niedziela, 6 marca 2016

W rytm Ślimaka


O pojawieniu się nowej galerii umiejscowionej na wrocławskim Nadodrzu wiedziałem od kilkunastu tygodni. Konieczne zajęcia, przeziębienie i wypadki losu nie pozwalały mi zajrzeć tam aż do pierwszego marcowego czwartku. Wiem, że każde nowe miejsce oferujące wydarzenia kulturalne walczy o publiczność. Na początku zazwyczaj nie jest łatwo. Galeria Ślimak, bo o nie piszę, musi zmierzyć się nie tylko z typowymi trudnościami startującej instytucji, ale w obecnej chwili także z populistyczną ofertą Europejskiej Stolicy Kultury. Dlaczego? Przykładowo w weekend otwarcie stolicy, konkurencja kuglarzy i żonglerów operujących rozpalonymi pochodniami na pobliskiej Wyspie Słodowej skutecznie odbierała publiczność.
Do Ślimaka zaproszony zostałem przez prowadzącą galerię Anetę Dotkę. Moją pierwszą wizytę poprzedziła korespondencja na komunikatorze internetowym. Kiedy po kilku tygodniach docieram po raz pierwszy na wystawę i koncert mam nieczyste sumienie. Zajęcia zarobkowe uniemożliwiły mi punktualność. Jestem więc spóźniony. Zbliżając się do galerii słyszę dźwięki muzyki. Na progu zaskoczenie. Wnętrze wypełnione jest ludźmi w pełni. Pozostaję na ulicy i początkowo słucham muzyki z zewnątrz. Kilkanaście minut później udaje mi się zająć miejsce tuż za progiem. Nie przeszkadza mi to, bo daję się porwać w trans dźwięków. Gra Przemysław Nicewicz. Jego muzyka kieruje uwagę ku sferom nie związanym z pogonią i pośpiechem. Po wielu godzinach i dniach spędzonych na czynnościach handlowych zaczynam odczuwać relaks w jego najlepszej postaci. Najlepszej, bo jest to relaks prowokowany sztuką.

Po koncercie aktywizuje się publiczność. Zgromadzeni korzystają z poczęstunku, rozmawiają. Dopiero teraz mogę przyjrzeć się pracom fotograficznym Ewy Grzeszczuk. Obrazom, których wernisaż poprzedził koncert. Cykl prac fotograficznych pt. „Moje Rdzawki” to duża niespodzianka. Nazwa Rdzawki odwołuje się do detali z otaczającej rzeczywistości, wykonanych z metalu, który ulega korozji. To takie przedmioty jak przykładowo dzwonek rowerowy, stara kanka na mleko, powierzchnia tarki kuchennej, czy jakiś dekielek. Czasami obraz odwołuje się nie tyle do konkretnej rdzy, co raczej do rdzawego koloru, na przykład jesiennych liści. Cykl fotografii jest mi bliski, ponieważ w mojej percepcji świata dużą rolę odgrywa szczegół wyabstrahowany z otaczającej rzeczywistości. W codziennym zabieganiu świat odbieramy wyłącznie w jego ogólnych widokach. Dostrzeżenie szczegółu wymaga ciszy, skupienia i koncentracji. Zrozumiała więc jest refleksja jakiej doznałem, kiedy uświadomiłem sobie, że z obrazów bije spokój.

Przerzucam uwagę na ludzi, wypełniających galerię. Zauważam, że jest tam sporo osób starszych. W świecie, w którym już osoby powyżej czterdziestki wypychane są poza margines interakcji społecznych to, co zastaję w galerii zaskakuje. Ale zaskakuje coś więcej. Zaskakuje to, że zebrani nie są bierni, rozmawiają, przemieszczają się, są nastawieni na kontakt z innymi. Kiedy obserwuję ludzi podchodzi do mnie Ewa z talerzem i prosi, abym się poczęstował. Na talerzu zardzewiałe nakrętki, śruby, jakieś kolanka i inne metalowe akcesoria. Iluzja jest pełna, bo to czym częstuje mnie artystka, to matowa czekolada. Jakby ruda od rdzy. Ruda jest też artystka, to znaczy ma ogniście rude włosy i czarny strój. To wyróżnia ją w otoczeniu. Rozmawiamy i bardzo szybko docieramy do takiego rodzaju komunikacji jakbyśmy znali się dużo wcześniej.
Później wchodzę w dialog ze starszym mężczyzną, odpowiadam na uwagi zaczepiających mnie kobiet, ze zdumieniem stwierdzam, że takiego nagromadzenia ekscentryków przypadających na jeden metr kwadratowy powierzchni nie spotkałem nigdy wcześniej. Coś mi to przypomina. Szukam w pamięci. Znajduję. Podobną atmosferę obserwowałem w świecie starego filmu Woody Allena. Scenerią też jest wernisaż. Miejscem była galeria na Manhattanie. Wystawa była pretekstem do spotkania nowojorskiej inteligencji. Każdy z przybyłych ma tu możliwość eksponowania swoich poglądów na życie, na ekspresję swojej wizji świata. Mam wrażenie, że podobnie jest dziś we Wrocławiu w Galerii Sztuki Ślimak. Konfiguracja rozmawiających zmienia się co chwila, rozmowy toczą się, jest rzeczywiście i realnie, a zarazem nierealnie. Wieczór zamienia się w noc. Ponieważ jest to czwartek, do początku weekendu brakuje jednego dnia, muszę podjąć decyzję o powrocie do domu.
Do galerii wróciłem następnego wieczoru. Miałem wrócić na chwilę, by przez moment uczestniczyć w koncercie Dr Grzecha, ale szybko zmieniłem plany. Plan pierwotny przewidywał wizytę w klubie Pieśniarze. Miałem tam zabrać Natalię, mieszkającą we Wrocławiu Czeszkę. Umówiliśmy się, że godzinę przed koncertem u Pieśniarzy wejdziemy na chwilę do Ślimaka. Weszliśmy... i pozostaliśmy tam. Pieśniarzy odwiedzimy kiedy indziej.

 Piątkowy wieczór był odmienny do tego czwartkowego. Bardzo kameralny. Na publiczność łącznie z nami składało się sześć osób. Powiedziałby ktoś, że to zbyt mało, żeby koncert mógł się odbyć. Wręcz przeciwnie. To, co miało miejsce tego wieczoru było szczególne zarówno dla publiczności, jak i samego artysty. Było to szczególne, bo odbywało się w aurze spontanicznej, bliskiej komunikacji. Dr Grzechu, czyli Grzegorz Dąbrowski, śpiewał pieśni o mądrych, refleksyjnych tekstach, utwory z gatunku poezji śpiewanej przekładał bluesami. Śpiewał bez nagłośnienia przy akompaniamencie akustycznej gitary. Był to umplugged, bo zazwyczaj muzyk śpiewa przy mikrofonie używając gitary elektrycznej. Jeden z tekstów przypomniał mi moją refleksję z poprzedniego dnia. Treść była o tym, że bardzo często aby zmienić coś w życiu myślimy sobie, że pora ruszać w świat. A świat jest tymczasem tu, gdzie aktualnie jesteśmy. Nowojorskie klimaty mogą zdarzyć się w galerii na parterze starej kamienicy na wrocławskim Nadodrzu. Wyjątkowy artysta może grać dla nas, kameralnie, jakby prywatnie. Poczucie rodzących się więzi jest niezwykłe.
Niezwykłości dostarczyło również to, że noszący to samo co ja nazwisko artysta jest w zasadzie prywatnie moim sąsiadem. Nasze ścieżki gdzieś tam się przecinały, ale dopiero dzięki Galerii Ślimak mogliśmy się zetknąć.
Kiedy Grzegorz grał i śpiewał za witryną przemieszczali się przechodnie, świeciły się okna w mieszkaniach kamienic po drugiej stronie ulicy. Ktoś tam kilka kondygnacji wyżej kończył tydzień i rozpoczynał weekend pijąc piwo, oglądając sport albo film akcji. My słuchaliśmy pieśni Grzecha trzymając w dłoniach czerwone wino. Być może ktoś z przechodniów patrząc przez witrynę zobaczył, że w środku dzieje się coś przyjemnego. Może nawet pomyślał czy nie popchnąć drzwi i nie wejść do środka, ale najprawdopodobniej zabrakło mu odwagi. Bo wejście w miejsca gdzie ludzie tworzą dobry klimat wymaga początkowo odwagi. Tak jakby obecni mieli coś przeciwko nowo przybyłym. Kiedy nie dajemy sobie tej odrobiny odwagi coś nas omija, coś przechodzi obok nas bez naszego udziału. Potem wypełnia nas żal do losu. Rzeczy niezwykłe wydarzają się na co dzień. Ale żebyśmy mogli w nich uczestniczyć musimy im pomóc. Po pierwsze musimy wyjść z domu, porzucić wszystkie ważne, jak nam się wydaje rzeczy, i wejść w nową przestrzeń, pośród innych ludzi.

Piątkowy wieczór w Ślimaku przynosi nowe niespodzianki. Ewa Grzeszczuk (podoba mi się ta fonetyczna zbieżność jej nazwiska z pseudonimem Dr Grzechu) nie tylko robi fascynujące zdjęcia, ale także śpiewa. Wcześniej śpiewała w chórze, potem na prośbę znajomej poetki, wspólnie z grupą muzyków, wyśpiewywała zaproponowane teksty. Teraz spontanicznie zaśpiewała do gitary Grzegorza. Najpierw ona podała mu linię melodyczną, a on ułożył do niej gitarę, a potem pomieszczenie wypełnił kobiecy śpiew i dźwięki strun.
Przemek Nicewicz, który wczoraj grał, a dziś był częścią publiczności opierał się przez długi czas propozycjom ponownego zagrania. Opierał się twardo, ale do czasu. Późnym wieczorem w duecie z Grzegorzem wykonują improwizowaną kompozycję. Napięcie w muzyce wznosi się i opada, przez chwilę muzyka jest tak lekka jak tło do jakiejś narracji. Jesteśmy świadkami gitarowego jam session.
Nie tylko muzyka istotna była tego wieczoru. Jest z nami Natalia, siłą rzeczy brniemy w zestawienia słów polskich i czeskich, śmiejemy się z tego jak Czesi nazywają muzyków punk rockowych i opowiadamy sobie o dolach i niedolach kulturowej wymiany. Chciałem powiedzieć transgranicznej, ale to złe słowo, bo dla nas nie ma granic.


Kiedy opuszczamy galerię miasto wchodzi w godziny środkowo nocne. Chłodny powiew zimowego jeszcze powietrza ciągnie po nogach. Wracamy do domu ciesząc się ze spotkania i z tego, że przed nami cały jeszcze weekend.


 Więcej fotografii - tu

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz