sobota, 25 października 2014

Teatr ról

Z próby do Pchły Szachrajki (1988)

Wewnętrzny świat węzła transportowego w centrum logistycznym, w którym byłem dzisiaj, cechuje powtarzalność zdarzeń, rytmów, czynności, procedur, związanych z tym dialogów, pytań i poleceń. Ludzie poruszają się w torach określonych technologią pracy. Patrząc na świat ten z dystansu wydaje się, że cykliczność rytmu tej przestrzeni ma w sobie coś z teatru. Tam też scenariusz określa role bohaterów, poruszają się oni w myśl wypracowanych na próbach reguł, wracają do tych samych dialogów i monologów. Kiedy dla widza pojedynczy spektakl jest przeżyciem kulturalnym, to dla aktora odgrywającego te same sceny dziewięćdziesiąty dziewiąty raz czynności te mogą wydawać się takie same jak praca w sortowni przesyłek kurierskich. To, co nowe, rozgrywa się poza zautomatyzowanymi procesami i dotyczy zazwyczaj sfery prywatnej pracujących, tego co wnoszą od siebie: nastrojów, zainteresowań, bodźców, gestów nie związanych z wymogami pracy, emocji, objawów wzajemnej sympatii lub dystansu i wrogości. Podobnie będzie w teatrze, gdzie nowe informacje płyną obok powtarzanych tekstów dramatów. Kiedy spojrzymy na obiekt teatru w dzień prób, przy jednolitym świetle ogólnym, kiedy światło to zdemaskuje całą teatralną maszynerię kratownic, podestów, zapadni to okazać się może, że przestrzeń ta niewiele się różni od zwykłej hali produkcyjnej czy magazynowej. Teatr w fazie przygotowywania przedstawienia pełen jest paczek, pakunków, kabli, narzędzi, widok podobny do hali przesyłek kurierskich. Wiem, bo bawiłem się w dawnych czasach w teatr. Dziś patrzę na zimno oświetlone pomieszczenia sortowni i widzę, że ludzie poruszają się często trochę jak marionetki.

Kiedy wychodzę na dwór jest już późny wieczór. Niespodzianką jest mroźne powietrze. Ludzie na przystanku przytupują. Ja sam wykorzystuję kaptur bluzy, którą mam pod kurtką i chowam w niego głowę. Dojeżdżam na dworzec kolejowy, mogę wsiąść do wagonu, bo pociąg już został podstawiony. Wagon poraża chłodem bocznicy kolejowej, ale niedługo zrobi się ciepło. Minie trochę czasu zanim pociąg ruszy, bo głos z megafonów zapowiedział, że czekamy na opóźniony pociąg z Warszawy. Nie chcę się tym denerwować, wyciągam więc książkę, przypinam słuchawki, szukam odpowiedniej muzyki na karcie telefonu. Nie chcę słuchać radia, bo radiowe gadanie może mi utrudnić skupienie się nad tym co czytam. A zacząłem dziś czytać „Córki Rozbójniczki” Grażyny Plebanek. To trzecia z czytanych przeze mnie książek tej autorki. Czytam ciurkiem książka po książce. Do czytania zaintrygował mnie wywiad z pisarką, który oglądałem przypadkiem w telewizji. To był impuls, po którym postarałem się o książki. W przypadku pisarzy reakcja na impuls jest prosta. Jeżeli ktoś nas intryguje i chcemy zbliżyć się mentalnie, intelektualnie i emocjonalnie, możemy przeczytać to, co napisał.

„Córki Rozbójniczki” to cykl felietonów dotyczących kobiet, które wyrywały się ze schematów przypisywanych im ról. Kobiety, do których odwołuje się Plebanek to zarówno postacie historyczne, jak również te fikcyjne, które pojawiały się na kartach literatury minionych lat. „To książka feministyczna” - usłyszałem, zanim zacząłem czytać. Być może komunikat tego typu miał mnie zniechęcić do lektury. Nie jestem ani teoretykiem, ani krytykiem feminizmu. To, co czytam, to napisana przez kobietę książka o kobietach. Jeżeli kobiety są jedną z większych fascynacji w życiu mężczyzny, to lektura książki może być zarówno interesująca, jak i pouczająca. Mógłbym oczywiście czytać w tym momencie książkę o dziejach dyplomacji na przełomie epok, o wielkich strategach politycznych, wodzach wojskowych i sprytnych negocjatorach. Mógłbym, ale... po co. Wyłączyłem się ostatnio z nurtu aktualności. Nie interesuje mnie narastanie dziejów społeczno-politycznych. Nie przeglądam portali informacyjnych, nie oglądam, nie słucham wiadomości, prawie nie wiem co się na świecie dzieje i co najważniejsze – jest mi z tą niewiedzą dobrze. To dobry moment na lekturę książki napisanej przez kobietę o kobietach.

Ponieważ lubię działać wielozmysłowo szukam odpowiedniej muzyki, która stanowić będzie tło mojego czytania. Przeglądam nagromadzone zbiory. Jest tam bezmiar utworów starych i bardzo starych. Coraz rzadziej dołączam do tego zbioru nowe kompozycje, bo coraz rzadziej słyszę coś, co chciałbym zachować. Z drugiej strony ilość nagromadzonej przez życie muzyki jest tak ogromna, że ponownie mogę odsłuchać tylko wybrane utwory, na odsłuchanie wszystkiego nie znalazłbym już czasu. I tak najważniejsze jest to, co w głowie zapisane, to co pobudza umysł, przywołuje wspomnienia. Dziś zależy mi na muzyce z wyraźnym żeńskim akcentem, czegoś kobieco energetyzującego. Bo zimno na dworze, a pociąg stoi na stacji i nie wiadomo kiedy ruszy, a ja czytam książkę o kobietach.
Długo się nie zastanawiam. Kiedy w uszach pobrzmiewa mi utwór „Eagle” odrywam się od kolejowego tu i teraz, wznoszę w powietrze na skrzydłach drapieżnego ptaka i patrząc z góry nabywam dystansu do tego wszystkiego co zagłusza i utrudnia skupienie myśli.

Kiedy kilka tygodni temu czytałem „Dziewczyny z Portofino”. Wbrew wcześniejszej sugestii mojego otoczeni, że to książka kobieca (znaczy nie dla mnie), dałem się wciągnąć w fabułę. Opowieść dotyczy grupy dziewczyn, które wychowują się na warszawskim osiedlu lat siedemdziesiątych. Ja wychowałem się na wrocławskim osiedlu tej samej dekady. Czytając książkę Plebanek doznałem uczucia deja vu. Narratorka powieści zdawała się opisywać moje własne podwórko, ze wszystkimi szczegółami, detalami, specyficzną relacją między dziećmi, obrazem zachowań dorosłych, tłem socjologicznym. W pewien sposób to, co charakterystyczne dla tamtych czasów było pewnie typowe dla nowej przestrzeni miejskiej. Drobny przykład. Blokowisko, na którym mieszkałem powstało na gruzach starych przedwojennych kamienic w zachodniej części miasta. Nowe bloki wyrosły na pustych, łysych, pozbawionych często drzew przestrzeniach. Bawiliśmy się między nowymi budynkami, ale bawiliśmy się na gruzach. Dzieci miały różne sposoby na upiększanie przestrzeni. Powierzchnia ziemi pełna była odłamków cegieł, fragmentów pochodzących ze starych elewacji, gzymsów, obramowań itd. Dużo było wokół potłuczonego szkła. Kiedy na kartach powieści pojawia się termin widoczek, nie musiałem czekać na wyjaśnienia narratora co to takiego było. Z płatków kwiatów dzieci układały wzór, przykrywały go fragmentem szyby i obsypywały ziemią lub piaskiem. Wystarczyło odgarnąć później ziemię z tej części szybki, pod którą znajdował się ułożony wzór, nie odsłaniając brzegów szkła, aby zobaczyć zabezpieczony szybą obrazek. To był właśnie widoczek. Widoczek bardzo często był sekretem. Trzeba było znać miejsca, z których pod powierzchnią ziemi poukrywane były widoczki. To przykładowy detal, który łączy moje wspomnienia ze wspomnieniami zapisanymi w fabule powieści. Takich punktów wspólnych było mnóstwo. Zwłaszcza tych, które dotyczyły rozmów i charakteru relacji międzyludzkich.

Pociąg dalej stoi, pasażerowie niepokoją się. Jest prawie północ. Duży wrocławski dworzec wymarł, Nie ma ludzi na peronach, nie wjeżdża żaden nowy pociąg. Utwór „The name of the game” przenosi mnie w czasy szkolnych zabaw w mojej podstawówce. Muzyka była jak obietnica czegoś miłego, czegoś co nastąpi później, co dopiero się wydarzy.

Kiedy zaczynałem czytać „Przystupę”, kolejną powieść Grażyny Plebanek, wydawało mi się, że wpadnę w ten sam typ narracji jaki poznałem w poprzedniej powieści. Często jest tak, że w pierwszych książkach ulega utrwaleniu przyjęty tok narracji, a później jest po prostu powielany. Dotyczy to wielu współczesnych pisarzy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy znalazłem zupełnie coś innego. Kobieca bohaterka w centrum fabuły i szczegółowe socjologiczne tło naszej współczesności. Narrator wszechwiedzący jak w pozytywistycznej noweli. Obraz trochę karykaturalnie wyolbrzymiony, gorzki. Normalnie doznawanie takiego obrazu świata wzmaga obezwładniające poczucie absurdu. Kreślenie obrazu takiego świata pozwala dystansować się do absurdów współczesności. Może napisanie tej książki miało trochę wymiar terapeutyczny.

Dwa pociągi skomunikowały się, jak to zostało wcześniej określone przez dworcowe megafony. Podróżni przesiedli się. W końcu mój pociąg ruszył zabierając mnie za rogatki miasta.

We wstępie do „Córek Rozbójniczki” zwraca autorka uwagę na to, że książki czytają głównie kobiety, piszą je też coraz częściej kobiety. Literatura jest kobietą można by więc rzec. Czy w takim razie zajmowanie się literaturą stało się zajęciem nie męskim?

Kobiety opisywane na kartach książki „Córki Rozbójniczki” to osoby zbuntowane przeciwko przypisanej im w danej epoce roli, zbuntowane przeciwko narzuconym schematom zachowań. To kobiety żwawe, krnąbrne, twórcze, wrażliwe, dynamiczne, czyli „córki Rozbójniczki”, a może po prostu rozbójniczki. Pamiętam, że w moim otoczeniu takie dziewczyny były często określane również mianem „chłopczyc”. Tak starsze panie nazywały ten typ dziewczyn. Chłopczyce na podwórku charakteryzowały się tym, że na przykład posiadały własną bandę. Te chłopczyce bardzo często rozwinęły się w atrakcyjne dziewczyny, kobiety o wyrazistej osobowości, twardych charakterach. Inteligentne, wrażliwe, intrygujące i pociągające, często nieprzystępne, bardzo niezależne, czasami samotne i nieszczęśliwe.
Nie czytałem jeszcze najnowszej powieści, „Bokserki”, ale znając powierzchownie kulisy narodzin pomysłu na książkę odnoszę wrażenie, że pisarka nawiązała tam właśnie do tego wspomnianego typu chłopczycy. Nie dosłownie – to raczej echo takiej chłopczycy z dzieciństwa w fascynacjach dojrzałej kobiety. Podobnie jak tam aktywność dotyczy sfery przypisywanej mężczyznom. Przypisywanej, co nie znaczy, że męskiej na wyłączność. Na pewno przeczytam najnowszą powieść Plebanek.

Jeżeli bunt kobiety przejawia się wychodzeniem z narzuconych ról, to w jaki sposób buntuje się mężczyzna? W pewien sposób jego bunt też związany jest z odrzucaniem schematów ról narzuconych przez współczesne społeczeństwo. Istnieje chyba zjawisko wychodzenia mężczyzn z przypisanych im ról męskich i wchodzenie ich w role kobiece. Ale czy jest to zjawisko dominujące? Mnie bliższy jest bunt odwołujący się do pewnych archetypowych postaw, bunt który dystansuje mężczyznę do kagańca schematów cywilizacyjnych poprzez powrót do pewnej pierwotnej dzikości, do stanu bycia jak kozak na stepie. Wolny, niezależny, nieokiełznany. Tajemniczy, nieprzystępny, nieodgadniony. A jak taki kozak spotka na swej drodze bokserkę? Zapasy, wojna? Może namiętność?

Dojeżdżam do domu. Porywa mnie utwór „I'm a marionette”. Jest on jakby teatralny, musicalowy. Jest w nim jakaś opowieść, jakiś dramatyzm, jest tam jakiś bunt. I jest tam energia i chęć do zmian.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz