czwartek, 14 maja 2015

Inwazja mediów



Zastanawiam się nad znaczeniem trzynastki. Wiele osób uważa, że przynosi ona pecha. Trzynastego dnia maja rozpoczęło się Wro Media Art Biennale 2015, ogromna impreza artystyczna. Najogólniej mówiąc festiwal sztuki współczesnej, zwłaszcza tej, która wykorzystuje nowe technologie w komunikacji z odbiorcą. To pięć intensywnych dni pełnych wernisaży, pokazów performance, projekcji filmów. Zainicjowane wystawy trwać będą w miejscach swojej instalacji przez kilka tygodni. Kilkanaście obiektów miejskich posłużyło jako miejsca ekspozycji. Trzynastka jest więc szczęśliwym dniem dla wszystkich tych, którzy kochają przeglądy sztuki. Trzynastka może być odczytywana jako pechowa dla tych mieszkańców Wrocławia, którzy opierają się kontaktom ze współczesną sztuką, uważają, że jest ona niezrozumiała, udziwniona, nie wiadomo czemu służy. Niektórzy z nich będą musieli cierpieć sztukę nawet jeżeli nie planowali wizyty w galeriach. Wśród miejsc ekspozycji sztuki znalazła się przestrzeń prywatna i obiekty użyteczności publicznej.
Pierwszego dnia Biennale udaję się na szlak planowanych wydarzeń. W środku słonecznego dnia przybywam na wewnętrzne podwórko kamienicy przy ul. Górnickiego. Zarówno podwórko, jak i jedno z mieszkań w budynku stały się przestrzeniami goszczącymi artystów.
Publiczność otacza samochód z czeską rejestracją. Wokół rozciągają się kable przypominające do złudzenia sznury do wieszania bielizny. Pozornie są to sznury, tak naprawdę kable są elementem sztuki performance. Dwójka czeskich artystów realizuje działanie pt. „Ściany szumów”. Kable przyczepione są do obiektów otoczenia, ścian, ram, daszków. Tworzą pajęczynę będącą urządzeniem służącym do generowania dźwięków. Centrum tego urządzenia znajduje się w aucie. To płytka pełna komponentów elektronicznych, potencjometrów, kondensatorów i tym podobnych rzeczy. Kable przenoszą dźwięki, niektóre zachowują się jak struny, trącane grają, inne przenoszą dźwięk tego, do czego zostały przymocowane. Może to być wibracja wywołana przez drgającą ścianę metalowego garażu. Generowane dźwięki wypełniają podwórko.


Dwa piętra wyżej jedno z mieszkań stało się galerią sztuki wizualnej prezentowanej za pośrednictwem monitorów, ale nie tylko. W mieszkaniu i na parterze budynku odnajduję dekorację, która tworzy iluzję drzwi windy. Windy oczywiście w budynku nie ma, bo to stara kamienica, którą remont i modernizacja dopiero czeka. Publiczność wypełnia mieszkanie i klatkę schodową. W pewnym momencie przez tłum przeciska się kobieta z psem. Mieszka po sąsiedzku z lokalem opanowanym przez artystów. Nie wiem czy cieszy ją ta artystyczna inwazja. Nie ma wyboru. Zanim opuszczę kamienicę i podwórko wypełniam jeszcze dwie karty pocztowe. Na jednej wpisuję swój adres, na drugiej, która ma już wypełnionego adresata wpisuje treść wiadomości.


Kolejny wernisaż ma miejsce w holu położonego na Odrą Muzeum Narodowego. Prezentowane są tam prace, których elementem są monitory. Monitory przekazują zarejestrowane obrazy. Bywa, że same w sobie są elementem artystycznej instalacji. Jedna z prac składa się z monitorów ułożonych jak łopatki wirnika w silniku odrzutowym. Na monitorach wyświetlane są filmy analogowe z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Inny monitor ukazuje zapis działania artysty, który pokrywa płótno śladami, jakie pozostawiają umoczone w czarnej farbie piłki. Dodam, że artysta używa trzech piłek, żonglując nimi. Samo płótno, efekt zarejestrowanego działania, rozpościera się nad monitorem. Wiele emocji sprawia performance Japończyka. W tłum ludzi wchodzą trzy postacie ubrane w bluzy i zakapturzone. Zamiast twarzy mają tablety. Na ekranach tabletów wyświetlają twarze osób, w stronę których kierują swoje oblicza, znaczy płaszczyzny tabletów. Potrafią przekazywać sobie kopię obrazu. Ci, którym zabrano wizerunek stwierdzają później, że czuli się nieswojo. Przypomina to kradzież tożsamości.


Na kolejne wystawy udaję się do nowego gmachu biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego. Gmach ten znajduje się po drugiej stronie rzeki. Nie tak dawno został przekazany do użytku. Jestem tam pierwszy raz i mam z tym obiektem pewien kłopot. Należę do pokolenia, które studiowało korzystając ze starych bibliotek o starym wystroju. To pewnie stare przyzwyczajenie, ale chyba bardzo silne. Uświadamiam sobie jak silne. Wiem, że tamte obiekty zrobiły się za małe jak na dzisiejsze potrzeby uczelni. Budowa nowej książnicy była koniecznością. Jednak nowy kształt biblioteki trochę mnie burzy. Teoretycznie jest to kształt nowoczesny, ale tylko teoretycznie. Znajduję z nim coś znanego i zupełnie nie nowego. Jednym ze skojarzeń jakie pojawiły się w moim umyśle, było to, że obiekt jest jak bunkier. Później dotarło do mnie, że budynek przypomina mi w swojej monumentalności, przestronności i wewnętrznej pustce podobne obiekty, które powstawały na chwałę nowych Niemiec lat trzydziestych. Obiekt i jego przestrzenie mógłby posłużyć za plan zdjęciowy filmów do niektórych powieści i opowiadań Stanisława Lema. To ze względu na daleko posuniętą depersonalizację. Z trudnością przyjmuję, że mógłbym tu czytać różnorodne teksty literackie. Jeżeli jeszcze udałoby mi się przeczytać poezje Horacego (w starożytności było przecież coś monumentalnego skopiowanego później w latach biegnących ku wojnie) to nie wyobrażam sobie, żeby były to mury przyjazne dla poezji Kochanowskiego czy dramatów Słowackiego. Dziś jednak obiekt jest przede wszystkim przestrzenią ekspozycji sztuki współczesnej i ze sztuką tą w pełni harmonizuje. Pewnym paradoksem jest być może to, że budowano bibliotekę, a powstała wielka galeria nowych mediów.


Nie sposób ogarnąć całej ekspozycji w ciągu kilkudziesięciu minut. Wystawia tu swoje prace kilkudziesięciu artystów. To, co łączy tę sztukę to oczywiście wykorzystywanie nowych mediów i nowych technologii. Uwagę zwracają aktywne ściany, instalacje wideo z rozplanowanych w przestrzeni monitorów. Wiele obiektów wymaga aktywnego udziału odbiorcy. Zastaw głośniczków na przegubach zaczyna się ruszać, gdy przemówimy do ustawionego mikrofonu. Co ciekawe, głośniczki inaczej reagują na głos męski, inaczej na damski. Sprawiają wówczas wrażenie jakby zapatrzyły się w niebiosa.
Jedna z prac wymaga wpisania kodu na podanej stronie internetowej. Kod można wpisać jeżeli ma się przy sobie smartfon lub tablet z wejściem w sieć. Wpisanie kodu wywołuje akcję polegającą na uderzaniu młotkami w obudowę komputera stacjonarnego.


Inna z prac wymagała sfotografowania obrazka aparatem wyposażonym w czytnik QR kodów. Obie prace przez fakt sprzężenia z netem wykraczały poza przestrzeń ekspozycji. W salach biblioteki pojawiły się kolejne prace wykorzystujące archiwalne filmy i takie, które tworzyły obraz multiplikowanych obiektów. Dużym zainteresowaniem cieszył się automat do portretowania. Na automat składał się między innymi aparat fotografujący modela i ruchome ramię o wielu przegubach wyposażone w pisak. Jakiś ukryty procesor sterował ramieniem, które rysowało portret fotografowanej postaci.
W godzinach wieczornych przenieśliśmy się do Domu Towarowego Renoma. Weszliśmy w przestrzeń użyteczności publicznej, w sferą standardowego handlu dobrami, wypełnioną urządzeniami i nośnikami reklam. Umieszczone tu obiekty sztuki wchodziły w dialog z tym, co użytkowe, codzienne. Artyści w domu towarowym to murowane zachwianie równowagi handlo-procesów.


Ostatnim wydarzeniem pierwszego dnia biennale był wieczorny wernisaż w siedzibie Wro Art Center. Tytuł wystawy: „Kultury kultywowanie”. Co krył ten tytuł? Okazało się, że dużo natury było w tym kultywowaniu. Oglądałem instalację z krzaków pomidorów rosnących do góry nogami i zawieszonych jak żyrandole, oglądałem też systemy utrzymujące życie populacji mrówek egzotycznych.
Nie czułem się zmęczony wieloma godzinami spędzonymi na kolejnych wernisażach. Dlaczego? Zastanawiam się jaką rolę odgrywa kontakt ze nową sztuką? Być może paradoksalnie to zabrzmi, ale działania artystyczne pomagają utrzymać tożsamość osobową zarówno samych twórców jak i wrażliwych na ich aktywność odbiorców. To, co zazwyczaj bywa nazywane dziwacznością sztuki polega na wytrącaniu nas ze schematów i schematyzmów w jakie wpędza nas cywilizacja. Istnieje pewna skończona, choć nie do końca policzalna, ilość procesów, które wykonujemy jako działania niezbędne do życia i codziennej wymuszonej aktywności. Gdybyśmy ograniczyli się tylko do tych procesów stalibyśmy się robotami, automatami. Dobrze więc zburzyć tę pozorną harmonię życiowych algorytmów dając się porwać wielkiej prezentacji sztuki medialnej.



Pełny program tu



3 komentarze:

  1. Przeczytałam z zainteresowaniem. Pomyślałam o bibiotece... tak mi jakoś przeleciały przed oczami. Dziękuję za relację, obftą dawkę wrażeń.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wpis, świetne zdjęcia! Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Załoga WRO dziękuje, pozdrawia i zaprasza - wystawy można zwiedzać jeszcze przez miesiąc.

    OdpowiedzUsuń