wtorek, 23 czerwca 2015

Kotwiczenie w Porcie


Obrazy, wrażenia, głosy z trzynastej edycji Portu Poetyckiego w Chorzowie cały czas układają mi się w głowie. Pewnym dysonansem do wspomnień jest widoczny w telewizji obraz karambolu, w którym spłonęło kilka samochodów, w tym piętrowy autobus i ciężarówka. Do kraksy doszło na autostradzie A4 dwadzieścia godzin po tym jak my drogą tą przemykaliśmy się. Prowadziłem samochód to pamiętam dokładnie fragment trasy, gdzie z powodu remontu samochody poruszały się w dwóch kierunkach po jednym pasie drogi. Zanim pojawił się pomysł wyjazdu grupowego do Chorzowa przymierzałem się do samotnej podróży. Chciałem skorzystać z Polskiego Busa. Teraz patrzę na zgliszcza autokaru tego przewoźnika. Zawsze wzdrygają mnie sytuacje, których nie zakłada się, nie przewiduje się, ale które mają miejsce. Nigdy nie wiemy tego, w którym punkcie współrzędnej czasu coś się zdarzy. Patrzę na reporterską relację i staram się myśleć twardo, że my przemknęliśmy się bez przygód. Nas to nie dotyczy.
Opuszczając w piątek, dzień poprzedzający Port Poetycki, pomieszczenia Galerii M po wernisażu Basi Trzybulskiej umówiłem się, że rankiem następnego dnia wyjadę z Wrocławia, zabiorę z umówionego miejsca dziewczyny i ruszymy w kierunku Chorzowa. Żądny wrażeń patrzyłem na nitkę drogi biegnącą po horyzont. Na horyzoncie tym wypatrywałem Góry św. Anny. Kiedy samochód wspiął się na nią można było założyć, że zaczyna się wjeżdżanie w górną część Śląska. Aglomeracja przywitała nas słońcem przeplatanym z niewielkim deszczem. Lekko po jedenastej dotarłem do Chorzowskiego Centrum Kultury, gdzie zaczęły się kameralne warsztaty poetyckie. Tego typu zająć nie odpuszczam. Spotkać się z kimś celem czytania i rozmawiania o poezji to cały czas powód niezwyczajny. Dostrzegam w sali osoby znane mi z poprzedniej edycji Portu: Ewę, Leszka, Mateusza, a także organizatora wydarzenia Jacka Dudka. Kilkanaście minut wcześniej odstawiając pasażerki witałem się z współorganizatorką, prywatnie żoną Jacka, Basią Janas-Dudek.


Wsłuchuję się w czytane teksty, czytam ten, który przywiozłem, rozmawiam. Na chorzowskim deptaku, nieopodal gra orkiestra dęta. Równolegle trwa przegląd takich zespołów. Warsztaty kończymy zabawą w stylizacje na zadany temat. To pomysł prowadzącego zajęcia Bogdana Zdanowicza. Ciekawy sposób pokonywania oporów wewnętrznych. Bo to opory wewnętrzne zatrzymują nas czasami w pół kroku.
Po krótkim koncercie muzyki rockowej do tekstów poetyckich (Andrzej Kanclerz i Radioaktywni) zaczyna się część główna Portu. Tu utwory swoje czytają goście główni przeglądu Ewa Olejarz, Julia Szychowiak, Rafał Różewicz i wspomniany Bogdan Zdanowicz. Małgosia Południak prezentuje autorkę towarzyszącej wystawy plastycznej. Obrazy Marzeny Ablewskiej-Lech zatrzymują uwagę. Dużo się na nich dzieje, zdecydowanie figuratywne prace wydają się być esencjami jakichś fabuł, zdarzeń, zapisu losu przedstawionych postaci. 

Małgorzata Południak i Marzena Ablewska-Lech
Po krótkiej przerwie kolejne prezentacje, krótsze. Dlatego ilość autorów narasta. Nie spodziewam się nigdy, że zdarzenia tego typu będą miały moc skupiania na sobie uwagi publiczności porównywalną ze spektaklem teatralnym. Ale nie o to chodzi. Jest pewna skończona ilość utworów poetyckich, które można jednego dnia przyswoić. Właściwością umysłu jest to, że potrafi automatycznie wyłączyć się w trakcie odczytu utworów o treści i stylistyce niezgodnej z wyobrażeniami odbiorcy. Ważna jest ogólna orientacja, dzięki której można zaplanować zbliżenie się do takich czy innych utworów wybranych poetów. Niektóre teksty wymagają czytania osobistego w stanie pełnej koncentracji. Innym służy parateatralne odczytanie ze sceny. Jest coś jeszcze. To możliwość spotkań jakie są tłem, a może treścią główną imprezy. Powoli więc kotwiczymy w Porcie Poetyckim. Coraz więcej jest kuluarowych rozmów, w ostatniej części prezentacji poetyckich, które obejmują wszystkich piszących uczestników wchodzimy w wieczór i noc. Najwytrwalsi kontynuują spotkanie z pubie przekraczając połowę nocy. Powaga miesza się z żartem, zabawą. Biegamy do klubowej palarni nie tyle z potrzeby dostarczenia sobie dawki nikotyny tylko z powodu ciekawości stworzonej tam instalacji. Włączenie wentylacji odprowadzającej dym jest równoznaczne ze zgaszeniem światła, odtworzeniem muzyki i uruchomieniem kolorowych światełek jakby w dyskotece. Taką disco palarnię zaprojektował właściciel pubu.

Koncert Joanny Vorbrodt
Przy stołach siedzą ludzie z różnych stron kraju, z Warszawy, Krakowa, Śląska. Niektórzy spotykają się po raz pierwszy. Rozmawiając docieramy do wiedzy o wzajemnych powiązaniach. Mamy wspólnych znajomych bardziej oczywistych niż na portalu społecznościowym.

Na koniec żegnamy autorów miejscowych i my, przyjezdni, przenosimy się do hostelu. Rankiem budzi mnie ożywiona dyskusja dobiegająca z sąsiadującej kuchni. Zebrani kontynuują wczorajsze wątki. Kawa pachnie. Grupa z Warszawy powoli szykuje się do odjazdu. Przenosimy się jeszcze na chwilę do domu Basi i Jacka. Siedząc na werandzie żartujemy. Próbujemy dostosować rzeczywistość poetycką do świata opanowanego przez korporacje. Wymyślamy nowoczesne tytuły zawodowe. Sprowokowany zadaniem wymyślenia nazwy adekwatnej dla korpo-slangu rzucam tytułem koordynator wersów. Słyszę śmiech. Zabawa rozkręca się. Będzie miała swoją kontynuację następnego dnia w postach i komentarzach Facebooka. Przez wiele godzin gorąco będzie na sieciowych łączach pomiędzy tymi, którzy przyjechali na Port Poetycki, z włączeniem tych, którzy przyjechać nie mogli, ale duchem byli obecni. 

sobota, 20 czerwca 2015

Poezja w ceramice wypalona


Od rana pogoda była dosyć nerwowa. Chociaż zwykło się w takich sytuacjach mawiać, że była po prostu niestabilna. Po pochmurnym poranku wyszło słońce, które piekło przez szybę samochodu. Gwałtowne podmuchy wiatru owiewały chłodem. Na zachodniej stronie nieba pojawiła się granatowa chmura dająca krótki, średnio intensywny deszcz. Ponownie wyszło słońce. I tak aura zmieniała się kilka razy w ciągu dnia. Usłyszałem komentarz, że pogoda jest taka jak na wyspach. Być może taka właśnie miała być skoro na wieczór zapowiedziano wernisaż prac ceramicznych Barbary Trzybulskiej. Prace to szczególne, bo inspirowane poezją mieszkającej od paru lat w Irlandii Małgorzaty Południak. Sama poetka przybyła właśnie do Wrocławia, aby wziąć udział w otwarciu wystawy.


W czasie kolejnego nalotu granatowych chmur docieram do Galerii M mieszczącej się na Jatkach. To uliczka małych galerii sztuki. Niegdyś w średniowieczu były tu punkty rzeźnicze, stąd nazwa Jatki. Dziś jedynym elementem nawiązującym do tamtych czasów może być grill w znajdującym się naprzeciw galerii pubie. Powoli schodzą się goście i zajmują przestrzeń wąskiej uliczki. Wzdłuż budynku przechodzą co jakiś czas turyści, którzy zapędzają się tu w poszukiwaniu krasnali - wrocławskiej specjalności, wrocławskiej osobliwości. Dziesiątki małych mosiężnych krasnali znaleźć można w różnych punktach miasta. Pierwsze krasnale pojawiły się dla upamiętnienia akcji Pomarańczowej Alternatywy w latach stanu wojennego. Narastająca skokowo populacja mosiężnych krasnali wydaje się odrywać już od tego źródła. Jedną z atrakcji turystycznych miasta jest poszukiwanie i odkrywanie kolejnych postaci. Goście Galerii M wydają się przeszkadzać trochę poszukującym przybyszom.


Prace Barbary Trzybulskiej to sztuka szczególna. Postała nie tylko jako reakcja na poetyckie bodźce. To prace, które zawierają w sobie cytaty poetyckie. Wybrane wersy poezji wypalone są w ceramice, utrwalone są w utwardzonym materiale. To jedyny w swoim rodzaju dialog sztuki wizualnej z literaturą. Równocześnie jest to dialog sztuki współczesnej z setkami lat tradycji artystycznej. Prace Trzybulskiej przywołują w pamięci przedmioty wykonywane przez człowieka w czasach dawnych i dawniejszych, archaicznych. Przywołują wspomnienia przedmiotów codziennego użytku. Uświadamiają także zbieżność z wykonanymi ręką ludzką przedmiotami wykonanymi wyłącznie z pobudek estetycznych. Wypalone w powierzchni słowa zdają się przypominać pismo klinowe starożytności. Kolorystyka ceramiki potrafi skierować wyobraźnię w stronę dawnej Mezopotamii. Dlaczego tam? Bo dużo jest tu koloru piaskowego, szarego, ceglanego. W kolorystyce tej pojawia się niespodziewanie coś niebieskawego, jak w sfotografowanym ornamencie uwidocznionym w szkolnym podręczniku przeszłości. Wszystkie prace, nawet te ścienne, pozornie płaskie, są trójwymiarowe. Niezwykle istotna jest w nich faktura powierzchni. Dobrze ustawione światło w galerii było w stanie wydobyć ten walor.
W wernisażu wystawy „Podróżowanie w przestrzeni” wzięło udział kilkadziesiąt osób. To więcej niż jest w stanie pomieścić niewielka galeria. Kolejne osoby będą mogły obejrzeć tę wystawę przez dziesięć czerwcowych dni.


piątek, 12 czerwca 2015

Jak z filmu


Kiedy przychodzą upalne dni i zapach rozgrzanej ziemi, traw, roślin zwiastuje bliskość lata odnoszę wrażenie, że nic się nie zmieniło. Wydaje się, że czas jest pewnym złudzeniem, któremu ulegamy na skutek uzależnienia naszych organizmów od procesów biologicznych, fazy wzrostu i więdnięcia. Gdyby nie to zauważalibyśmy tylko cykliczność wynikającą z przemiany pór roku, dni i nocy, okresów wegetacji roślin. Stałość pewnych widoków, zapachów, odczuwania temperatury czasami zatrważa. Z zapachu nagrzanego asfaltu wchodzimy w las i tu uderza nas aromat sosny i rozgrzanego piasku. Dokładnie tak samo jak ze trzydzieści lat temu w czasie wycieczki ze znajomymi. Łączność chwil wydaje się wyraźna. Wbrew siwiźnie na skroniach, wbrew temu, że koledzy gdzieś się zapodziali. Jeden po klęsce swojej firmy ewakuował się z kraju. Drugi zaniemógł, podobno trafił na rentę. Spotkane na wakacjach dziewczyny wróciły do swoich miast. Kogoś życie rzuciło aż do Stanów Zjednoczonych. Kilkadziesiąt lat temu wydawało nam się, że to raj. Teraz ktoś inny wracając z półrocznego pobytu w Chicago skwitował swój pobyt tam krótko: - syfeks. Inni raju szukali w Australii i Nowej Zelandii. Ktoś osiadł w RPA.
Nagrzany słońcem las, ogród, polana dają złudzenie zatrzymania w czasie. Podobnie jest jak z radia doleci stara muzyka. Bezczasowości nie potwierdzają wizyty w miejscach pełnych ludzi związanych z niegdysiejszą aktywnością. Dzisiejszy tłum jest obcy. Brak w nim znajomych twarzy.
Tylko wolna przestrzeń, blisko natury zachowuje w sobie pamięć czasów minionych. Tatrzańska potok niezmiennie przelewa wodę. Głaz z napisem upamiętniającym miejsce śmierci Mieczysława Karłowicza trwa jak trwał na swoim miejscu.


Zmiany widać tam gdzie cywilizacja zabudowuje przestrzeń. Kolejne place pokrywa beton, kolejne kondygnacje piętrzą się wzwyż. Wynalazki z dziedziny komunikacji elektronicznej wydają się zbliżać ludzi do siebie. Wydają się tylko, bo miejsce niegdysiejszych listów wypełniają kilkudziesięcioznakowe komunikaty. Przestrzeń komunikacji literackiej jest niszą. Ale nie wiem czy to zasługa lat ostatnich. Im mocniej przyglądam się historii to tym bardziej wydaje mi się, że o każdej dekadzie można powiedzieć, że należała do czasów nieliterackich, niepoetyckich. Literatura zawsze rozwijała się trochę na marginesie zwykłego życia. Możliwe, że dziś nie jest gorzej niż pół wieku temu. Być może więcej osób czyta dziś cokolwiek niż kiedyś czytało. Teksty artystyczne zawsze trafiały wyłącznie do grupy zapaleńców. W rytmie sinusoidy wracają chwile, w których ludzie znużeni szarzyzną powszednią zaglądają do poezji, chodzą na spektakle teatralne, zgłębiają tajniki współczesnego dramatu, zapełniają sale festiwalów kina artystycznego. Co przeczytają czytelnicy? Co zobaczą widzowie? Zobaczą, że pomimo wrażenia ruchu i zmian jakieś zasadnicze elementy egzystencji ludzi nieustannie się powtarzają, nawracają w czasie tak jakby czas nie istniał. Zobaczą, że gorące powietrze, przed którym chować się trzeba w cień drzew przynosi te same doznania od wielu lat. Sen na powietrzu pod gołym niebem wydaje się unosić śpiącego w tej samej niezmiennej przestrzeni. Niezmienne są też przeciwności losu, niezmienne lęki i niepokoje. Niezmienna jest pokusa zwady z Bogiem, oskarżanym o autorstwo wszelkich niesprawiedliwości. Umyślne zło zarezerwowane jest dla rodzaju ludzkiego, który nigdy się pewnie z niego nie wyzwoli. Lęk przed przypadkową tragedią zawsze będzie trwożył. Wrażenie immanentnego tragizmu życia to constans. Kot śpi w słońcu na grządce wolny od takich refleksji. W pobliżu piwonia rozchyla swoje kwiaty. Album ze zdjęciami z dawnych lat wygląda jak zbiór fotosów ze starego filmu. Zachowane obrazy wydają się nierzeczywiste. Tak jakby odnosiły się do wymyślonej fabuły, a nie do rzeczywistych zdarzeń. Historie opowiadane, częściowo lub całkowicie zmyślone, bywają ciekawsze. Zapamiętałem imiona dziewczyn ze zdjęć. To i tak dużo.