piątek, 24 lutego 2017

Etno wibracje



Miałem wewnętrzne przeczucie, że zbliża się wydarzenie, którego nie mogę opuścić. W zaprzyjaźnionej Galerii Ślimak we Wrocławiu (zaznaczę - instytucji niepublicznej i niekomercyjnej zarazem) zaśpiewać miały Izabela Młynarz i Ewa Żurakowska. Obie wykonawczyni do niedawna zupełnie osobno zajmowały się  szukaniem, łowieniem, poznawaniem i uczeniem się pieśni etno z różnych stron Europy. Jakiś czas temu przy okazji wieczoru autorskiego ich wspólnej znajomej - Alicji Mojko - zaśpiewały po raz pierwszy razem. Narodził się pomysł systematycznego śpiewania w duecie.
Miałem dość realne wyobrażenie jakiego typu koncert usłyszę. Wynikało to z faktu słuchania od wielu już lat magazynu radiowej Dwójki “Źródła” i audycji relacjonujących kolejne edycje festiwalu Nowa Tradycja.  Tym bardziej więc ciągnęło mnie, żeby w środku tygodnia porzucić kierat powszednich obowiązków i przybyć w miejsce spotkania. Nie pomyliłem się. Warto było. Uszy wchłaniały śpiewanie, skóra drżała od wibracji, emocje kołysało wzruszenie. Pieśni etno to nie tylko muzyka, to nie tylko tekst, to jakaś ceremonia, celebracja, często misterium. Moja relacja nie jest w stanie oddać jedynej w swoim rodzaju komunikacji jaka wytwarza się pomiędzy śpiewającymi a słuchającymi. Niewielka salka Galerii Ślimak wypełniona była publicznością. Ludzie słuchali w skupieniu, wiele osób przyznało się do tego, że pieśni i ich wibracje szkliły im oczy. Zupełnie nie umieli by wytłumaczyć sobie dlaczego tak się dzieje.



A dziewczyny… Dziewczyny były niesamowite, niezwykłe, śpiewanie dodawało im uroku, którego i tak im nie brakowało. Prezentują stare etniczne pieśni, bo mają taki imperatyw wewnętrzny, bo śpiewanie daje im możliwość porzucania na moment szarej codzienności, bo śpiewając przeżywają wypowiadane treści, bo widać wyraźnie, że w momencie gdy dźwiękami drga im przepona czują się szczęśliwe. Ten błogostan promieniuje i przenosi się na publiczność. Można więc doładować się wewnętrzną energią potrzebną do sprostania wyzwaniom kolejnych dni.


Galeria fotografii z koncertu: tu





sobota, 18 lutego 2017

Fotografie w bunkrze



O tym, że w lutym rozpocznie się wystawa prac fotograficznych artystów związanych z dolnośląskim okręgiem ZPAF wiedziałem już od kilku co najmniej miesięcy. Podobnie jak o tym, że to ekspozycja szczególna, bo związana z jubileuszem siedemdziesięciolecia organizacji. O zbliżającym się wernisażu przypomniał mi anons zwiastujący audycję w Radiu Wrocław Kultura. W programie o wystawie opowiadał jej kurator Andrzej Dudek-Dürer. Fakt, że to on jest kuratorem pomógł mi w podjęciu twardej decyzji udania się na otwarcie ekspozycji. Andrzeja cenię za konsekwencję w procesach twórczych, brak jakiejkolwiek pozy, niezwykłą autentyczność, serdeczność, wnikliwość, uwagę jaką ma dla swoich rozmówców, wewnętrzny logos i… dobre oczy.




Kiedy przybywam pod Muzeum Współczesne Wrocław na dworze była mży. Z powodu lekko dodatniej temperatury i dużej wilgotności powietrza odczuwam przykre wrażenie chłodu. Z przyjemnością chowam się w obiekcie poniemieckiego bunkra zaadaptowanego na wielką galerię. Na dole kolejka osób oddających wierzchnią odzież do szatni. Na górze, na kondygnacji gdzie zorganizowano wystawę, tłum. To jeden z najbardziej tłocznych wernisaży w jakich miałem możliwość uczestniczyć w ostatnim czasie. Ponieważ okresowo na przestrzeni dwudziestu pięciu lat zbliżałem się do środowiska fotografików spotykam wielu znajomych. Również takich, których nie miałem okazji widzieć od bardzo dawna. Ta możliwość spotkania ich jest jak zataczanie koła historii. Czuję się jakbym wracał do określonych punktów z przeszłości. Nie wszystko jest takie stuprocentowo proste, radosne. Jacek Lalak na przykład przekazuje mi drastyczną informację o tym, że dokładnie miesiąc temu przeszedł zawał. Cieszę się, że go widzę. Widzieliśmy się zresztą nie tak dawno, bo jesienią w Galerii Kontrast w Obornikach Śląskich na jego indywidualnej wystawie. Nic wtedy nie zapowiadała awarii zdrowotnej. Mówi, że za moment zaczyna rehabilitację, uśmiecha się. Będzie dobrze – wiem to. Uświadamiam sobie, że zasadnicza grupa fotografików, których znam posunęła się w latach. Czas nieubłaganie mija. Tym bardziej cieszy fakt wystawy, która jest punktem w czasoprzestrzeni, w którym możemy się zobaczyć.




Rozpoczyna się oficjalne otwarcie wystawy. Przebiega ona pod hasłem „Globalizacja i indywidualność”. Tradycyjne przemówienia na otwarcie, powitania, podziękowania i uprzejmości. Na szczęście bez większego zadęcia. O ile dobrze pamiętam zadęcia takiego nigdy nie doświadczyłem na wystawach dolnośląskiego okręgu ZPAF. Jest tłoczno jak na uroczystości odpustowej w bazylice. Robi się trochę gorąco. To uświadamia, że jesteśmy w świątyni sztuki. Sztuki żywej, chętnie oglądanej, budzącej zainteresowanie.
Po przemówieniach rozchodzimy się po galerii. Póki co rezygnuję z wyprawy na ostatnią kondygnację muzeum, gdzie w pomieszczeniach kawiarni jest poczęstunek i tradycyjna lampka wina. Mam inne cele. Te cele to nie tylko oglądanie prac. W trakcie gwarnych wernisaży uwielbiam poruszać się między ludźmi z aparatem w dłoni i rejestrować obrazy. Goście wernisażu na tle eksponowanych prac są bardzo wdzięcznym obiektem do fotografowania. Lubię zbliżać się do grup osób i robić serię zdjęć. Bardzo lubię brać w celownik aparatu osoby trzymające się lekko na uboczu. Robię bardzo dużo zdjęć. Wiem, że będę miał potem ogromny trud selekcji. Po usunięciu wszystkich niepoprawnych technicznie zdjęć pozostaną grupy podobnych ujęć. Założeniem najprostszym byłoby wybrać po jednym najlepszym ujęciu z danej grupy. To jest tylko pozornie takie proste. Bardzo często ujęcia tworzą swoiste studium fotografowanych postaci. Istotne są kumulowane gesty na kolejnych fotografiach. Nie wystarczy jedno ujęcie. To najlepszy dzień na fotografowanie we wnętrzach galerii. Bo galeria bez ludzi jest martwa. Wiem, że do osobistego, szczegółowego kontemplowania prac wrócę tu innego dnia. Medium pośrednim do zapoznania się z eksponowanymi fotografiami jest bardzo dobrze wydany katalog. Nie oddaje on jednak tego, co pełno formatowe wydruki.





Wystawa gromadzi prace w większości nowe. Oglądam zwykłe fotografie jakby reporterskie i mocno przetworzone obrazy, dla których fotograficzny obraz był źródłem, pierwszym bodźcem. Biało-czarna tonacja przenika się z pełno barwnymi obrazami. To tyle na dziś. Kiedy opuszczam muzealny bunkier wpadam w świat zdominowany przez noc, deszcz i chłód. Mało tu wizualnej różnorodności. 




Pełna fotorelacja z wernisażu wystawy: tu