piątek, 29 maja 2015

Taki dzień


Przed wyjściem rankiem z domu zakładam dodatkową warstwę, bo wyjątkowo zimny maj nastał, słońce nie przegrzewa. W drodze do miasta przeglądam zabrane z półki tomiki poetyckie, które przyniosłem kiedyś z księgarni wyprzedażowej. Poezję za złotówkę kupiłem kilka razy hurtem, zakładając, że niespodzianką będzie co też w środku znajdę. Dziś w pierwszej z książek znalazłem coś co zwykłem nazywać poezją regionalną. Wiersze zrytmizowane pełne kwiatów, aniołków, kapliczek. Czytanie całości zajęło mi raptem dziesięć minut. Czemu tak szybko? Bo nic nie przykuło mojej uwagi. Później rozpocząłem przegląd drugiego tomiku. Tu lepiej. Ładna konstrukcja podmiotu, na przemian męskiego i żeńskiego. Koncentracja na relacjach międzyludzkich, próba rozumienia się nawzajem, niepokoje i olśnienia, sporo zmysłowości. Czytanie przerwałem docierając do biura, w którym przyszło mi przez kilka godzin zajmować się szukaniem klientów.
Na fejsie znajoma pisarka zapytała czym mogłaby się jeszcze zająć, co odciągnie ją od postawionego sobie zadania. Zamierzała pisać od rana, ale nie może się jakoś zebrać w sobie. Ktoś zaproponował sprzątanie i inne czynności domowe. Zaproponowałem zaplanowanie weekendu, a na poważenie powiedziałem, że mogło być gorzej. Podaję swój przykład. Gdybym mógł pisać, to bym pisał i pisał bez końca. Kiedy muszę szukać klientów to pokusa czynności zastępczych po prostu mnie zamęcza. Pod koniec dnia dostałem wiadomość, że dzięki mnie pisanie ruszyło i powstało kilka stron nowej powieści.
Wtapiając się w rewiry komunikacji marketingowej traci się powoli i niezauważenie umiejętność komunikacji z samym sobą. Objawia się tą pustką w głowie, szumem w uszach, ociężałością w kończynach, zastojem procesów myślowych. Objawy te nasilają się przybierając swoją wartość ekstremalną, po której grozi większa katastrofa. Katastrofa może objawić się trzydniowym wyłączeniem z udziałem dużej ilości alkoholu. Czując narastający bezwład woli i symptomy pracoholizmu odrywam się od biurka, zabieram plecak i uciekam. Tułam się dwadzieścia minut później po wrocławskim rynku dochodząc do siebie. Wstępuję do sklepu oznaczonego owadem po duży jogurt naturalny i dwie bułki wieloziarniste. Wydatek dwóch złotych i sześćdziesięciu siedmiu groszy wydaje się nieprawdopodobny. Spotykam znajomego. Wciąga opary z papierosa elektronicznego. Siadamy na ławce pod gotyckim kościołem. Podchodzi do nas dwóch żuli i prosi o ogień. - Ja nie palę – tłumaczę – a kolega jest cały na tranzystorach. Chyba zrozumieli, bo poszli sobie. W pobliskim antykwariacie duży rudy kot śpi na książkach w witrynie. Bogactwo tytułów - zwłaszcza tej starej daty. Psychoanaliza a marksizm – czytam. Po lewej stronie powieści, które były hitami czytelniczymi jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Zapomniałem już, że tak świat książek wtedy wyglądał. Antykwariat przypomniał mi. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę po czym znajomy odchodzi na przystanek tramwajowy. Umówił się z kobietą. W starej piosence żołnierskiej leciał tekst, że „takiemu to dobrze...”.
Przechodzę jeszcze raz przez rynek, aby dostać się do tramwaju, który zawiezie mnie do Macondo, kawiarni, w której zapowiedziano spotkanie z krytykiem filmowym Piotrem Czerkawskim. Mijam stoliki pełne hiszpańskich i angielskich rozmów. Wtapiam się w plan zdjęcia robionego przez parę seniorów. Drogę zagradzają mi cykliści. Do pobliskiego banku zbliżają się konwojenci z walizami. Ich ochroniarz pokazuje mi żebym się trzymał z daleka. Zmieniam stronę chodnika i odbijam się od deskorolkarza, który akurat chciał sobie pojeździć. Kiedy docieram w pobliże przystanku widzę jak ucieka mój tramwaj. Mógłbym dobiec lekceważąc czerwone światło, ale widzę policjanta, który najwyraźniej ma nadzieję na dofinansowanie budżetu państwa z mojej kieszeni. Następny tramwaj za dziesięć minut. Czekam. Koło mnie chłopak i dziewczyna. Dziewczyna ładna, a chłopak bawi się nią jak lalką. Co chwila zagarnia ją do siebie wyginając jej kręgosłup. W przerwach klepie ją po pupie. Kiedy ją przyciąga to bierze w usta małżowinę jej ucha. Dziewczyna jest bierna. Pozwala mu na wszystko. Tramwaj zabiera mnie z przystanku.
W Macondo jest już krytyk i kilka osób. Kawa, herbata, ciastko i papieros na wolnym powietrzu. Zapach palonego tytoniu zamiast bezwonnej elektroniki jako wprowadzenie do rozmowy o wytworach dziesiątej Muzy. Piotr wypowiada autoprezentację i zaczynają się pytania. Po co krytyka? Dla kogo? Kiedy? Jak odbierają ją twórcy filmowi? W jakich mediach publikuje się teksty krytyczne? Jaka jest rola krytyka? Czy krytyk to ten, który wie jak, ale nie może...?

Piotr Czerkawski

Dawniej powiedziałbym, że rozwinęła się akademicka dyskusja. Dziś – nie wiem. Na uniwersytet trzeciego wieku jeszcze za wcześnie... chyba. Przy okazji rozmów o filmach przywoływane są tytuły współczesne i historyczne. Jakie filmy sprawiły, że pomyślałem sobie, iż kino to fajna sprawa? Pojawia się ranking: Ida, Papusza, Prorok, Pulp fiction, Blue Velvet, Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek, Dyskretny urok burżuazji, Nakarmić kruki, Do widzenia do jutra, Niewinni czarodzieje. Do tego nazwiska Antonioni, Fellini, Bergman, Wenders, Barański...

Lena (Pani nad Macondo)
Pada teza, że rolą krytyka jest być przewodnikiem. Zastanawiamy się dlaczego cały czas ludzie (nie wszyscy) chętnie rozmawiają o filmach. Dostrzegamy, że film poza tym, że jest obiektem sztuki staje się często kodem, a przez to narzędziem komunikacji, czy też pretekstem do kontaktów i komunikacji. Tak stało się tego popołudnia i wieczora w Macondo. Trwało to cztery godziny. Cztery godziny ożywionej rozmowy bez przerwy. Kiedy docieram do domu zbliża się północ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz