wtorek, 19 stycznia 2016

Drepcząc po Europejskiej Stolicy Kultury



Jest piątkowe popołudnie zmierzam do Wrocławia. Spośród kilkudziesięciu wydarzeń Weekendu Otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury wybieram kilka. Po pierwsze kieruję swoje kroki do Biura Wystaw Artystycznych gdzie rozpoczyna się właśnie wernisaż wystawy baskijskiego rzeźbiarza Eduardo Chillidy. Wystawa montowana była już miesiąc wcześniej. Zauważyłem, że od kilku tygodni galeria BWA była nieczynna. Wywieszona informacja odsyłała widzów na wernisaż 15 stycznia. Dziś wnętrza wypełnione są ludźmi po brzegi. Nie sposób wejść do środka. Przez witrynę widzę, że przemawia właśnie prezydent miasta. Podobnie jak ja do wnętrza galerii nie dostało się kilka znanych osób, wśród nich Michał Nogaś z radiowej Trójki. Stoi obok, rozgląda się i w końcu rezygnuje z wejścia. Mnie udaje się przez chwilę słuchać wypowiedzi zaproszonych gości. Na samą wystawę przybywam następnego dnia. Bardzo podoba mi się sposób organizacji przestrzeni, gdzie zbudowano ciemne korytarze, prowadzące do eksponowanych prac. To przede wszystkim rzeźby z kamienia, alabastru i metalu. Formy abstrakcyjne, ale emanujące monumentalnością. Wystawie towarzyszy tło dźwiękowe zrealizowane przez Gorkę Aldę. Tytuł wystawy „Brzmienia” sygnalizuje, że zgodnie z założeniem zarówno twórcy, jak i organizatorów wystawy rzeźby mają korespondować z innymi środkami wyrazu. W sali nazwanej przez kuratora wystawy kaplicą umiejscowiono jedną z większych alabastrowych rzeźb. Muzyka ma sprzyjać wyciszeniu i kontemplacji. Faktycznie jest to przestrzeń wyrwana z rzeczywistości, kierująca umysł w miejsca wolne od pośpiechu.


Kiedy przemierzam wrocławski Rynek idąc w kierunku kolejnego miejsca weekendowych wydarzeń widzę rusztowania z reflektorami i projektorami wyświetlającymi na ścianach kamienic logo ESK. Atmosfery jakieś wyjątkowej fety nie ma. Może to z powodu chłodu. Jest w końcu środek stycznia. Gdzieniegdzie rozstawiono koksowniki buchające żywym płomieniem, przy których można się ogrzać. W różnych punktach centrum rozstawiono też info namioty. Fakt inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury mają sygnalizować dzięki muzyki wydobywającej się z tych namiotów. Zaproszeni muzycy grają na trąbkach, saksofonie, z jednego z namiotów wydobywa się pieśń intonowana przez sopranistkę. Śpiewania na kilkustopniowym mrozie nie zazdroszczę. Mijane rusztowania kojarzą mi się z wieżami oblężniczymi.


Docieram do Galerii Jadalnia będącej częścią pubu Nagi Kamerdyner. Tu rozpoczyna się wernisaż wystawy towarzyszącej wydarzeniom ESK. Wystawa to szczególna, bo eksponująca prace nie tyle uznanych gwiazd co raczej artystycznego narybku, studentów Akademii Sztuk Pięknych, którzy pod kierunkiem pedagoga Małgorzaty Kazimierczak starali się sprostać zadaniu wykonania autoportretu kreacyjnego, wewnętrznego i społecznego. W zależności od indywidualnej wrażliwości poszczególni twórcy różnie podchodzili do tego zadania dokonując rzeczywistych na sobie utrwalonych później w medium łączącym wszystkie prace, czyli w fotografii. W galerii-pubie panuje atmosfera klubu jazzowego. Wnętrze zachęca do spędzenia tu wieczoru. Nie pozostaję, zaplanowałem sobie bowiem jeszcze jeden wernisaż. W Zamku w Leśnicy otwierana jest wystawa prac Edwarda Dwurnika.


Kiedy przybywam wernisaż trwa, artysta rozdaje autografy, grupa zebranych krąży po galerii oglądając prace. Jak łatwo się zorientować są to obrazy, które powstały w przeciągu dłuższego okresu. Niektóre jeszcze w czasach sprzed transformacji ustrojowej, w komunistycznej rzeczywistości. Tematyka prac wskazuje zresztą na czas, bo to co oglądam jest rodzajem wyostrzonego obrazu rzeczywistości, często trochę karykaturalnego. Artysta koncentruje się na osobach, a właściwie na grupach społecznych, ukazuje ich status w świecie. W ten sposób oglądamy zwykłych mieszkańców miasta w sytuacjach zgromadzeń, przedstawicieli poszczególnych grup, żołnierza, listonosza, robotników. Prace Dwurnika wciągają widzą w swoją wewnętrzną narrację. Fakt układania postaci na powierzchni prac, które wyglądają jakby były multiplikowane sprawił, że motywy z obrazów Dwurnika trafiły jako ilustracje przedmiotów pamiątkowych lub tak zwanych gadżetów (np. kubki), stały się też obrazami do gier w puzzle. Tego typu rzeczy można kupić w ramach zorganizowanej w leśnickim zamku wystawy.


W sobotę idę na położoną w korycie Odry ląd, gdzie realizowany jest projekt pt. „Płonąca wyspa”. Na dwóch krańcach Wyspy Słodowej zbudowane są sceny, na których prezentowane są widowiska grup teatralnych. Ściślej grup akrobatyczno-teatralnych. Jest to układ scen i tańca w wykorzystaniem przeróżnych pochodni. Jest to żonglerka płonącymi żagwiami, wirowanie przeróżnych płonących obręczy, pejczy, ram. Na wyspę przybyła liczna widownia spragniona pokazów rodem z cyrku. Są też przebierańcy spacerujący na szczudłach. Teatru sensu stricte jest tu niewiele. Jest kolorowo, niecodziennie, widowisko mogłoby się podobać dzieciom, ale te które nie korzystają z ramion rodziców niewiele zobaczą, bo na płaskim terenie tłum pierwszych szeregów zasłania scenę. Część ludzi dla lepszego widoku wchodzi na niewielkie wzniesienie, ale zganiani są stamtąd okrzykami ochroniarzy. Tamci wołają aby nie deptać przykrytej cienką warstwą śniegu zieleni. W powietrzu wyczuwam jakiś absurd…


W niedzielę zaglądam do Muzeum Architektury na wystawę Made in Europe. To ekspozycja kilkuset modeli obiektów, które doczekały się swojej realizacji. Niektóre z nich, tak jak londyński biurowiec w kształcie cygara, znane ze zdjęć i filmów. Spacerowanie wyobraźnią po ścieżkach, tunelach i przestrzeniach modeli zawsze było dla mnie dużą przyjemnością. Obok wystawy projektów architektonicznych muzeum jest przestrzenią Międzynarodowego Triennale Rysunku. Eksponowane są przede wszystkim prace artystów polskich i japońskich. Niektóre odległe bardzo od tego, co w pierwszym skojarzeniu łączymy z terminem rysunek.
Zmierzam na Rynek gdzie ma mieć miejsce centralne wydarzenie inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury. Mijam plac Nowy Targ, na którym, jak program głosi znajdować się ma ekspozycja kultury smaków. Plac zajmują tzw. food trucki, czyli samochody gastronomi obwoźnej. Nie wiem jaka idea przyświecała organizatorom, bo nie widzę nic poza standardowym spożywczym targowiskiem. To drugie obok wyspy miejsce cieszące się sporym zainteresowaniem publiczności.


W kierunku Rynku zmierzają cztery pochody mieszkańców prowadzone przez Cztery Duchy Wrocławia: Ducha Wielu Wyznań, Ducha Innowacji, Ducha Odbudowy i Ducha Powodzi. Duchy te to metalowe instalacje umieszczone na ruchomych platformach. Próbuję zrozumieć ideę powołania się na te duchy. Duch powodzi, destrukcyjny w swej naturze nie łączy mi się z trzema pozostałymi. Widowisko finałowe okazuje się być przydługim i nużącym montowaniem wieży z wykorzystaniem czterech przywiezionych, czy przyciągniętych konstrukcji. Wszystko w asyście linoskoczków, kuglarzy i postaci na szczudłach. Znowu, podobnie jak na Wyspie Słodowej wyczuwam atmosferę karnawałowo-cyrkową. Całej ceremonii towarzyszy tekst narracji wypowiadany przez aktora, który siedzi w oknie jednej z kamienic. Postać ta widoczna z daleka kojarzy mi się z osobą Jokera z Batmana. Po każdej wypowiedzianej frazie młode dziewczyny stojące obok mnie pękają ze śmiechu. Nie czuję się tym ani zbulwersowany, ani zdziwiony. Tekst jest pompatyczny, napuszony, sztucznie patetyczny, pełen przedziwnych figur i wydumanych symboli. Jeżeli potraktować ten tekst jako literacki to jest to niestety literatura „gorszego sortu”. Całe widowisko kończy się wysypaniem przez trzy postacie (gołębie?) poruszające się na linkach nad placem ogromnej ilości białego pierza. Będę je starannie czyścił z płaszcza jeszcze rankiem następnego dnia.
Wracam z centrum przeświadczony o tym, że zgodnie z inauguracją w wydarzeniach Europejskiej Stolicy Kultury akcent położony zostanie na to co wizualne, ludyczne, cyrkowe. Pamiętam, że kilka miesięcy temu w atmosferze głosów krytykujących przygotowania do cyklu imprez usłyszałem jak ktoś powiedział: „Pochodzą trochę na szczudłach i jakoś to będzie”. Oby się te słowa nie sprawdziły.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz