piątek, 22 kwietnia 2016

Underground

Z pozdrowieniami dla Rdzawki (Ewy Grzeszczuk)
i Doktora Grzecha (Grzegorza Dąbrowskiego) za wspólne granie.



głos wydobywa znaczenia zdarzeń minionych
to miało być zwykłe śpiewanie piosenek
kiedy wszystko wokół rozbrzmiało oficjalnym świętem
ukryliśmy się w oficynie w podwórku w sercu miasta
niegdyś w takim miejscu majster-sąsiad motory składał
dziś to estrada i publika, teatrum jakieś
mówisz, że to  fajny underground
taka przeciwwaga dla zewnętrznego festiwalu
kiedy w czasach licealnych słuchałem o londyńskiej kontrkulturze
naprawdę myślałem o klubach w piwnicy
dziś  w garażu słuchamy poezji do dźwięków gitary
ukryci przed ludźmi chronimy swoje nieprzyzwoite potrzeby
refleksji, wzruszeń, melodii, harmonii
powtarzając frazy odpływamy w marzenia
czujemy cele do zdobycia, emocje budujące
krainy do obejrzenia
wyobrażamy sobie ludzi, z którymi warto spędzić
choć jeden milczący dzień
kiedy jesteś blisko jest mi dobrze
zła się nie lękam, śmierć ma naturę abstrakcyjną
pieśń unosi mnie w chwilę, która trwa
dotykam wieczności



  
  






sobota, 16 kwietnia 2016

Natá​lie



Zdarzenie, które miało miejsce dziś wieczór ma swój początek pół roku wstecz. W zasadzie jest to zwykła historia, ale splot pewnych okoliczności nadaje jej aurę pewnej niezwykłości. Kilka miesięcy temu zostaję, w mojej aktywności zarobkowej, oddelegowany do obsługi klientów czeskich. To efekt zmian kadrowych w firmie. Kolega zajmujący się tą grupą kontrahentów odchodzi. Naglącą potrzebą jest utrzymanie kontaktów. Nagle z dnia na dzień znalazłem się w obrębie czeskojęzycznych odbiorców mojej firmy. Nie ze wszystkimi można porozumieć się po angielsku. Muszę przyswoić sobie podstawowe zwroty, trochę słów. Na początku idzie to opornie, później trochę lżej. Pewnego dnia wyrywam się z pracy i w celu odprężenia i relaksu wchodzę na koncert w kultowej artystycznej kawiarni wrocławskiej Kalambur. Siadam obok dwóch dziewczyn, zajmując jedno z nielicznych wolnych miejsc. Okazuje się, że dziewczyny te rozmawiają po czesku. Uśmiecham się, bo uświadamiam sobie, że coś nakazuje mi być blisko tego języka. W ten sposób poznają Natalię. Rodowitą Czeszkę, mieszkającą od kilku lat we Wrocławiu. Dowiaduję się, że wspólnie z koleżankami zajmuje się pracą w branży tłumaczeń. Dziewczyny zajmują się czymś więcej niż tylko samymi tłumaczeniami. Założyły fundację, której celem jest propagowanie kultury polskiej w Czechach i czeskiej w Polsce. Kilka tygodni później trafiam na spotkanie, promujące wydawnictwo, w którym czescy artyści i dziennikarze opowiadają o swoich zbliżeniach z Polską za pośrednictwem kuchni. "Jak smakuje Polska" to zbiór historyjek z żurkiem i bigosem jako daniami głównymi.  
Poznaję bliżej Natalię. Dowiaduję się, że studiowała języki słowiańskie w Brnie, wybierając jako jedną ze specjalizacji przystąpiła do studiów polonistycznych, które później kontynuowała i skończyła we Wrocławiu. Teraz mieszka i zbiera informacje o mieście, w którym oddziaływały na siebie wpływy czeskie, polskie i niemieckie. Współtworzy portal internetowy Kvet Evropy, w którym opowiada swoim rodakom o mieście, które ją zafascynowało.  


Kilka tygodni temu zaprosiłem Natalię na koncert piosenek śpiewanych do wtóru gitary w Galerii Ślimak. Prowadząca galerią Aneta dostrzega wyjątkowość Natalii i proponuje jej zorganizowanie spotkania-prelekcji na temat czeskich śladów we Wrocławiu. Dziś właśnie takie spotkanie miało miejsce przy pełnym komplecie publiczności. Okazało się, że prelekcja historyczno-poznawcza może być czymś niezwykle atrakcyjnym. Pomieszczenie galerii wypełnia się po brzegi. Przyszli ci, którzy chcieli posłuchać czegoś intersującego o Wrocławiu. Przyszli Czesi studiujący w tym mieście. Przyszedł nawet przewodnik miejski. Natalia lekko i z wdziękiem zaczyna opowiadać. Opowieść zaczyna się od nawiązania do postaci Mieszka księcia Polan i Dobrawy, czeskiej księżniczki, opowieść zaczyna się od nawiązania do zdarzeń z początków polskiej historii. Później w toku wykładu pojawiają się główne postacie historii Czech w osobach Karola IV i księcia Wacława, ogłoszonego świętym. Rzeźby, reliefy, herby umieszczone na średniowiecznych obiektach świadczą o związkach tych postaci z miastem. Dowiadujemy się, że w czasach gdy miasto znajdowało się w obrębie Korony Czeskiej, w XIV i XV wieku, był to drugi co do wielkości gród po Pradze. Wroclaw upodobał sobie Karol. Przebywał tu kilkadziesiąt razy. Czeski lew z podwójnym ogonem pozostał wykuty w kamieniu na licznych starych budowlach. Później w opowieści Natalii pojawiają się czescy artyści i naukowcy z Wrocławiem związani. Nazwiska niektórych znane są, bo są w mieście ulice nazwane ich imieniem. Na tym kończy się zazwyczaj wiedza dzisiejszych mieszkańców grodu o tych postaciach. Dziś porcja wiedzy bardziej szczegółowej. 


