sobota, 26 grudnia 2015

sZAFa na Święta



Udostępniony został właśnie nowy numer kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa. 
Tam kilka moich wierszy, felieton i teksty o książkach.

http://szafa.kwartalnik.eu/56/spis.html


POEZJA
Paweł Dąbrowski, Ewa Frączek, Sławomir Hornik, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Jakub Sajkowski, Marta Zelwan, Kinga Weronika de Walla
PROZA
Jacek Durski, Hanna Dikta, Karol Maliszewski, Mirosław G. Majewski, Rafał Różewicz, Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska
FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Dmitry Babenko, Dariusz Bareya, Svietlana Dzemidovich, Agnieszka Kutylak-Hapanowicz, Edyta Purzycka
sZAFa Presents
Leszek Jodliński - Mój Franz Pawlar. Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu. (i o tym jak książka powstała)
Maja Staśko - Pograniczenia epoki. Neo-barokowość/nie-barokowość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (II)
ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Paweł Dąbrowski - Czy utopia multi kulti?
Ewa Frączek - Sarmata nie musi być angielską królową, czyli bez przesady z tym savoir vivre
Magda Harmon - Śmierć czyli być jak neutrino
Leszek Jodliński - Nowojorskie pośladki dziewcząt
Wiola Maj - Redaktor, nie ghostwriter
Karol Maliszewski - Nie do śmiechu... Wokół kwestii humoru w poezji współczesnej
Ania Możdżeń-Brzozowska - O tym, jak kulturożerstwo uratuje kulturę
Kamila Wasilewska-Kaczmarczyk - (Nie)pamięć nasza powszechna
Maja Staśko - Narysuj mi baranka, czyli „to be”
TEATR, FILM
Natalia Kołaczek - Stockholm Stories: Sztokholmskie opowieści
Maja Staśko - Otua. Autoterapeutyczność a autotematyczność wokół Szklanych ust Lecha Majewskiego (II)
KRYTYKA LITERACKA-RECENZJE
Paweł Dąbrowski - W oczach dziecka. Bronka Nowicka Nakarmić kamień * Bodźce pamięci. Jerzy Jarniewicz Woda na Marsie * Raport z nie-tożsamości. Ewa Sonnenberg Obca * Trudne śląskie losy. Sabina Waszut Rozdroża, W obcym domu
Przemysław Górecki - Dojrzewanie, pragnienie, rozczarowanie – o Pierwszej krwi Ireny Krzywickiej
Leszek Jodliński - 1/8 czerni. Wystawa Archibalda Motleya
Klaudia Raczek - Michel Houellebecq Uległość
Teresa Radziewicz - Jak to przetłumaczyć? – Google Translator Jakub Sajkowski
Jakub Sajkowski - Mapy wnętrza gór, centra dowodzenia i konfitury na siedemsetletnią rocznicę. Przegląd debiutancki. Robert Feszak Wnętrza gór, Ewa Olejarz Milczenie placu zabaw
Beata Zdziarska - Zakurzony pisarz, czyli wspomnienie o Choromańskim
Marcin Włodarski - Ofiary i kaci w jednym głosie. Spalanie Grzegorz Kwiatkowski
ROZMOWY W SZAFIE
Cykl o życiu, sztuce i przyjaźni (I)
Małgorzata Południak rozmawia z Katarzyną Tchórz

wtorek, 22 grudnia 2015

Jak smakuje Polska?


Nie pierwszy raz zdarza mi się stwierdzać, że przedmioty i podmioty przyciągają się nawzajem. Kiedy kilka miesięcy temu powierzono mi opiekę nad czeskimi kontrahentami przedsiębiorstwa, dla którego pracuję nie przypuszczałem, że zbliżenie do Czechów i kultury czeskiej wykroczy poza ramy samych zajęć zawodowych. Pewnego dnia przybywając we Wrocławiu na koncert znanego barda przysiadłem się do stolika, przy którym jak się szybko przekonałem rozmawia się po czesku. Czeski w pracy, czeski po pracy – nie powinienem się dziwić. Obok mnie siedziała Natalia – rodowita Czeszka, która przyjechała do Wrocławia, aby kontynuować podjęte w Brnie studia polonistyczne, i Ania, Polka, absolwentka bohemistyki. Jak się jakiś czas później dowiedziałem. Ania wraz z koleżankami w bohemistycznym fachu i przy pomocy Natalii założyła Fundację Kukatko, instytucję, która stawia sobie za cel wymianę kulturalną pomiędzy dwoma narodami. Przybliżanie Polakom kultury czeskiej a Czechom kultury polskiej.

Anna Wanik

W przedświąteczny poniedziałek wybrałem się do znajdującej się w Zaułku Solnym Księgarni Hiszpańskiej, w której zorganizowane zostało spotkanie dotyczące projektu „Polska: Z czym to się je?” - w wersji czeskiej „Jak chutná Polsko?”. Efektem wdrożonego projektu było wydawnictwo i związane z mim spotkania, których celem było przybliżenie Czechom Polski poprzez kuchnię. Okazuję się, że kuchnia polska nie jest tam powszechnie znana, często spotkać można powierzchowne sądy jakoby kuchnia polska była zła, a produkty spożywcze niskiej wartości. Jest to wynik między innymi pewnej afery, Kiedy to wykryto, że sieci handlowe przerzucają z Polski na rynek czeski gorszej jakości wyroby.


