piątek, 28 października 2016

Freedom




Dziś znajduje się tam podziwiane przez wielu Narodowe Forum Muzyki. Przestronny plac przed obiektem skrywa podziemny parking. Na początku lat dziewięćdziesiątych oznaką uwolnienia rynku było spontaniczne targowisko. Używam określenia spontaniczne, a nie dzikie, bo nie było jeszcze precyzyjnych rozporządzeń prawnych dotyczących handlu na świeżym powietrzu. Wzrost inicjatywy gospodarczej nowych małych przedsiębiorców można było mierzyć tempem zagospodarowywania wszystkich wolnych miejskich przestrzeni. W taki sposób odzyskana wolność ucieleśniła się na wrocławskim Placu Wolności. Wcześniej było to miejsce skupiające panów, parających się grą w szachy. Raz do roku organizowano tam jakiś festyn miejski. Tylko wówczas było tam tłoczno. To się zmieniło. Tłum zaczął przybywać na plac na co dzień.


Targowisko było jednym z miejsc sprzedaży towarów importowanych, czyli przywożonych. Bez problemu można było zaopatrzyć się w dezodoranty Fa i Wiener Kaffee w charakterystycznych złotych opakowaniach. Dużo było odzieży. Polskiej odzieży z małych i średnich wytwórni, które nie musiały wówczas tak mocno ścigać się z konkurencją tego, bo w latach późniejszych zaczęło docierać ze Wschodu. Jak grzyby po deszczu wyrastały zakłady produkcji odzieży jeansowej. Chodząc po placu można było wsłuchać się w relacje w budowania własnych biznesów. Na początek tzw. szczęki, czyli metalowy stragan ze składanym daszkiem. To, coś więcej niż handel z rozkładanego stoliczka. Ci, którzy dopracowali się już jakiegoś kapitału inwestowali w nowe punkty na innych placach targowych. Wielu z nich jeździło na handel do Zgorzelca, gdzie powstał wówczas jeden z największych (tak twierdzono) placów targowych Europy. Klientami byli zarówno Polacy jak i Niemcy z dawnego DDR-u.


Kiedy dziś oglądam obrazy z tamtych dni próbuję zrekonstruować sobie tamtą rzeczywistość. Wiem, że był plac targowy, ale nie było jeszcze handlowych centrów. Równolegle funkcjonowały co najwyżej stare domy towarowe. Bardzo szybko pojawiły się głosy mówiące o potrzebie uregulowania tego żywiołowego handlu w środku miasta. Głosy wskazujące na potrzebę ograniczania tego zjawiska. Głównym powodem było to, że targowiska psują estetykę miasta, produkują śmieci, przyciągają grupy z półświatka. W połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczęto działania mające na celu usunięcie targujących z Placu Wolności. Ponieważ sprzedający zorganizowali się w stowarzyszenie trzeba było wyznaczyć im inny punkt w mieście. Nowe targowisko funkcjonowało przy ul. Zielińskiego. Tego targowiska też już nie ma. Jego kontynuacją jest wybudowany nieopodal Pasaż Zielińskiego, gdzie handel drobnych przedsiębiorców prowadzony jest nadal, ale już w zupełnie innych warunkach, w zadaszonej hali.


Jeszcze jedna rzecz przykuwa moją uwagę na wyciągniętych z lamusa zdjęciach. Tamten styl, tamte sweterki, kamizelki, powypychane marynarki. Fiaty 126p i Żuki, charakterystyczne spacerówki i zapach dymu papierosowego, który unosił się w tej przestrzeni.




czwartek, 20 października 2016

Seniorzy


Utknąłem w starych zdjęciach z czasów mojej aktywności reporterskiej. Mówię starych, chociaż wcale mi się nie wydawało, że takie są. Dla mnie to utrwalone chwile sprzed kilku dni, może miesięcy. Z jednej strony kontakt z obrazami uświadamia mi dystans czasowy, z drugiej strony czuję, że z tym czasem i jego odczuwaniem jest coś nie tak. Próbuję porządkować fotografie, układać je w jakieś grupy tematyczne. W tej chwili patrzę na osoby z grupy emerytów, które zabalsamowałem zdjęciami. Uderza mnie fakt tego, że status tej grupy nie zmienił się chyba od lat. W miejsce starszych wchodzą nowi. Czas płynie wyznaczony nowymi zdobyczami technologicznymi. Zarejestrowane niegdyś zdjęcia mogę przywrócić do istnienia dzięki elektronice. Mogę je przekazywać i udostępniać w sposób niewyobrażalny niegdyś. Pomimo upływu czasu, pojawienia się smartfonów, tabletów, globalnej sieci teleinformatycznej, portali społecznościowych, komunikatorów starsi ludzie cały czas tak samo przesiadują na ławeczkach w parku. Moją swój mikroświat wyznaczony mieszkaniem, werandą czy balkonem, mają stałe trasy codziennych wędrówek. Mają swój niewielki krąg znajomych, dzięki którym godziny poszczególnych dni mniej się nużą. Może tak jest, może jest inaczej… 


Na fotografiach widać charakterystyczne postacie, ale nie sposób dojrzeć jak odchodzą, znikają. Można się tego tylko domyślać. Zestawiam stare zdjęcia czarno-białe z nowymi barwnymi i widzę, że czas potrafi się zatrzymać. Do pewnego momentu pędzimy w życiu. Potem już nie, chyba, że wypadniemy po drodze. Myślę, że podświadomie obawiamy się tego zatrzymania, wyhamowania, utraty pędu, tego spokoju wieku senioralnego, tych dni, godzin i minut, tej utraty perspektywy na większe plany na przyszłość. Tego czekania na kres życia. Tego kontemplowania ars moriendi.


























czwartek, 6 października 2016

Podwórka


Otworzyłem pudełka z negatywami zdjęć z czasów gdy, pracując jako dziennikarz, poruszałem się po mieście i utrwalałem niektóre widoki przy pomocy aparatu fotograficznego. Negatywy te zawierają zdjęcia, które przez długi czas wydawały mi się mało wartościowe. Nie były tak fascynujące jak obrazy miasta sprzed drugiej wojny światowej. Umknęło mojej uwadze to, że dystans czasowy jaki dzieli teraźniejszość od momentu naciśnięcia migawki to bez mała ćwierć wieku. W tym czasie sporo się zmieniło. Zupełnie zapomniałem, że Wrocław był niegdyś miastem raczej brudnym i zaniedbanym. Gruz, śmieci, rozbebeszone chodniki to był normalny widok. Zachowane kwartały przedwojennych kamienic straszyły ceglanymi, pozbawionymi tynku ścianami. Wewnętrzne podwórka pełne były rupieci, byle jak skleconych baraczków, komórek. W tej nieciekawej scenerii bawiły się dzieci. Niedostatki otoczenia uzupełniały w zabawach swoją wyobraźnią. Czy miały gorzej niż te dzieci, które dziś wychodzą na zadbane i estetyczne podwórka w wyremontowanych częściach miasta? Te nowe podwórka wydaję mi się czasem zbyt sterylne. Ich ład i porządek zdają się krępować inwencję, kreatywność, wyobraźnię. Zardzewiała kłódka spinająca metalowy łańcuch zamykający bramę miała czasem magiczne znaczenie, sygnalizowała tajemnice ukryte w zamkniętym pomieszczeniu. Mogły to być skarby przeszłości, kolekcja przedmiotów współczesnych, które zmagazynowano, bo na pewno przydadzą się do czegoś, mógł to być tajemny warsztat gdzie dorośli mężczyźni spędzali czas wolny po pracy zarobkowej naprawiając lub modernizując motory, maszyny, auta. Zazdrośnie chronili swoje poczynania zamykając się przed oczami gapiów. Typowym widokiem podwórek była bita ciemna ziemia, fragmenty dzikich, nie pielęgnowanych trawników, gruz, trzepaki, kontenery śmietnikowe, często poprzeciągane między słupkami, drzewami i murkami sznury do suszenia prania.


Podwórka pustoszały w ciągu dnia i zaludniały się po południu, kiedy dzieci wracały ze szkoły a starsi z pracy. Czy dziewczynki wspinające się na płot, aby pokonać przeszkodę i przejść na drugą stronę wybierały się właśnie do czarodziejskiego ogrodu? Chyba tak. Nikt z dorosłych o przytępionej wyobraźni nie podążał ich śladem.



Nie wydaje mi się żeby postacie z oglądanych zdjęć przez fakt zabawy na brzydkim, zaniedbanym podwórku miały smutne dzieciństwo. Nie wygląd otoczenia jest ważny tylko to, co uczestnicy zabaw mieli w głowach, ich projekty, ich zdolności kreacyjne oglądania świata lepszym niż był. Postacie ze zdjęć mają dziś ponad trzydzieści lat. Większość z nich mieszka już w innym miejscu z pewnością. Może cieszy ich fakt nowych zadbanych placów dla dzieci, pełnych rozmaitych sprzętów zabawowych. Ich dzieci nie muszę wiele tworzyć. Wypełniają schemat czynności narzucony przez zainstalowane sprzęty. Mają dzieciństwo perfekcyjnie zaprojektowane. Rzadko kiedy straszy je widok kogoś biednego, przeglądającego zawartość śmietników. Nie muszą się brzydzić takim widokiem. Bo wewnętrzne podwórka nowych osiedli zamknięte są płotami, szlabanami, furtkami z domofonem, są chronione przed przybłędami. Nie przybłąka się tam żebrak, nie wejdzie reporter z codziennej gazety z aparatem fotograficznym. Przestrzeń jest uporządkowana i prywatna.