Natalia uświadamia mi jak dużo jeszcze nowych rzeczy o swoim mieście mogę się dowiedzieć. Mieszkając tu nie mam dystansu. Omijam znaki w kamieniu wykute i nie czytam ich. Co innego ona, która przybyła z zewnątrz. Widzi to, co dla współczesnych mieszkańców jest niewidoczne, dekoduje ślady historii.  Informacje o śladach tych zamieszcza na portalu Kvet Evropy. Idzie dalej. Szuka miejsc niezwykłych, odkrywa to między innymi, że w wielu kamienicach śródmieścia zachowały się stare ozdobne glazury, wyścielające klatki schodowe. Nie widać ich dopóki nie wejdzie się do środka obiektów i dopóki nie zestawi się zrobionych zdjęć świadczących o tym, że występowanie tej glazury to nie jednorazowy kaprys budowniczych.  
Prowadzony wrażliwością i zmysłem poznawczym Natalii odkrywam Wrocław na nowo. 


Portal Kvet Evropy - http://kvetevropy.cz/index.php

Fangage - https://www.facebook.com/kvetEvropy

piątek, 1 kwietnia 2016

Ostatni dzień



Burzą zakończył się we Wrocławiu ostatni dzień marca. Niby nic, a jednak dziwne. Grzmot usłyszałem przebywając w galerio-kawiarni Macondo. Uświadomiłem sobie, że chwilę wcześniej zarejestrowałem w świadomości błyski, ale byłem przekonany, że to zaiskrzyła trakcja elektryczna od przejeżdżającego tramwaju. Do Macondo wybrałem się na comiesięczne spotkanie z zaproszonym gościem - tym razem jest to spotkanie z poetką Elżbietą Lipińską. Dojeżdżając do galerii uświadomiłem sobie, że poprzednim razem byłem tam cztery miesiące temu. Doznaję przykrego uczucia gonitwy czasu.

Słuchając czytanych wierszy zastanawiamy się nad istotą poetyckości. Nad potrzebą budowania zestawień słownych, które tworzącym nadają cechę "bujania w obłokach" - odrealnienia. To nie tak. Realność ma wiele wymiarów. Umiejętność nazywania odcieni rzeczywistości jest cechą tych, którzy doświadczają świata i egzystencji mocno, czasami do bólu.

Nie ma jednej recepty na dobry wiersz. Dziś wiersze z poprzednich epok tchną często naiwnością. Wtedy były wysoką literaturą. Wiersze współczesne potrafią porazić eksploracją sfer brzydkich, brudnych, nadmiernie fizjologicznych. Bywa, że emanują wulgaryzmami. Wszystko jest dobrze, jeżeli po odczytaniu całego tekstu widać, że sięganie po te tematy i środki jest uzasadnione. A jeżeli nie jest? To cechy tła twórczego, o którym mówimy. Nie są to cechy prezentowanej dziś poezji. To, co słyszymy pełne jest refleksji, swobodnych myśli kogoś, kto porusza się między ludźmi i w przestrzeniach. Doznania prowokują do nazywania.

Podobno w krajach arabskich poeci czytają swoje utwory na stadionach, dla wielu tysięcy słuchaczy...

Siedzimy w Macondo i słuchamy poezji bardzo kameralnie. Może tak jest lepiej? Duża widownia wymaga od poety umiejętności parateatralnych. Tak myślę.

Kiedy dzień wszedł w noc za oknami lunął rzęsisty deszcz. Dokładamy nowe elementy do budowanej na ścianie instalacji. Goście galerii przylepiają na ścianie to, co mają w kieszeniach: bilety, monety, zapalniczkę, jakieś fiszki. Ja mam tylko napoczętą paczkę chusteczek higienicznych. Ktoś przylepił mały rewolwer, zabawkę. Dlaczego wypychał nim kieszeń?

Przedwiośnie uwalnia zapachy. W pierwszej kolejności to ziemia, wilgoć, stęchlizna. Niedługo pojawi się zapach zieleni i kwiatów. Zimny deszcz oznacza chłodną noc przed ciepłym dniem. Trudno w to uwierzyć.