedsiębiorca powiedział, że nie będzie rozbudowywał firmy, bo... Bo ma półtorarocznego syna, któremu jest potrzebny, a obecny poziom zysków i wynikających stąd zarobków jest wystarczający. Pokrywa wszystkie jego potrzeby. Nie potrzebuje zarabiać więcej. Nie uległ więc pokusie gromadzenia pieniędzy. Sztuka dobrej przedsiębiorczości jest czasami umiejętnością samoograniczania się.
Po spotkaniu na placu Katedralnym pojechałem pod akademiki uczelni technicznej. Moja córka była tam na jakiejś studenckiej imprezie. Po upalnym dniu ciepła noc. Studenci wylegli na place i trawniki między wieżowcami. Pachniało grillem. Nastrój luzu i wesołości. Cofnąłem się i nie wchodziłem w głąb, bo to zupełnie nie moje środowisko. Od dawna nie moje już środowisko. Mógłbym poczuć żal, że minęło, mógłbym się poczuć jak tatuś-wapniak. Po co? Ale to jednostronny ogląd, bo jest inaczej. Tak naprawdę nie chciałbym już nigdy wracać do tego etapu życia. Nie ma do czego. Widać to z dystansu lat. Zabawa studentów polegała na wlewaniu w siebie dużej ilości piwa, paleniu papierosów, gadaniu o bzdetach, łatwej euforii. Zauważyłem dwie panienki, które niedobory osobowości nadrabiały wymyślnymi minami. Ten brak osobowości wielu młodych męczyłby mnie...
Kolejnego dnia przez wiele godzin nie mogłem zrzucić z siebie piątkowego zmęczenia. Zmęczenia wywołanego tym jeżdżeniem w nadziei, że ostatnim rzutem na taśmę uda się podpisać umowy (udało się jedną). Zmęczenie, rozbicie, rozdrażnienie... Ospałość, sen płytki nie przynoszący odprężenia. Poszedłem na lokalny festyn i koncert. Poszedłem trochę zmuszając się. Wiedziałem jednak, że jak się przełamię i pójdę to będzie raczej lepiej niż gorzej. Trafiłem akurat na moment kiedy niemieccy goście rozdawali piwo pszeniczne. Czemu nie?
Sporo ludzi. Pogoda w kratkę, ale nowy plac festynowo-targowy był w stanie to udźwignąć. Naprawdę fajnie to zostało pomyślane. Tam są dachy, deszcz więc nie wyganiał ludzi do domu. Koncert jak koncert - klimat był taki jak przy każdej muzyce na żywo. Ja fanem grupy grającej nigdy nie byłem. Z rzemieślniczą sprawnością zaśpiewali stare i nowe piosenki. A potem na scenę wszedł zespół przygrywający do tańca. Festyn jak co roku kończył się gminną potańcówką. Tym razem miejsce było lepsze, bo równy bruk, a nie udeptana ziemia.
Zabawne zamieszanie zrobiło się w budynku toalet. Ponieważ kolejka do damskiej robiła się coraz dłuższa obsługa wpadła na pomysł, że skoro panowie korzystają głównie z pisuarów to do kabin można wpuszczać panie. No i za plecami siusiających panów przemieszczały się damy. Po koncercie się trochę rozluźniło. Kolejka do damskiej toalety była malutka albo jej wcale nie było, a dziewczyny dalej chodziły tam gdzie dla mężczyzn. Powiedziałem do jakiejś roześmianej „czterdziechy”, że to z pewnością zabawne jest, iż chłopcy, żeby siknąć nie muszą majtek zdejmować. Ona odpowiedziała, że czeka na moment kiedy panowie zaczną spuszczać spodnie do kolan.
- Takie rzeczy proszę Pani – mówię – dopiero o czwartej nad ranem.
Jakaś grupa młodszych (ode mnie - takich około trzydziestki) wciągnęła mnie do rozmowy. Poczęstowali piwem, które było moim już którymś z kolei. Jakimś ciągiem słów nieracjonalnym powiedzieli coś (nie pamiętam zupełnie co) co dotyczyło sądu. Pamiętam, że mi do rozmowy pasowało wtrącić, że coś na ten temat wiem, bo przez kilka lat byłem kuratorem.
