wtorek, 30 grudnia 2014

Wieczór w kinie

Papusza - kadr z filmu

Jest mroźny poświąteczny dzień. Niebo pochmurne, światła niezbyt wiele. To jeden z najkrótszych dni w roku w związku z czym za chwilę będzie ciemno. Rozważam wyjście do kina, którego nie ma. Nie ma, bo po dawnym kinie w mojej miejscowości pozostał jedynie budynek, od około dziesięciu lat opustoszały. Wcześniej ktoś próbował utrzymać tam normalną działalność z seansami, ale nie wyszło. Teraz budynek stanie się miejscem przeglądu kilku filmów w ramach realizacji projektu „Szkoła Mediacji”. Wiem, że istnieje grono osób, które chciałoby przywrócenia działalności instytucji propagującej wytwory Dziesiątej Muzy. Zakładam, że obecny przegląd jest właśnie oznaką tych zabiegów. W ramach przeglądu wyświetlone mają być filmy dla trzech grup wiekowych, dorosłych, dzieci i młodzieży. Ja wychodzę na projekcję „Papuszy” w reżyserii Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Dziełem przypadku jest to, że kilka dni temu, w przededniu świąt Krzysztof Krauze zmarł pokonany przez chorobę nowotworową. Film „Papusza” jest na liście moich zaległości. Wybieram się więc na seans do kina którego nie ma, na film reżysera, który zmarł. Na film o cygańskiej poetce, która zaprzeczała jakoby poetką była – słuchałem niegdyś o tym w audycji w trójkowym cyklu „Z najwyższej półki”.
Spodziewam się chłodnego budynku. Ubieram się więc ciepło. Wyobrażam sobie widok zdewastowanej sali, święcącej gołymi cegłami. Pierwsza niespodzianka spotyka mnie w wejściu. Hol kina wita przychodzących szwedzkim stołem z przekąskami, ciepłą kawą i herbatą. Dostrzegam wystawę fotograficzną, której obiektem są osoby tutejszej, lokalnej społeczności. Oglądam ściany z dawnymi freskami, których zadaniem było niegdyś wprowadzanie kinomanów w odpowiedni nastrój, poprzez sugestię baśniowości tego co przedstawione. Sala kinowa to druga niespodzianka. Sprawia wrażenie takiej jak pozostawiono ją po ostatnim seansie wiele lat temu. Jest jak kina, które pamiętam z dzieciństwa. Z przodu napięty biały ekran, ograniczony po bokach czarnymi kotarami, przede mną rzędy tapicerowanych kinowych foteli z charakterystycznymi półokrągłymi, drewnianymi oparciami. Tu świat się zatrzymał.
To zupełny przypadek, że prezentacja „Papuszy” wypadła cztery dni po śmierci twórcy „Długu” i „Mojego Nikifora”. Miało to wpływ jakiś na moją percepcję filmu. Kiedy dociera do nas jeden z ostatnich akordów dzieła życia to próbujemy odczytać z niego wszystko, wszystkie znaczenia, zwłaszcza te ukryte. Wchodząc do kina miałem w głowie fragment publikowanego przez media antyrakowego dekalogu Krauzego. Echem powracały do mnie zwłaszcza te słowa, w których upominał adresata tekstu: „badaj się, choć trudno w to uwierzyć, nie jesteś nieśmiertelny”. Niby oczywiste, ale jednak nie, bo sztuka kusi nieśmiertelnością, a Krzysztof Krauze był artystą. To nie jedyna śmierć, o której mówiono w okresie świątecznym. Odszedł Stanisław Barańczak – notatki o jego zgonie przyniosły wiadomość, że miał 68 lat. Czy ta wiadomość była zaskakująca? Oczywiście! Nie osiągnął przecież, uznany za wielkiego poetę, wieku Miłosza, nie osiągnął wieku Różewicza... A przecież powinien!
Pierwsze sekwencje filmu „Papusza” wprowadzają mnie w stary świat. Film jest zrealizowany w konwencji kina czarno-białego. Czy dlatego, że bliższy jest on realiom zarejestrowanym na historycznych fotografiach? Tamten świat sprzed wielu lat był barwny, a nasze wyobrażenie mogło zostać ukonstytuowane przez czarno-białe fotografie właśnie. Odczuwam zabieg artystyczny. Bardzo mocno skojarzyłem sceny filmu z kinem włoskiego realizmu. Tamte obrazy też były nakręcone w szarej tonacji. Świat przedstawiony w tamtych filmach był światem ukazanym z perspektywy ludzi zwykłych, prostych, czasami prymitywnych. Tak też oglądam świat taboru cygańskiego. W filmie zobrazowano trudną relację społeczności romskiej i polskiej, niezrozumienie, uprzedzenia, lęki. Jest to w tej społecznej płaszczyźnie film o tych zawiłościach współżycia narodów i kultur. Jest to też film o rozporządzeniu państwowym nakazującym zatrzymanie taborów i o tym, co z tego wynikło. Wszystkie zabiegi mające na celu wprowadzenie widza w tamte realia, w tamtą scenerię, odbieram tym intensywniej im bardziej uświadamiam sobie, że jestem w „starym kinie”. Niepodobnym do współczesnych multipleksów. Kinie, w którym wyświetlano niegdyś - tak wierzę - obrazy Viscontiego, Rosseliniego, De Siki, a nieco późnej Felliniego.


Papusza to jednak przede wszystkim film o poetce Bronisławie Wajs, o cygańskiej poetce, która była odmieńcem w swoim środowisku. O dziewczynie z taboru, która chciała nauczyć się czytać i pisać, i która posiadłszy tę umiejętność zapisała część swoich poetyckich improwizacji. Cena jaką płaci za swoją odmienność to wykluczenie ze społeczności rodowej. Po latach wypowiada refleksję, że gdyby kiedyś nie nauczyła się czytać i pisać to może byłaby szczęśliwa.
Prezentacja filmu ma jeszcze jedną niecodzienną właściwość. Po projekcji widzowie zostają zaproszeni do dyskusji o filmie. Na dworze szczypie mróz. W holu kina ludzie siedzą w kilku rzędach foteli. Promieniuje ciepło z zainstalowanego niedawno kominka żeliwnego. Ogień strzela. Jest trochę jak w jakimś schronisku górskim. Warunki lekko spartańskie, ale jest przyjemnie. Czy zgromadzeni ludzie rozmawiają? Czy biorą udział w dyskusji? Tak. Interesuje ich zwłaszcza zobrazowany w filmie temat kolizji na styku kultur i społeczeństw – wczoraj i dziś.
Kiedy patrzyłem w oczy moderatora dyskusji zadawałem sobie pytanie czy obawiał się milczenia, czy obawiał się tego, że dyskusja okaże się co najwyżej jego prelekcją. Przyjechał z centrum aglomeracji, z przyszłej europejskiej stolicy kultury tu, na prowincję, do kilkutysięcznego miasteczka... Chyba zaskoczyła go gotowość do rozmów i ich poziom. Dobrze mieszkać w takim miejscu. Opuszczam kino z nadzieją, że wydarzy się coś więcej, będą kolejne etapy dziania się wbrew śmierci artystów. 


(Do prezentacji Papuszy doszło dzięki staraniom działającego w Obornikach Śląskich Stowarzyszenia Stare Kino w osobach m.in. Barłomieja Bykowskiego i Marcina Sobczyka, wystawa towarzysząca to prace fotograficzne Alicji Kielan)

fot. Marcin Sobczyk

niedziela, 7 grudnia 2014

Zew przestrzeni

Michał Nogaś i Andrzej Stasiuk

W jakim celu pisarz podróżuje? Czy szuka materiałów do nowej powieści? Czy gna go w podróż chęć poznania ludzi z odległych krajów, z odległych kultur? Tak mniej więcej wyglądają pytania-zagadnienia, z których Andrzej Stasiuk spowiadany był przez Stanisława Beresia przez kilkadziesiąt minut, w trakcie spotkania w ramach Wrocławskich Targów Dobrej Książki.