W projekcie "Jak chutná Polsko?" wzięła udział grupa czeskich pisarzy i dziennikarzy, którzy napisali o swojej przygodzie z polską kuchnią. Pośredniczą oni więc w promocji Polski w Czechach. Nie o samą kuchnię tu idzie. Zgodnie z przysłowiem „przez żołądek do serca” celem projektu jest zbliżenie kulturalne Czechów i Polaków. Efektem działań jest książeczka (po czesku), która dystrybuowana jest wśród gości spotkań. Jest to wydawnictwo darmowe. Darmowe, bowiem celem publikacji jest, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało – zwłaszcza w kontekście wydarzeń politycznych - propaganda. Celem jest propagowanie i przybliżanie Polski Czechom. Stroną współfinansującą te działania jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Spotkanie inicjujące projekt miało miejsce na początku grudnia w Pradze. Później były inne miasta południowych sąsiadów.

Natálie Raclavská
Dla polskiego czytelnika przygotowano polską wersję książki, dostępną w pliku pdf lub e-booku, do ściągnięcia ze strony fundacji (www.kukatko.pl).
W trakcie poniedziałkowego spotkania, poza oficjalną częścią informacji o projekcie, były czytania fragmentów tekstów, były anegdoty związane z kontaktami Polaków z Czechami i były bezpośrednie rozmowy, bo pomimo tego, że publiczność była kameralna, to była mieszana. Składała się z przedstawicieli obu nacji. Poza rozdawanymi książkami częstowana przepyszną nalewką żurawinową. Jak mi powiedziała Natalia recepturę nalewki opracowało polsko-czeskie małżeństwo. No to jak się u nas mówi: „Na zdrowie!”.















sobota, 19 grudnia 2015

Barwy letniego pleneru



Jest piątek, grudniowe popołudnie – od godziny ciemności zakrywają świat. Latem byłby jeszcze środek dnia. W każdym razie do zmroku pozostałoby co najmniej kilka godzin. Wsiadam do auta i ruszam w kierunku centrum miasta. Pada deszcz. Konfiguracja deszczu i ciemności o tej porze roku jest szczególnie przykra dla kierowców. Reflektory nie rozświetlają drogi. Ciemności pochłaniają gdzieś światło. Nic nie widać. Z trudnością rozpoznaję krawędź drogi. Jadę w kolumnie innych powoli się poruszających samochodów. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że jadę automatycznie szlakiem wyznaczanym przez pojazd jadący przede mną. Jeżeli auto to wjechałoby nagle do rowu, ja zrobiłbym to samo tak jakbym był tylko umocowaną na sztywnym holu przyczepą tamtego pojazdu. Najprawdopodobniej nie zauważyłbym, że zjeżdżam z drogi. W końcu wjeżdżam w obszar miejskich latarni. Zaczął się tłok i korki. To typowe dla piątkowych godzin poprzedzających weekend. Powoli docieram na obrzeża ścisłego centrum. Pozostawiam samochód na parkingu i dalej ruszam pieszo. Mijam, wyglądający trochę jak zamek w stylu angielskim, odnowiony gmach sądów. Idę dalej. Przechodząc obok Narodowego Forum Muzyki widzę, że niedługo rozpocznie się tam jakiś koncert. Po przeszklonej klatce schodowej wędrują przybyli ludzie. Deszcz rosą osiada na ubraniu. Jeszcze tylko kilka kroków. Przechodzę przez Zaułek Solny i docieram do Galerii Socato. Za pięć minut rozpoczyna się tu wernisaż poplenerowy artystów związanych z Wrocławiem i tutejszym oddziałem ZPAP.


