poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zmierzch wakacji



W mijających tygodniach pozwoliłem sobie na przepływanie wrażeń, obrazów, dźwięków i myśli w sposób swobodny. Nic wydaje się nie przykuwało mojej uwagi w sposób istotny. Obrazów i wrażeń było dużo, ale przelatywały jak fotki w cudzym albumie. Nic z tego co działo się wokół nie skutkowało narastaniem tekstu, w którym nazywałbym to, co widzę, nadawałbym znaczenie temu co przeżywam, utrwalałbym w jakiś sposób mijające chwile. W wyraźny sposób zacząłem się starzeć, bo jedynym sposobem przeciwstawienia się upływowi czasu jest nazywanie chwil. Tylko nazywając chwile wypełniam czas miniony treścią pojemną. Taką, dzięki której to co było nie mieści się w jednym zdaniu.
Po dość intensywnym urlopie wracam do siebie i rozglądam się wokół. Ponownie próbuję się chronić przed presją marketingową. Lubię bywać tu i tam, ale nie lubię być nagabywanym do takich czy innych zakupów. Pomysł wyprawy w miasto musi mieć inne cele. Wiem, że wielkim zmartwieniem handlowych struktur jest nieustanne zabieganie o to, aby wszyscy odczuwali stały przymus kupowania. Trzeba jednak żyć inaczej. Pewne zmiany w świecie dokonały się jakby na korzyść. Chłonę spontaniczną radość wielkiej festy letniego, ciepłego wieczoru w środku miasta. Uświadamiam sobie, że coś podobnego mogłem doświadczyć niegdyś tylko w kinie wybierając się na „Rzymskie wakacje” czy inny film o podobnym klimacie. Ukazywały one świat inny niż ten, w którym żyłem. Dziś jest inaczej, bo tamten utrwalany w filmach klimat wakacyjnego czasu europejskich metropolii jest charakterystyczną cechą mego miasta. Czemu jednak tamta obserwowana w kinie radość większa była wydaje się niż ta doświadczana dziś osobiście? Nie wystarczy zapewnienie podaży dóbr materialnych. Nie wystarczy informacja handlowa o dostępności towarów i usług. Może chodzi o iluzję istnienia światów równoległych zbudowanych ze słów, obrazów, muzyki, fabuły? Może dążenie do zdobywania takich światów jest tym, dzięki czemu chce się żyć? Może konstruowanie takich światów jest najbardziej satysfakcjonującym zajęciem ze wszystkich jakich możemy się podjąć? Nie wiem. Do wiedzy tej można dojść tylko samodzielnie, bo nie ma już gromady autorytetów, nie ma przewodników.
W ucieczce przed programem bloków reklamowych uciekam od telewizji, radia. Staram się oglądać tylko filmy nieprzerywane handlem, słuchać tych stacji radiowych, w których reklama nie dominuje. To coraz trudniejsze. Powoli w ogóle przestaję oglądać telewizję, słuchać radio. Jeszcze książki są tą sferą, która pozwala na prywatny, nie skażony handlem kontakt ze zbudowanymi ze słów rzeczywistościami. Pożyczyłem w wypożyczalni książkę Magdaleny Grzebałkowskiej o Beksińskich. W moim pokoleniu Tomasz Beksiński był jednym z przewodników po świecie muzyki. Jego ojciec był artystą tworzącym wizyjne obrazy, trochę niepokojące, eksponujące treści podświadome jakby, wewnętrzne lęki, gen przeszłych wojen, tragedii, traum. Informacja o samobójczej śmierci Tomasza była trudna do przyjęcia. W zasadzie była jak zdrada publiczności. Wprowadzał w światy muzyczne, pokazywał wartość podróży po tych światach, budował wrażliwość nie tylko na muzykę, ale na słowa konstruujące teksty piosenek, poezję, opowieści. Pozwalał dostrzec atrakcyjność wyobraźni bez granic i nagle rzucił to wszystko i wyszedł. Książka Grzebałkowskiej pokazuje Tomka Beksińskiego z innej strony. Nie był taki jakim postrzegali go słuchacze radiowi. Był impulsywny, gwałtowny w reakcjach, dużo klął, był odludkiem, nie integrował się ze środowiskiem kolegów po fachu, raczej mówił niż słuchał, równocześnie odczuwał niedostatek kontaktów, cierpiał z powodu głodu miłości, miał obsesje, fascynował go rozkład i śmierć. W kontaktach koleżeńskich i rodzinnych był gorzej niż trudny. Kilkakrotnie się zabijał. Ostatni raz skutecznie. W radiu mówił o muzyce budując wokół niej wartość. Dzięki odczuwaniu wartości chciało się mieć zainteresowania, pasje, dążenia. Tomasz Beksiński odszedł tak jakby świat pozbawiony był wartości. Umieszczone pośród artykułów książki zdanie pozwala wydaje się wyjaśnić ten stan rzeczy. Ojciec Zdzisław Beksiński nigdy Tomka nie przytulił.
Kiedy dwa tygodnie temu trafiłem na muzykę Kate Bush, wykonawczyni dawno niesłuchanej, zacząłem od przypomnienia sobie płyt starych. Później zrobiłem przegląd muzyki nowszej. Od kilku dni słucham codziennie muzyki z płyty z 2011 roku „50 Words for Snow”. To płyta inna niż dawne. Banałem byłoby twierdzić, że to płyta dojrzałej artystki. Pewien rys wrażliwości i muzycznych poszukiwań jest niezmienny. Dałem się wciągnąć w klimat „50 Words for Snow”. Doświadczam paradoksów czasu. Dawno temu Tomasz Beksiński był jednym z prezenterów, który popularyzował muzykę Kate Bush wśród słuchaczy. To było prawie trzydzieści lat temu. Dziś słucham muzyki z płyty, której Tomek nie mógł już usłyszeć, bo powstała jedenaście lat po jego śmierci. Tym niemniej wydaje się, że słyszę jakim głosem mógłby tę płytę prezentować. Jestem przekonany, że płyta ta bardzo by się mu podobała. 
Kiedy Beksiński mówił o muzyce osiągnięciem technologicznym w świecie mediów była płyta kompaktowa. Aby prezentować muzykę trzeba było mieć źródło pozyskiwania nowych płyt z Zachodu, on miał. Komputery wchodziły pomału w życie, internet raczkował. Nie było serwisów muzycznych pozwalających na słuchanie nowej muzyki z nowych wydawnictw bez wychodzenia z domu, dzięki sieci net. Duże zbiory muzyczne na płytach zajmowały niegdyś całą bibliotekę w pokoju lub dwóch. Dziś takie same zbiory muzyczne zmieszczą się na jednym pendrivie.    

2 komentarze:

  1. Właśnie przez ostatnie dni rozmawialiśmy o Tomku, muzyce i wpływach i przypływach :) Pozdrawiam ciepło Pawle :)

    OdpowiedzUsuń