- Ja też miałem kuratora – wtrącił mój rozmówca. OKEY...
No i to ten mój rozmówca zupełnie naturalnie rzucił, że idziemy pod scenę. W ten sposób – po raz pierwszy jak tu mieszkam, znalazłem się na parkiecie gminnej potańcówki. I było fajnie... Mam taką naturę, że jak już wejdę to raczej nie schodzę. Pamiętam, że pewna pani redaktor na wyjazdowym bankiecie medialnym powiedziała mi, że wydawało jej się, że wysokiego wzrostu (mojego) i tańca nie da się połączyć... a potem to zabiegała o to, żeby tylko z nią, przez całą noc.
Znalazłem się więc na „parkiecie” zabawy wśród ludzi, których znam osobiście lub tylko z widzenia. Niezłe doświadczenie. Razem ze mną była tam dziewczyna z przychodni pediatrycznej, księgówka z podmiotu samorządowego, małżeństwo prowadzące sklep (super było poprzyglądać się jak się oni bawią, tak luźno i naturalnie...), poza tym dwie ładne i atrakcyjne dziewczyny, które na co dzień pracują na stacji paliw. Widziałem też ekspedientki z delikatesów i z dużej lumpiarni. Piszę tylko o paniach, bo na panów nie miałem czasu spoglądać. Zagarnęła mnie w pewnym momencie do tańca czterdziecha, z którą miałem krótką wymianę zdań przy toalecie. Zaczęliśmy dokazywać. Jeden kawałek, drugi kawałek, trzeci kawałek... Chyba przy czwartym kawałku pojawił się przy nas jej chłop. Pokazał, że odpija. Zarzucił ją sobie na ramię i poszedł. Czterdziecha wisząc z pupą do góry wypiętą pomachała mi na pożegnanie.
Potem była żona Witka. Bo sama pląsała pod sceną..., bo Witek już poszedł do domu. Witka znam od lat kilku, bo spotykaliśmy się codziennie w przedszkolu w trakcie odstawiania dzieci. Potem w szkole. Dziś rzadziej, bo dzieci zaczęły same do szkoły chodzić. Jego żona jest ładną, kobieco zbudowaną brunetką o bystrym spojrzeniu. Świetnie się porusza w tańcu. Tańczyliśmy razem dłuższy czas, coś koło jednej godziny.
Rano - po powrocie - dowiedziałem się od żony, że festyn stoi w kolizji z pielęgnowaniem wartości rodzinnych.
- Tam było dużo osób – oponowałem.
- Widziałeś kogoś ze sfery ludzi poważnych? - zapytała.
- Nie, bo poszli do domu – odparłem.
- No właśnie – tryumfowała – bo oni szanują rodzinę.
- Do domu poszli wszyscy sztywniacy – odrzekłem.
W przyszłym roku też pójdę na festyn.
Why not?




6 komentarzy:

  1. "Życie jest pasmem inspirujących szaleństw", głosił napis na ścianie toalety/na parapecie w moim liceum i mimo podłego umiejscowienia zawierał ponadczasową mądrość ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Żony nie zawsze mają rację. Jestem żoną, wiem coś o tym...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie samą pracą i powagą człowiek żyje. Odreagowanie jest niezbędne aby zachować równowagę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasem warto się przełamać i troszkę "zaszaleć" :). Dobrze, że pogoda dopisała.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. jak jarmark, to jarmark - "naści Jaguś karmelków...., słodziuśkie, dla ciebie kupiłem":)

    OdpowiedzUsuń
  6. a może żonie zwyczajnie chodziło o to by wspólnie spędzić czas?

    OdpowiedzUsuń