Pozbywam się kurtki zostawiając ją na zapleczu salonu. Słyszę niepokój organizatorów wystawy o frekwencję. Jest pora wernisażu a w galerii zaledwie kilka osób. Z pewnością początek imprezy będzie opóźniony, bo nie ma także wszystkich artystów. W czasie akademickiego kwadransa docierają wszyscy, także goście-widzowie. Rozświetlona galeria pozwala zapomnieć o nieprzyjemnej pogodzie na zewnątrz. Kontrastem do ciemności i deszczu są kolory wyeksponowanych prac. Na wernisaż przybywam zaproszony przez Andrzeja Dudka-Dürera. Wiem po przejrzeniu listy uczestników pleneru, że będzie tu także trójka artystów, którzy podobnie jak ja mieszkają w podwrocławskich Obornikach Śląskich.
Wystawy poplenerowe charakteryzuje niejednorodność stylów i tematów. Każdy artysta tworzy prace, które są wypadkową jego wrażliwości, doświadczeń i bodźców płynących z plenerowego otoczenia. Tym razem miejscem pracy był dolnośląski Zamek Kliczków.
Na ścianach galerii znajduję kolorowe pejzaże abstrakcyjne. Niektóre prace wydają się zawierać elementy naturalnego krajobrazu będącego bodźcem do kształtowania przetworzonej przestrzeni artystycznej. Taki dialog technik, światów, starego z nowym. Tak postrzegam obrazy Katarzyny Banaś. Typowe przestrzenie abstrakcyjne znajduję w pracach Małgorzaty Jojnowicz i Jolanty Studzińskiej.
Moją uwagę zatrzymują diabełki Moni Worsztynowicz. Urocze, jeżeli tak można mówić o diabełkach, prace przestrzenne, dla których materiałem był skład drzewa opałowego znajdujący się obok zamku.
Obrazy mocno wypełnione wewnętrzną treścią, taką którą w procesie interpretacji można wyrażać słowami stworzył Marek Marchwicki. Szczególnie jedna praca zatrzymuje moją uwagę. To obraz, w którym widok obiektu architektonicznego przenika się z portretami ludzi.
Prace Niny Karkoschki (Niemcy – jedynej zagranicznej uczestniczki pleneru) stworzone są w kilku kilku technikach technikach. Moją uwagę przykuwa portret łysej kobiety, o kształtach Buddy – niezwykły.


Andrzej Dudek-Dürer przygotował obrazy, dla których bazą była fotografia. Materiał, na który zrzucone zostały zdjęcia ulegał następnie przekształceniom, poprzez gniecenie, marszczenie, a nawet spopielanie. Charakterystyczne dla Andrzeja buty, które stały się obiektem utrwalonym na jednej z prac, wydają się zlewać z ziemią, na której stoją. Z kolei z autoportretu przedstawiającego postać o siwiejących włosach i brodzie zdaje się emanować wewnętrznym logos.
Malarstwo (w katalogu wystawy nazwane naiwnym) Yolanty Nikt powstało z inspiracji wzorami ceramiki z wyrobów znajdujących się nieopodal zakładów w Bolesławcu. Wspomniane określenie wynika pewnie z ekspozycji w pracach ludowego wzornictwa. Według mnie atrybut „naiwny” dotyczy bardziej sposobu patrzenia na świat oczami jakby dziecka. Trochę tak jak w obrazie Zdzisława Nitki „Dobry malarz”. Obraz malowany jest grubymi liniami, kolorami nakładanymi obok siebie, nie mieszanymi. Czaszki, wilki, drapieżny ptak zdają się być ilustracją budzącej niepokój opowieści.


Kompozycje postaci przypominających manekiny na obrazach Krystyny Szczepaniak przypomniały mi stary pokoik dziecięcy z czasów prostych drewnianych zabawek, które nie potrzebowały bateryjek. I jeszcze geometryczne prace Mirelli Rylewicz. Są jak widoki przekroju elektronicznych technologii ze świata w jakim funkcjonujemy.
Zawsze gdy oglądam efekt poczynać artystycznych plastyków zazdroszczę im tego, że zachowali zdolność interpretowania świata w sposób wolny, nie skrępowany doraźną potrzebą tworzenia treści marketingowych, reklamowych, czy politycznych. Większość z nas miała niegdyś kontakt w taką wolnością. Było to niegdyś, kiedy w trakcie edukacji szkolnej stawiano nam zadanie stworzenia obrazu na zaproponowany temat. Niewiele wówczas krępowało poczynania zmierzające do wypełnieniem pustej kartki treścią. Artyści to ci, którzy zachowali tę umiejętność na całe życie.







poniedziałek, 14 grudnia 2015

Sojan i przyjaciele



Spotkanie z poetą Jackiej Sojanem i zaproszonymi przez niego gośćmi, jakie miało miejsce w sobotni wieczór, 12 grudnia w Klubie Pieśniarze we Wrocławiu stało się wydarzeniem niezwykłym. Niezwykłość ta nie wynikała tylko z faktu połączenia wieczoru poetyckiego z imprezą urodzinową Jacka. Klub na kilka godzin stał się rodzajem oazy, w której można było schować się umykając dyktatom przedświątecznych zakupów, odcinając się od jazgotu jarmarku świątecznego, który nieopodal zgromadził setki mieszkańców łaknących chleba ze smalcem, grzańca, suszonych wędlin, pączków prosto z gorącego tłuszczu wyjętych i zalanych wybranym słodkim syropem, kołaczy i tym podobnych zapowiadających święta akcesoriów. Koncerty piosenek śpiewanych do wtóru gitary pozwalały o tym wszystkim zapomnieć. Atmosfera serdeczności w trakcie czytania poezji i rozmów o niej pozwalała na wyciszenie rozbieganych myśli. Zabawne teksty piosenek kabaretowych przyozdobiły twarze zebranych w uśmiechy. Istotne było to, że śmiech wzbudzały wyłącznie mądre teksty. Nie trafił się ani jeden utwór z treścią mającą wzbudzić wesołość trochę na siłę, przez prostackie dość odwoływanie się do bieżących spraw politycznych. Takimi tekstami częstują nas artyści w programach transmitowanych poprzez TV. Mam alergię na ten typ kabaretu. W sobotę u Pieśniarzy największe salwy śmiechu wzbudzały teksty łączące w sobie humor i mądrą refleksję na perypetiami życia każdego z nas.




Nie będzie przesadą stwierdzenie, że wieczór przebiegał jak spotkanie u starych serdecznych przyjaciół. Pewnie, że w jakiś sposób wynikało to z faktu tego, że salę wypełnili prawie wyłącznie ludzie parający się poezją i piosenką poetycką. Osoby, których ścieżki życia przecinały się gdzieś tam kiedyś wielokrotnie, przez co spotykając się we wrocławskim klubie mogli łatwo emanować serdecznością i przyjaźnią. Ten ciepły klimat wynikał wyraźnie ze stylu życia polegającego na nieustannym obcowaniu z poezją. Ten ciepły klimat zawdzięczaliśmy patronatowi Jacka Sojana, który, jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało, pełnił rolę autorytetu. Mówię źle, bo niektórzy bardzo bronią się przed tym mianem. Ten przyznany mu autorytet wynikał zarówno z uszanowania długich lat praktyki literackiej, jak i z tego, że w utworach swoich prowadzi on często rozważania metatekstowe. Zastanawia się na wartością samej poezji, demaskuje zgrane schematy popularnych bohaterów literackich, służy pomocą i radą adeptom sztuki.


Do klimatu spotkania przyczyniło się zapewne samo miejsce, czyli Klub Pieśniarze. Jego wystrój, aura występujących tam artystów, jakiś dobry duch tego miejsca sprawia, że przychodzi się tam chętnie i niechętnie opuszcza to miejsce. Jak niechętnie – o tym najlepiej niech świadczy fakt tego, że spotkanie z Jackiem Sojanem zakończyło się dopiero około trzeciej nad ranem. Żadna impreza artystyczna, żaden koncert zorganizowany w pięknej i nowoczesnej sali nie trwa tyle. Tu inaczej budują się relacje między występującymi a publicznością. Tu inaczej gra się, śpiewa, słucha, uczestniczy. Kto był tam ten wie.   
























sobota, 12 grudnia 2015

Przestrzeń czasu


Mija godzina szesnasta kiedy zaczynam realizować poranny plan udania się stopem do miasta. Stopem to być może zbyt wiele powiedziane. Po prostu mieszkający we Wrocławiu koledzy z pracy wracają do domu, a ja na odwrót – wsiadając z nimi i oddalam się. Kilka chwil w aucie i ponownie, jak tydzień temu znajduję siebie na skraju jarmarku świątecznego. Przedzieram się za straganami, kierując się do ratusza. Znalazłem wczoraj informację o planowanym tam wernisażu. Wydaje się nieprawdopodobne, że obok gwaru jarmarku jakikolwiek wernisaż będzie miał tam miejsce. Kiedy wchodzę w obręb grubych murów kilkusetletniego obiektu robi się cicho. Grupki ludzi czekają na to, co ma się wydarzyć. Nie widzę zapowiadanej ekspozycji. Tak jak inni czekam. W pewnym momencie organizatorzy wernisażu proszą nas o przejście do sąsiadujących pomieszczeń. Jestem w szoku. Drzwi, którymi przechodzimy prowadziły niegdyś do małych zewnętrznych przestrzeni znajdujących się pomiędzy murami ratusza a sąsiadującymi z nim kamienicami. Te, wewnętrzne podwórka zostały pokryte szklanymi dachami, a w zaadaptowanej w ten sposób dodatkowej wewnętrznej już przestrzeni powstały sale wystawiennicze. Cały czas miasto moje mnie zaskakuje, ukazując ukryte sekrety. Rozpoczyna się prezentacja artystki Karoliny Jaklewicz. Ekspozycja nosi tytuł „Ciepło / Zimno”. To wystawa malarstwa. Otaczają mnie prace abstrakcji geometrycznej. Artystka mówi o poszukiwaniu narracyjnych możliwości w tego rodzaju sztuce. Obrazy emanują geometrycznymi liniami wyznaczającymi na płaskim płótnie przecinające się jakby płaszczyzny. Jest coś jeszcze. Zainstalowanie wystawy w obrębie murów gotyckiego ratusza dodaje ekspozycji nowe treści. Wyznaczone pracami iluzoryczne przestrzenie wchodzą w dialog z płaszczyznami czerwonych cegieł. Tytuł wystawy to ta gra między zimną tonacją płócien a gorącą tonacją otoczenia domyślam się. Zresztą może to tylko moja interpretacja. Ale to nie wszystko. Kiedy kilka godzin później przeglądam zdjęcia, które robiłem na wernisażu odkrywam coś jeszcze. Geometryczne linie wydają się wyznaczać trzeci wymiar. To tak, jakby nad płótnami w niewielkie odległości napięta została sieć linek. Patrząc na fotografię sam już nie wiem, czy rzeczywiście były tam, linki czy to tylko potężna iluzja linii namalowanych.


Koniec tygodnia obfituje z wydarzenia. Opuszczam ratusz i udaję się śpiesznymi krokami do Centrum Sztuki Wro. Tu za chwilę rozpocznie się kolejny wernisaż. To wystawa KRENZ 8: BLOW-UP. Mam osobisty powód, który nakazuje mi przyjrzeć się uważnie przygotowanym pracom. Od kilkunastu miesięcy trudnię się odzyskiwaniem obrazów minionych ze starych rodzinnych negatywów. Negatywów, które na szczęście pozostały gdzieś w domowych zasobach. Wystawa, którą mam ujrzeć ma identyczne źródło. Autorów jest dwóch, ojciec i syn. Ojciec Jan Krenz światowej sławy dyrygent przez większość życia uprawiał hobby jakim było kręcenie filmów amatorską kamerą na taśmie ośmiomilimetrowej. W tamtych latach kamery mieli i filmy kręcili bardzo nieliczni. Nie dlatego, że zupełnie nie było dostępu do kamer, ale daleka była droga od ujęć do oglądania efektu rejestracji obrazów. To wymagało zacięcia i cierpliwości. Dziś filmy można kręcić choćby telefonem, a oglądać i publikować bezpośrednio po ich rejestracji. Dziś filmy kręcą miliony ludzi, wówczas tylko pasjonaci. W domowym składzie Krenzów zachowały się stare taśmy filmowe. Odzyskaniem zarejestrowanych tam obrazów zajął się Igor Krenz, syn Jana. Zdigitalizowane materiały ułożone zostały w specjalne sekwencje do projekcji symultanicznej w ramach otwieranej właśnie ekspozycji.  
Prace mają podwójny, a nawet potrójny wymiar. Są utrwaloną pamiątką rodzinną. Są utrwalonym obrazem świat sprzed trzydziestu i czterdziestu lat. Ze względu na charakter pracy Jana Krenza, jego poruszanie się wśród elit kulturalnych, zarówno polskich, jak i zagranicznych, jest to dokument historii. W kadrze pojawiają się znane postacie muzyków, filmowców, krytyków.
Układ eksponowania treści jaki nadał materiałom Igor Krenz sprawia, że całość jest nową jakością, nową sztuką wizualną. To układ przenikających się warstw pamiątek rodzinnych, dokumentu, wideosztuki. Ekspozycji nie towarzyszy żaden opis, żadna narracja. Wydaje się, że trochę szkoda, bo dokumenty domagają się przewodnika. Puste pole tekstowe może więc być zagospodarowane narracją odbiorcy. I tak też myślę tę wystawę należy traktować.


Karolina Jaklewicz









Igor Krenz




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Syria

Dlaczego Syria? O tym w później. Wypadnie w porządku zapisu zdarzeń dnia i wieczoru. Kolejnego dnia wypełnionego treścią. Dużo treści to pewnie taka właściwość dni biegnących do świąt i zakończenia roku. Aż się boję, że potem nastąpi pustka, bo nic nie może trwać w takiej pełni urodzaju. Zresztą gdyby tak było to urodzaj przestałby być zauważalny.


Najpierw wyprawa do Centrum Kongresowego przy Hali Stulecia na Wrocławskie Targi Dobrych Książek. Poprzednie dwa lata targi organizowane były w budynku Dworca Głównego. Gdzieś tam przyjeżdżały i odjeżdżały pociągi, przemieszczali się podróżni, a na galerii, do której prowadziły ruchome schody wydawcy wystawiali co mieli najlepszego. W kilku salach wyposażonych w rzędy krzeseł dla publiczności realizowano spotkania z autorami. Widzowie spoza miasta dojeżdżali pociągiem bezpośrednio na targi. Centrum Kongresowe położone jest trochę dalej, w miejscu z pewnością atrakcyjnym, pomiędzy Parkiem Szczytnickim a Ogrodem Zoologicznym. Stoiska wydawców skupione są w dużej sali i przylegającym do obiektu namiocie, do którego wtłaczane jest ciepłe powietrze. Zaczynam wędrówkę po labiryncie alejek. Bardzo szybko przekonuję się, że wąskie przejścia blokują się zwiedzającymi. Zastanawiam się, czy oznacza to wysoką frekwencję gości czy świadczy jedynie o źle zaprojektowanych przejściach, czyli o bublu organizacyjnym. W kilku punktach słyszę głosy wystawiających, że na dworcu było lepiej. 


Przeglądam książki, na których istnienie przygotowały mnie już wcześniej audycje radiowe, czasopisma i wzmianki internetowe. Targi zawierają zbiór tytułów niemożliwych do ogarnięcia umysłem. Trudności z selekcją to rzecz naturalna. Dziś jest jednak jeszcze trudniej. Po godzinie spędzonej wśród wydawców zaczyna dokuczać mi wrażenie zaduchu. Coś jest nie tak z cyrkulacją powietrza, nadmuchy nagrzewające namiot działają chyba nadmiernie. Sprawność percepcji wysiada. Coraz bardziej przeszkadzają mi ludzie szturchający mnie w plecy w momencie gdy stoję przy którymś ze stoisk. Koniec końców postanawiam opuścić przestrzeń targów szybciej niż planowałem zabierając ze sobą te kilka książek, na zakup których zdecydowałem się. Aha, robiąc zakupy zabrakło mi gotówki, a nie wszyscy wystawiający byli wyposażeni w terminale do czytania kart płatniczych. Najbliższy bankomat okazał się być dopiero u wejścia do Ogrodu Zoologicznego. Żeby w przestrzeni targów książki nie było bankomatów? Tu też organizator nie spisał się.


Po pauzie na posiłek wyruszam do Klubu Muzyki i Literatury na wernisaż malarski. Wernisaż to dość niezwykły. Autor Khaled Basmadji jest Syryjczykiem. Od blisko pięćdziesięciu lat związany jest z Polską. Studiował tu weterynarię, później wracał na studia doktoranckie.
W Polsce poznał żonę. Po powrocie do Syrii pracował przez wiele lat na Uniwersytecie Medycznym w rodzinnym Aleppo. W 2012 roku przebywał w Polsce na wyjeździe wakacyjnym, po którym nie wrócił już do kraju. Spowodowane było to pogorszeniem się sytuacji wojennej w Syrii. Zostawił tam cały dorobek życia. Musiał wszystko zaczynać od nowa. W dodatku, ze względu na fakt, iż posiada on - z racji ożenku - również polskie obywatelstwo, nie mógł korzystać ze statusu uchodźcy czy emigranta, a tym samym nie przysługiwała mu żadna pomoc.


Malarstwo, którym para się od lat, równolegle z pracą zawodową charakteryzuje się kolorystyką orientalnej mozaiki. Jest to jednak malarstwo figuratywne. Basmadji jest muzułmaninem. Głęboko wierzącym jak wyznaje. Mówi, że jest przekonany o tym, iż jest jeden Bóg, do którego odwołują się wszystkie najważniejsze religie. W jego malarstwie często pojawia się postać Maryi, która ma swoje miejsce w islamie. Co prawda nie występuje tam jako matka Boga, ale to jej poświęcone jest pierwsze śniadanie spożywane przez nowożeńców i nazywane maryjnym.
Sytuacja geopolityczna zmusza artystę do wypowiedzenia kilku zdań na temat przybywających do Europy uchodźców. Mówi, że prawdziwi Syryjscy uchodźcy umierają w namiotach w jego kraju, napadani i mordowani przez mafię ISIS. Ci, którzy przybywają do Europy to zazwyczaj bogaci ludzie, których stać było na podróż. To emigranci, którzy próbują sobie poprawić byt ekonomiczny. To przede wszystkim Pakistańczycy, Afgańczycy, Czeczeni, Azerbejdżanie Libijczycy. Syryjczyków w tej grupie prawie nie ma.


Korespondencja religii wyrażona obrazami, obecność rodowitego Syryjczyka na odległość dwóch kroków sprawia, że problemy tego kraju przestają być odległe. Odświeżona zostaje pamięć polskich śladów na Bliskim Wschodzie, czego najwyrazistszym przykładem jest postać generała Józefa Bema, który aby móc walczyć w szeregach armii sułtana przeciwko Rosji przeszedł na islam, a po podpisaniu pokoju między Rosją i Turcją dokonał żywota w północnej Syrii w Aleppo, w rodzinnym mieście Khaleda Basmandji, dzisiejszego gościa Klubu Muzyki i Literatury.


Kiedy w kuluarach wystawy rozmawiałem przez moment z żoną artysty Danutą zakonotowałem sobie dwie informacje. Pierwsza do teza, wypowiedziana przez kobietę, która mieszkała w Aleppo, że nikt kto miał możliwość poznać Syrię nie powie złego słowa o samych Syryjczykach. To z natury dobrzy i łagodni ludzie. Informacja druga – Syryjczycy są wyznawcami islamu, ale jeżeli chodzi o nację nie są ludnością arabską. Myślę, że warto to zapamiętać.
 

Sobotni wieczór ma jeszcze trzeci punkt. Przemieszczam się do znajdującego się w pobliżu Rynku Klubu Pieśniarze. To miejsce spotkań z poezją śpiewaną na żywo. W półmroku kameralnej salki widzę portrety Stachury, Wojaczka i im podobnych postaci. Książki tworzące scenografię pochodzą z innej epoki. To pozycje antykwaryczne sprzed trzydziestu i czterdziestu lat. Dziś zapowiadany wcześniej recital Remigiusza Szumana. Bard wprowadzony zostaje na scenę. Ma ciemne okulary. Jest jak mityczny pieśniarz, niewidomy jak Homer. Zakłada gitarę i zaczyna śpiewać. Słuchając od czasu do czasu zamykam oczy. Wsłuchuję się w poezję, kogoś kto świata zmysłem wzroku nie poznał, ale świat mimo wszystko zna. Pieśni pełne są emocji, refleksji na temat relacji międzyludzkich, zdarzeń życia ludzkiego. To życie i świat postrzegany inaczej, intensywnie w dostępnych zmysłach i emocjach.











niedziela, 29 listopada 2015

Intensywność sobotniej nocy

Jens Grandt, Bożena Boba-Dyga i Heinrich von der Haar

Kiedy w sobotnie popołudnie wybierałem się do Wrocławia nie przypuszczałem, że spędzę bardzo intensywny w treści kulturowo-literackie wieczór. Trochę frustrowała mnie bogata oferta, nakładanie się zdarzeń i wynikająca stąd konieczność selekcji, wyboru i rezygnacji. Zatrzymuję samochód w sąsiedztwie Rynku i kieruję się do Przejścia Garncarskiego, w którym trwają już spotkania z autorami, którzy publikowali swoje książki w wydawnictwie Biuro Literackie. Poza spotkaniami trwa tam kiermasz książek. Wydarzenia przebiegają w tajemniczej aurze zamykania pewnego etapu działalności instytucji. Z końcem grudnia wydawnictwo wyprowadza się z pomieszczeń oficyny Przejścia Garncarskiego. Ma to związek w fiaskiem rozmów o współpracy pomiędzy instytucją a magistratem Wrocławia. Przyczyny niepowodzenie leżą z pewnością po obu stronach dialogu, o szczegółach wiedzą tylko bezpośrednio zainteresowani. Faktem pozostaje to, że Biuro Literackie wyprowadza się z obecnych pomieszczeń w przeddzień inicjacji Europejskiej Stolicy Kultury, jaką miasto będzie w roku 2016. Z boku patrząc nie ulega wątpliwości, że bez względu na sympatie lub antypatie Biuro Literackie było jedną z wyrazistych instytucji kulturalnych Wrocławia. Dziwne to wszystko, ale pewnie zawsze tak jest gdy w tle mielą się środki finansowe związane z realizacją takiego projektu jak Europejska Stolica Kultury. Wydaje nam się idealistycznie, że najważniejsza jest idea i związana z nią wymiana kulturalna, a pewnie najistotniejsze jest realizacja biznesowej strony projektu, wybór podmiotów beneficjentów środków, zgodność „charakterologiczna” podmiotów tych z instytucją magistratu itd., itp.
Od prowadzących wydawnictwo dowiaduję się, że siedzibą wydawnictwa pozostanie Wrocław, lokalizacja nowej siedziby biura nie jest jeszcze znana, na razie „bez domu”. Na pewno zlikwidowana zostanie przyredakcyjna księgarnia, z pewnością inicjowane przez Biuro Literackie imprezy kulturalne organizowane będą wyłącznie poza Wrocławiem. Tym samym organizowany od wielu lat w stolicy Dolnego Śląska festiwal Port Literacki, w swej wrocławskiej wersji staje się historią. 

Rafał Putz

Obładowany kartonem kiermaszowych książek opuszczam Biuro Literackie i wracam do samochodu. Teraz kieruję się do Klubu Muzyki i Literatury. Zapowiedziano tam spotkanie z autorami antologii „Dzieciństwo w Polsce – Kindheit in Deutschland”. W sali słychać już muzykę Rafała Putza barda, który swoimi utworami uświetnia klimat spotkania. Spotkanie związane jest z dwudziestopięcioleciem Literatur-Kollegium Brandenburg e.V. Organizacji pożytku publicznego, która swoją działalnością kulturotwórczą stara się intensyfikować zainteresowanie dla medium literatury. Przewodniczący organizacji Heinrich von der Haar jest jednym z inicjatorów prezentowanej antologii. Zaproszono 27 autorów z Polski i Niemiec (z landów dawnego NRD i RFN) i poproszono ich o zaproponowanie tekstów związanych ze wspomnieniami z dzieciństwa. Książka zawiera wspomnienia osób zamieszkałych z dwóch stron Odry, czasu sztywnych granic państwowych, ekonomicznych, kulturowych. Zamieszczono tam utwory poetyckie i prozę, opowiadania i fragmenty powieści. We wrocławskim spotkaniu uczestniczy siedmiu autorów. Przybyła z Poznanie Łucja Dudzińska (kolejność w jakiej przywołuję twórców nie jest chronologiczna) czyta poetyckie obrazy z lat minionych, przepełnione dziecięcą wyobraźnią, animizacją przestrzeni, uwrażliwieniem na szczegóły. Świat dorosłych odwzorowany w tych utworach odciska się dysonansem sygnałów świadczących o traumie wojennej.

Łucja Dudzinska

W poemacie wrocławskiej poetki Ewy Sonnenberg świat dzieciństwa, wyznaczony relacją dziecka do matki, jest oazą na pustyni wrogiego świata zewnętrznego. Kolejne, bardzo sugestywne obrazy z dzieciństwa znajdujemy z utworach pochodzącej z dolnośląskiego Zawidowa Anny Nawrockiej. To obrazy intensywne, wyraziste, utrwalające świat, który przeminął.
Fragment prozy Ewy Andrzejewskiej (Zielona Góra) to obraz domu rodzinnego z ziem, które nazwane zostały odzyskanymi, gdzie kamienie zdają się sygnalizować ślady obecności poprzednich mieszkańców, gdzie gospodyni przygotowująca bliny mówi śpiewnym językiem kresowego dialektu.
Bożena Boba-Dyga, krakowska pisarka prezentuje fragment wspomnień dziecka, które ze względu na fakt opozycyjnej działalności ojca i to, że naukę pobierało w trybie kursu prywatnego, bez chodzenia do szkoły, nosi w sobie wstydliwą inność.
Heinrich von der Haar (Berlin) prezentuje prozę będącą wspomnieniem praktyk rodzin wielodzietnych, w których zasadą było przekazywanie do domów małżeństw bezdzietnych wybranego potomstwa. To nie była adopcja małego, nieświadomego niemowlaka, tylko podrośniętego już, świadomego dziecka, dla którego rozmowy dorosłych o przekazywaniu dzieci stawały się bodźcem stresogennym.

Jens Grandt i Bożena Boba-Dyga

Pochodzący z Drezna Jens Grandt napisał opowiadanie, które jak sam to przyznał, jest jego osobistym wspomnieniem. Bohater opowiadania to chłopiec, który spędza wakacyjny czas na międzynarodowym obozie w Cieplicach. Przeżywa tu fascynację przybyłą z Łodzi Jadzią. Ciężko im się porozumieć, bo ona nie mówi po niemiecku, on nie mówi po polsku. Próbują się porozumieć językiem narzuconym w edukacji krajów demokracji ludowej, czyli po rosyjsku. Brak swobody komunikacyjnej nie przeszkadza im w przeżywaniu młodzieńczej miłości. Przez pięć lat korespondują ze sobą. Po latach dorosłego mężczyznę nęka poczucie zdrady, jaką było jego zdaniem zerwanie korespondencji i znajomości.
Po każdej prezentacji wywiązywała się krótka dyskusja, ja przywołam tylko jeden fragment. Po opowiadaniu Jensa padły pytania czy dorosły bohater próbował się kiedyś kontaktować z Jadzią. W pewnym momencie Heinrich zapytał Jensa czy jego bohater był świadom tego, że jego miłość pochodzi z miasta, w którym Niemcy zamknęli 100 tys. osób w getcie, a następnie wszystkich zabili. Swoje zdumienie wyraziłem na głos. Nie pamiętam spotkania, w którym inicjatorem odwołania do trudnej historii byłby Niemiec, nie pamiętam spotkania, w którym Niemiec Niemca prosiłby o sprawozdanie ze stanu świadomości.
Ponieważ jestem zaprzyjaźniony w dwójką twórców po opuszczeniu Klubu Muzyki i Literatury udaję się ze wszystkimi się do pobliskiej kawiarni. To czas na swobodne rozmowy. Słyszę uwagi na temat wartości tworzenia literackich pomostów między narodami. Heinrich mówi mi, że moja uwaga wypowiedziana w Klubie była dla niego bardzo interesująca. Rozmawiamy o konieczności świadomości historycznej, o nieodwracaniu się do historii plecami i o możliwościach redukcji wzajemnych uprzedzeń. Opowiadam mu historię mojej rodziny, która przeżyła rzezie wołyńskie, mordy Ukraińców na Polakach. Uprzedzenia do Ukraińców były trudne do przezwyciężenia. Dziś ja przyjaźnię się z sąsiadem, który pochodzi z Ukrainy i staramy się rozmawiać na każdy temat, chociaż rozmowy nie układają się zawsze łatwo.

Cafe Macondo

Żegnam gości i razem z Bożeną przenoszę się do Cafe Macondo. Ta artystyczna kawiarnia i galeria obchodzi drugie urodziny. To miejsce prezentacji literackich, koncertów kameralnych, wystaw plastycznych i fotograficznych. To przede wszystkim miejsce intensywnych rozmów. W ten sobotni wieczór też wznieciliśmy nocne Polaków rozmowy. Ponieważ konkretna literatura nie była ich pretekstem rozmawiamy o sprawach bieżących, przemianach możliwych związanych z przesunięciami politycznymi, a przede wszystkim o tym, co spędza sen z powiek mieszkańców Europy, o problemie żywiołowej migracji i o tarciach kulturowych. O tym czy postulowana multikulturowość to wybór, konieczność, zagrożenie czy potencjał.
Minęła północ, noc trwa. Jeszcze tylko wizyta w Kalamburze gdzie mamy się spotkać ze spędzającym tam wolny czas Marcinem Czerwińskim, naczelnym periodyku Rita Baum. Wracają tematy ważkie, takie jak potencjał wydawniczy, czy kontekst Europejskiej Stolicy Kultury. W secesyjnej sali tańczą ludzie. Długie jesienne wieczory to dobry czas na literaturę i długie dyskusje.

Łucja Dudzińska i Ewa Sonnenberg

Ewa Andrzejewska

Anna Nawrocka