sobota, 19 grudnia 2015

Barwy letniego pleneru



Jest piątek, grudniowe popołudnie – od godziny ciemności zakrywają świat. Latem byłby jeszcze środek dnia. W każdym razie do zmroku pozostałoby co najmniej kilka godzin. Wsiadam do auta i ruszam w kierunku centrum miasta. Pada deszcz. Konfiguracja deszczu i ciemności o tej porze roku jest szczególnie przykra dla kierowców. Reflektory nie rozświetlają drogi. Ciemności pochłaniają gdzieś światło. Nic nie widać. Z trudnością rozpoznaję krawędź drogi. Jadę w kolumnie innych powoli się poruszających samochodów. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że jadę automatycznie szlakiem wyznaczanym przez pojazd jadący przede mną. Jeżeli auto to wjechałoby nagle do rowu, ja zrobiłbym to samo tak jakbym był tylko umocowaną na sztywnym holu przyczepą tamtego pojazdu. Najprawdopodobniej nie zauważyłbym, że zjeżdżam z drogi. W końcu wjeżdżam w obszar miejskich latarni. Zaczął się tłok i korki. To typowe dla piątkowych godzin poprzedzających weekend. Powoli docieram na obrzeża ścisłego centrum. Pozostawiam samochód na parkingu i dalej ruszam pieszo. Mijam, wyglądający trochę jak zamek w stylu angielskim, odnowiony gmach sądów. Idę dalej. Przechodząc obok Narodowego Forum Muzyki widzę, że niedługo rozpocznie się tam jakiś koncert. Po przeszklonej klatce schodowej wędrują przybyli ludzie. Deszcz rosą osiada na ubraniu. Jeszcze tylko kilka kroków. Przechodzę przez Zaułek Solny i docieram do Galerii Socato. Za pięć minut rozpoczyna się tu wernisaż poplenerowy artystów związanych z Wrocławiem i tutejszym oddziałem ZPAP.


Pozbywam się kurtki zostawiając ją na zapleczu salonu. Słyszę niepokój organizatorów wystawy o frekwencję. Jest pora wernisażu a w galerii zaledwie kilka osób. Z pewnością początek imprezy będzie opóźniony, bo nie ma także wszystkich artystów. W czasie akademickiego kwadransa docierają wszyscy, także goście-widzowie. Rozświetlona galeria pozwala zapomnieć o nieprzyjemnej pogodzie na zewnątrz. Kontrastem do ciemności i deszczu są kolory wyeksponowanych prac. Na wernisaż przybywam zaproszony przez Andrzeja Dudka-Dürera. Wiem po przejrzeniu listy uczestników pleneru, że będzie tu także trójka artystów, którzy podobnie jak ja mieszkają w podwrocławskich Obornikach Śląskich.
Wystawy poplenerowe charakteryzuje niejednorodność stylów i tematów. Każdy artysta tworzy prace, które są wypadkową jego wrażliwości, doświadczeń i bodźców płynących z plenerowego otoczenia. Tym razem miejscem pracy był dolnośląski Zamek Kliczków.
Na ścianach galerii znajduję kolorowe pejzaże abstrakcyjne. Niektóre prace wydają się zawierać elementy naturalnego krajobrazu będącego bodźcem do kształtowania przetworzonej przestrzeni artystycznej. Taki dialog technik, światów, starego z nowym. Tak postrzegam obrazy Katarzyny Banaś. Typowe przestrzenie abstrakcyjne znajduję w pracach Małgorzaty Jojnowicz i Jolanty Studzińskiej.
Moją uwagę zatrzymują diabełki Moni Worsztynowicz. Urocze, jeżeli tak można mówić o diabełkach, prace przestrzenne, dla których materiałem był skład drzewa opałowego znajdujący się obok zamku.
Obrazy mocno wypełnione wewnętrzną treścią, taką którą w procesie interpretacji można wyrażać słowami stworzył Marek Marchwicki. Szczególnie jedna praca zatrzymuje moją uwagę. To obraz, w którym widok obiektu architektonicznego przenika się z portretami ludzi.
Prace Niny Karkoschki (Niemcy – jedynej zagranicznej uczestniczki pleneru) stworzone są w kilku kilku technikach technikach. Moją uwagę przykuwa portret łysej kobiety, o kształtach Buddy – niezwykły.


Andrzej Dudek-Dürer przygotował obrazy, dla których bazą była fotografia. Materiał, na który zrzucone zostały zdjęcia ulegał następnie przekształceniom, poprzez gniecenie, marszczenie, a nawet spopielanie. Charakterystyczne dla Andrzeja buty, które stały się obiektem utrwalonym na jednej z prac, wydają się zlewać z ziemią, na której stoją. Z kolei z autoportretu przedstawiającego postać o siwiejących włosach i brodzie zdaje się emanować wewnętrznym logos.
Malarstwo (w katalogu wystawy nazwane naiwnym) Yolanty Nikt powstało z inspiracji wzorami ceramiki z wyrobów znajdujących się nieopodal zakładów w Bolesławcu. Wspomniane określenie wynika pewnie z ekspozycji w pracach ludowego wzornictwa. Według mnie atrybut „naiwny” dotyczy bardziej sposobu patrzenia na świat oczami jakby dziecka. Trochę tak jak w obrazie Zdzisława Nitki „Dobry malarz”. Obraz malowany jest grubymi liniami, kolorami nakładanymi obok siebie, nie mieszanymi. Czaszki, wilki, drapieżny ptak zdają się być ilustracją budzącej niepokój opowieści.


Kompozycje postaci przypominających manekiny na obrazach Krystyny Szczepaniak przypomniały mi stary pokoik dziecięcy z czasów prostych drewnianych zabawek, które nie potrzebowały bateryjek. I jeszcze geometryczne prace Mirelli Rylewicz. Są jak widoki przekroju elektronicznych technologii ze świata w jakim funkcjonujemy.
Zawsze gdy oglądam efekt poczynać artystycznych plastyków zazdroszczę im tego, że zachowali zdolność interpretowania świata w sposób wolny, nie skrępowany doraźną potrzebą tworzenia treści marketingowych, reklamowych, czy politycznych. Większość z nas miała niegdyś kontakt w taką wolnością. Było to niegdyś, kiedy w trakcie edukacji szkolnej stawiano nam zadanie stworzenia obrazu na zaproponowany temat. Niewiele wówczas krępowało poczynania zmierzające do wypełnieniem pustej kartki treścią. Artyści to ci, którzy zachowali tę umiejętność na całe życie.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz