sobota, 28 lutego 2015

Obiady czwartkowe


Dzień wyraźnego przedwiośnia był raczej szary. Podwójnie szary ze względu na aurę pogodową i na dysharmonię zawodową. Wykryłem, że cel, do którego zmierzam nie ma szans na realizację. Nie dojdę do celu. Problemem jest to, że to nie mój cel tylko cel organizacji, dla której działam. Sam nie mam skłonności do wyznaczania sobie celów, które nie rokują. Dążenie do celów nierealnych to właściwość wielu przedsiębiorstw, zarówno starych jak i nowych. Czy można wymagać efektywności w sprzedaży towarów czy usług na które nie ma popytu? Kiedy jedyną przesłaną jest wspomnienie, że kiedyś to się sprzedawało? W takim momencie mam ochotę opuścić tę rzeczywistość, w której tkwię. Pozostawanie w niej jest męczące. Jedyny sposób to wstać i wyjść. Kłopot w tym, że zazwyczaj nie wiadomo gdzie iść. Może chodzi tylko o to, żeby opuścić obecne miejsce? Jedyną namiastką zdystansowania się do trudnej rzeczywistości jest zajęcie się czymś zupełnie innym, czymś totalnie niekomercyjnym, jakby niepraktycznym, nieżyciowym. Korzystam w takich sytuacjach z propozycji wejścia w przestrzeń wydarzeń kulturalnych. Zwłaszcza tych związanych z literaturą. Literaturą zajmują się ci, którzy nie chcą patrzyć na świat jak na jeden wielki system handlowy, gdzie relacje międzyludzkie wyznaczane są tylko i wyłącznie parametrami popytu i podaży, a społeczna użyteczność jednostek wyznaczona jest wyłącznie ich przydatnością uczestniczenia w nieustannym sprzedawaniu.
Jadę przez miasto tonące w mroku kończącego się dnia. Dzień pochmurny nie dostarcza pożądanej energii. W mroku wieczornym widać tylko monotonny ruch pojazdów i przemieszczających się pieszych. Rześkie powietrze sprawia, że przykryte czapkami głowy wciskają się dodatkowo w postawione kołnierze. Woda w rzece przypomina gęstą, ciemną, toksyczną ciecz. Metaliczne dźwięki tramwaju przesuwającego się przez rozjazdy dotkliwie wbijają się w mózg.


Za mostem zaczyna się wrocławskie Nadodrze. Dzielnica, w której pozostało dość dużo starych przedwojennych okazałych kamienic. Wojna ich nie zburzyła. Dziś powoli odzyskują dawny blask. Przez kilkadziesiąt lat stały odrapane, w ubytkami elewacji, z wojennymi wyrwami w konstrukcjach swoich brył. Pamiętam, że zawsze uważałem, że jest to przestrzeń, która zachowała klimat wielkomiejskości. Przez kilkadziesiąt lat była to jednak okolica funkcjonująca jakby na marginesie zdrowej społeczności. Dziś przywracanie Nadodrza miastu odbywa się wieloaspektowo. To nie tylko remonty kamienic, ale też próby ingerencji w urbanistyczną całość. Ważne są też wszelkie inicjatywy podmiotów społecznych i kulturowych, które znajdują tu swoje siedziby. Być może klimatyczne galerie i kluby zbudują w najbliższych latach specyficzny, indywidualny klimat tego miejsce. Klimat, który spowoduje, że przyjemnie będzie opuścić Rynek i ścisłe centrum Wrocławia i udać się tu, na drugą stronę Odry. To raptem kilkadziesiąt minut spacerkiem. Może nawet mniej.


Dziś szukam tu klubu, kawiarni Macondo, w której ma być czytana poezja Ewy Sonnenberg. Klubu, w którym poetka osobiści będzie czytać swoje utwory. Poza tym będzie czas na rozmowy. Rozmowy o poezji, może o czymś co utwory wyciągną na powierzchnię świadomości. Znajduję adres i nieprawdopodobnym wydaje mi się, że dobrze trafiłem. Stoję przed jakby sklepem, przypominającym jakąś drogerię czy mydlarnię. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegam przestrzeni gdzie można byłoby usiąść by słuchać i rozmawiać. Kiedy wpatruję się w szczegóły wnętrza dostrzegam przejście na zaplecze Jest tam mała, kameralna kawiarenka. Kiedy jestem w środku dostrzegam, że pierwsze pomieszczenie to galeria drobiazgów estetycznych. W kawiarence jest już poetka i kilku gości. Witam się ze wszystkimi i zajmuję wolne miejsce. Uczestniczę w drugiej edycji Obiadów Czwartkowych, czyli spotkań przy wspólnym stole w klimacie poezji, literatury i sztuki. Wszystko tu jest literackie. Nazwa galerii-kawiarni, rysunki i teksty na ścianach. Siedząc przy bogato zastawionym stole znajduję broszurkę „Zabawy przyjemne i pożyteczne”. Podziwiam pomysł i odwagę odwołania się do oświeceniowej instytucji kulturalnej bez obaw o oskarżenie o uzurpację czy banał. To zgoda na czerpanie pełnymi garściami z własnej narodowej tradycji kulturowej. No bo dlaczego nie? Dlaczego nie czerpać i nie szukać pomostów z przeszłością?
Goście pomału przychodzą, Ewa wyraźnie denerwuje się faktem wyeksponowania swojej osoby tego wieczoru. Tak będzie dopóki nie zacznie opowiadać i czytać swoich wierszy. Tego wieczora opowiada o przełamywaniu trzech dychotomii, mówi o nich tabu. Pierwsze dotyczy pary pojęć młodość-starość, drugie pary zdrowie-choroba, trzecie wiedza-niewiedza. Mówi o swoich doświadczeniach i czyta utwory, które z tymi doświadczeniami są powiązane. Powoli rozwija się rozmowa. Powoli, bo poezja czytana jest trochę jak muzyka. Słucha się jej nie tylko dla znaczeń, ale również dla oddania się melodii wersów jak muzyce poematu symfonicznego. W komentarzach do poezji nie chodzi też o to, żeby omówić treść. Poezja to nie zbiór tez, którym czym prędzej trzeba przeciwstawić antytezy. Czasami słucha się utworów, po to, aby pozwolić im później żyć przez jakiś czas w pamięci, po to aby rejestrować jakie refleksje własne uruchomiły się i zaczęły korespondować z tymi usłyszanymi.


W miarę czasu pomiędzy rozmówcami krążyć zaczynają nowe wątki. Poruszana jest kwestia istnienia natchnienia w pisaniu literackim, odpowiedniości zapisanych obrazów z wyobrażeniami czytających, wpływu innych ludzi, wydarzeń, doznawanych emocji na kształt i jakość zapisywanych utworów.

W blasku świec jest odświętnie, w klimatach literackich jest ponad zwyczajnie. Szarość przedwiośnia pozostała za progiem. Ludzie w pomieszczeniu wydają się sobie bliscy.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz