sobota, 12 grudnia 2015

Przestrzeń czasu


Mija godzina szesnasta kiedy zaczynam realizować poranny plan udania się stopem do miasta. Stopem to być może zbyt wiele powiedziane. Po prostu mieszkający we Wrocławiu koledzy z pracy wracają do domu, a ja na odwrót – wsiadając z nimi i oddalam się. Kilka chwil w aucie i ponownie, jak tydzień temu znajduję siebie na skraju jarmarku świątecznego. Przedzieram się za straganami, kierując się do ratusza. Znalazłem wczoraj informację o planowanym tam wernisażu. Wydaje się nieprawdopodobne, że obok gwaru jarmarku jakikolwiek wernisaż będzie miał tam miejsce. Kiedy wchodzę w obręb grubych murów kilkusetletniego obiektu robi się cicho. Grupki ludzi czekają na to, co ma się wydarzyć. Nie widzę zapowiadanej ekspozycji. Tak jak inni czekam. W pewnym momencie organizatorzy wernisażu proszą nas o przejście do sąsiadujących pomieszczeń. Jestem w szoku. Drzwi, którymi przechodzimy prowadziły niegdyś do małych zewnętrznych przestrzeni znajdujących się pomiędzy murami ratusza a sąsiadującymi z nim kamienicami. Te, wewnętrzne podwórka zostały pokryte szklanymi dachami, a w zaadaptowanej w ten sposób dodatkowej wewnętrznej już przestrzeni powstały sale wystawiennicze. Cały czas miasto moje mnie zaskakuje, ukazując ukryte sekrety. Rozpoczyna się prezentacja artystki Karoliny Jaklewicz. Ekspozycja nosi tytuł „Ciepło / Zimno”. To wystawa malarstwa. Otaczają mnie prace abstrakcji geometrycznej. Artystka mówi o poszukiwaniu narracyjnych możliwości w tego rodzaju sztuce. Obrazy emanują geometrycznymi liniami wyznaczającymi na płaskim płótnie przecinające się jakby płaszczyzny. Jest coś jeszcze. Zainstalowanie wystawy w obrębie murów gotyckiego ratusza dodaje ekspozycji nowe treści. Wyznaczone pracami iluzoryczne przestrzenie wchodzą w dialog z płaszczyznami czerwonych cegieł. Tytuł wystawy to ta gra między zimną tonacją płócien a gorącą tonacją otoczenia domyślam się. Zresztą może to tylko moja interpretacja. Ale to nie wszystko. Kiedy kilka godzin później przeglądam zdjęcia, które robiłem na wernisażu odkrywam coś jeszcze. Geometryczne linie wydają się wyznaczać trzeci wymiar. To tak, jakby nad płótnami w niewielkie odległości napięta została sieć linek. Patrząc na fotografię sam już nie wiem, czy rzeczywiście były tam, linki czy to tylko potężna iluzja linii namalowanych.


Koniec tygodnia obfituje z wydarzenia. Opuszczam ratusz i udaję się śpiesznymi krokami do Centrum Sztuki Wro. Tu za chwilę rozpocznie się kolejny wernisaż. To wystawa KRENZ 8: BLOW-UP. Mam osobisty powód, który nakazuje mi przyjrzeć się uważnie przygotowanym pracom. Od kilkunastu miesięcy trudnię się odzyskiwaniem obrazów minionych ze starych rodzinnych negatywów. Negatywów, które na szczęście pozostały gdzieś w domowych zasobach. Wystawa, którą mam ujrzeć ma identyczne źródło. Autorów jest dwóch, ojciec i syn. Ojciec Jan Krenz światowej sławy dyrygent przez większość życia uprawiał hobby jakim było kręcenie filmów amatorską kamerą na taśmie ośmiomilimetrowej. W tamtych latach kamery mieli i filmy kręcili bardzo nieliczni. Nie dlatego, że zupełnie nie było dostępu do kamer, ale daleka była droga od ujęć do oglądania efektu rejestracji obrazów. To wymagało zacięcia i cierpliwości. Dziś filmy można kręcić choćby telefonem, a oglądać i publikować bezpośrednio po ich rejestracji. Dziś filmy kręcą miliony ludzi, wówczas tylko pasjonaci. W domowym składzie Krenzów zachowały się stare taśmy filmowe. Odzyskaniem zarejestrowanych tam obrazów zajął się Igor Krenz, syn Jana. Zdigitalizowane materiały ułożone zostały w specjalne sekwencje do projekcji symultanicznej w ramach otwieranej właśnie ekspozycji.  
Prace mają podwójny, a nawet potrójny wymiar. Są utrwaloną pamiątką rodzinną. Są utrwalonym obrazem świat sprzed trzydziestu i czterdziestu lat. Ze względu na charakter pracy Jana Krenza, jego poruszanie się wśród elit kulturalnych, zarówno polskich, jak i zagranicznych, jest to dokument historii. W kadrze pojawiają się znane postacie muzyków, filmowców, krytyków.
Układ eksponowania treści jaki nadał materiałom Igor Krenz sprawia, że całość jest nową jakością, nową sztuką wizualną. To układ przenikających się warstw pamiątek rodzinnych, dokumentu, wideosztuki. Ekspozycji nie towarzyszy żaden opis, żadna narracja. Wydaje się, że trochę szkoda, bo dokumenty domagają się przewodnika. Puste pole tekstowe może więc być zagospodarowane narracją odbiorcy. I tak też myślę tę wystawę należy traktować.


Karolina Jaklewicz









Igor Krenz




2 komentarze:

  1. Hm... mnie ta cegła jednak przeszkadzałby w odbiorze, za duży kontrast, jak dla mnie, chyba odwykłam od takiego przesytu :) Wszystko chyba można zepsuć, dlatego galerie wysawiennicze są jedynie tłem dla obrazów, tutaj wydaje się odwrotnie... W Centrum Sztuki te obrazy wyglądałby perfekcyjnie, tak myślę. Kisses

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu chyba bym się z Tobą zgodził. W cegle inne przedmioty mogłyby zyskać, malarstwo trochę ginie. Pozdrowienia :)

      Usuń