Na targi wybierałem się bez przekonania. Na szczęście myliłem się. Wybrałem najważniejszy dzień z odbywającej się od czwartku do niedzieli imprezy, czyli sobotę. Obejrzałem z grubsza ofertę wydawniczą, przeleciałem wzrokiem wszystkie stoiska z książkami. Paradoksalnie nie z powodu kiermaszu księgarskiego przychodzę na targi. Książki mam w księgarniach, ofertę na witrynach internetowych wydawnictw. Ważniejsza jest dla mnie otoczka imprezy, czyli liczne spotkania z autorami książek. Spotkania, a nie tak zwane podpisywanie książek. Nie jestem łowcą autografów. Sobotni dzień wypadł szóstego grudnia. Między stoiskami spacerował więc Święty Mikołaj, a anioły rozdawały dzieciom cukierki. Czemu anioły, a nie tradycyjna świta Mikołaja – nie wiem.


Zaszedłem do sali, gdzie rozpoczęło się właśnie spotkanie z Ignacym Karpowiczem, autorem nominowanej do nagrody Nike „Sońki”, powieści o trudnym wojennym romansie wiejskiej dziewczyny z Niemcem, esesmanem. Rzecz rozgrywała się na granicy Polski i Białorusi, romans wpłynął na całe życie Sońki. Historię poznajemy oczami bohatera, reżysera teatralnego, który po latach spotyka ją wtedy, gdy na jakimś pustkowiu psuje mu się samochód. Karpowicz mówi, że powieść powstawała z przerwami około ośmiu lat. Była wielokrotnie poprawiana. Sam wkład pracy sprawia, że jest to dla niego książka najważniejsza. W spotkaniu z autorem uczestniczy blisko sto osób, wyraźnie widać było, że wśród przybyłych tu kobiet wiele już powieść czytało. Mimika ich twarzy, świadczyła o emocjonalnym odbiorze prowadzonego wywiadu.

Olga Tokarczuk podpisuje "Księgi Jakubowe"

































Godzinę później próbuję wejść na spotkanie z Olgą Tokarczuk, promujące jej nową książkę „Księgi Jakubowe”. Najwyraźniej intensywna promocja książki, prowadzona od kilku tygodni przez wydawcę sprawiła, że w sali ciasno jest jak na sumie w kościele. Nie mieszczę się. Odpuszczam więc. Uczestniczyłem w spotkaniu z Tokarczuk rok temu, kiedy „Księgi Jakubowe” były jeszcze pisane przez nią. Kilka informacji o przygotowywanej książce padło wówczas w toku rozmowy o kulisach warsztatu pisarskiego.

Nadia Szagdaj i Jacek Antczak
Odwiedzam salę, gdzie dziennikarz Jacek Antczak rozmawia z Nadią Szagdaj, autorką kryminałów w stylu retro z kobietą detektywem w roli głównej. "Kroniki Klary Schulz" to sprawnie napisane powieści, przyjemne czytadła dla pasjonatów gatunku. Kłopotem autorki jest nieuchronne konfrontowanie jej z Markiem Krajewskim, który ponad dziesięć lat wcześniej rozpoczął swoją serię, dobrze przyjętych przez czytelników kryminałów, osadzonych w scenerii przedwojennego Wrocławia. Jak widać wielu autorów może osadzać fabułę swoich powieści w scenerii Londynu czy Nowego Jorku określonego czasu, wielu też może osadzać akcję powieści w niemieckim jeszcze Wrocławiu.


Wychodząc ze spotkania z Nadią Szagdaj zobaczyłem Andrzej Stasiuka w asyście dziennikarza radiowej Trójki Michała Nogasia. Spotkanie ze Stasiukiem miało odbyć się w sali, w której podpisywała jeszcze swoje książki Tokarczuk. Długa, zawijana kolejka po podpisy do autorki „Ksiąg Jakubowych” zmusiła organizatorów do zorganizowania spotkania z pisarzem w sali targowej kawiarni. Przestronna sala przyozdobiona pięknymi kasetonami, mieszcząca się nad wejściem na stację Wrocław Główny (bo w obiekcie stacji odbywają się od dwóch lat targi) jest ponad dwa razy większa niż ta sala, w której planowano rozmowę. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem, że pomieszczenie jest pełne. Paradoksalnie spotkanie ze Stasiukiem będzie pewnie najliczniejszym spotkaniem z autorem w grupie wszystkich tegorocznych spotkań. Rozmowa związana była z książką „Wschód”.

Andrzej Stasiuk i Stanisław Bereś
Dlaczego jeździ tak daleko? - Nie jestem typem reportera, nie jeżdżę w celu spisywania relacji z podróży – mówi Stasiuk. - Jestem pisarzem i ważna jest dla mnie relacja między światem a mną samym. Ważne jest to, co pojawia się w mojej głowie na skutek wyjazdu kilka tysięcy kilometrów poza linię horyzontu. Prowadzący spotkanie Stanisław Bereś nie odpuszcza. Pyta czy może spotkanie ma na celu kontakty, poznanie nowych ludzi, odmiennych kulturowo. Pada drastyczne wyznanie Stasiuka – Ja nie lubię ludzi, nie jadę tam po to, aby ich poznawać. Zdarzało mi się zabierać kogoś na stopa jadąc przez Kazachstan, ale nie wykorzystywałem tego do wypytywania, do tropienia w głowie podwożonego jakiegoś niezwykłego wspomnienia do niezwykłej opowieści. Żeby zdobyć takie zwierzenia nie trzeba przecież wyjeżdżać z domu w przestrzeń odległą o tysiące kilometrów. Zresztą mój rosyjski jest raczej kiepski, a ich rosyjski jeszcze gorszy – żartuje pisarz – Jak więc mielibyśmy rozmawiać.


Pojawia się pytanie czy tropi tam daleko polskość. Stasiuk przyznaje, że podobnie jak wielu jest spętany polskością, jadąc na wschód rozmyśla nad szlakami dziewiętnastowiecznych zesłańców, ale zasadniczo stroni od poszukiwania polskich akcentów. W formie anegdoty opowiada jak kiedyś, kilkanaście lat temu, pojechał na Bukowinę Rumuńską, gdzie jak wyspy na morzu, pozostało kilka polskich wiosek, a w wioskach tych mieszkańcy o imionach Gerwazy, Protazy... - W trakcie spotkania wspominaliśmy, stworzyliśmy nową Warszawę – mówi – I co? Popiliśmy się strasznie i to wszystko. Dlatego dziś omijam polskość.
Próbując przybliżyć czytelnikom sens wyjazdów zwraca uwagę Stasiuk na ograniczenie przestrzenne naszego kraju. Mówi, że wielkie powieści powstawały w Rosji i Ameryce, w miejscach rozległych przestrzennie. Pewnie to gna go w tą bezkresną przestrzeń.
W ramach głosów z sali zapytuję, czy powodem wyprawy nie jest może chęć ucieczki od świata takiego jaki jest tu na miejscu, od natłoku informacji, szumów związanych z codziennym życiem, które mogłyby blokować umysł pisarza. Zaprzecza, mówi, że od szumów ociekł już dawno temu przecież. Miejsce gdzie mieszka ciche jest i puste. Mówi, że tam gdzie wyjeżdża, przemierzając kontynent, słońce inaczej świeci, powietrze inaczej pachnie, świat jest zupełnie inny i dzięki temu łatwiej mu myśleć, i łatwiej mu pisać.

Wychodząc myślę sobie, że jest to jednak w jakiejś formie restart stanu umysłu pisarza.