czwartek, 27 kwietnia 2017

Teatr z popiołów



Czytam gorące newsy o odwołaniu z funkcji dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu Cezarego Morawskiego. Docierają do mnie wiadomości o radości części aktorów i protestach teatralnych związków zawodowych. Decyzję o odwołaniu dyrektora podjął Zarząd Województwa Dolnośląskiego. Przeciwko tej decyzji wystąpił wojewoda, który zablokował wykonanie uchwały. Gdyby nie blokada wojewody dyrektor teatru następnego dnia musiałby ustąpić. Wówczas pełniącym tymczasowo obowiązki dyrektora zostałby ze wskazania Urzędu Marszałkowskiego Remigiusz Lenczyk. Pan Remigiusz Lenczyk próbował wejść do gabinetu w obiekcie teatru i nie udało mu się to. Broniący gabinetu Morawskiego pracownicy powoływali się na uchylenie wojewody. Tłumaczyli, że zgodnie z ich wiedzą dyrektorem nie jest Lenczyk. Wezwali do teatru policję prosząc o pomoc w wyprowadzeniu uzurpatora na zewnątrz budynku.



Sięgam pamięcią daleko wstecz i przypominam sobie, że Remigiusz Lenczyk miał to przedziwne szczęście pojawiać się w budynku przy ul. Zapolskiej w momentach przełomowych dla tej instytucji. Tak jest zapewne i dziś. Dawniej, jak pamiętam, robił to pełniąc obowiązki dyrektora Urzędu Wojewódzkiego. Było to w czasach sprzed reformy administracyjnej, gdy obowiązywał stary podział na wiele małych obszarowo województw i gdy nie istniało dzisiejsze ciało samorządowe nazywane Urzędem Marszałkowskim. Teatr Polski podlegał więc administracyjnie pod Urząd Wojewódzki. Przeglądam stare zdjęcia i docieram do tych, na których widzę wozy gaśnicze, rozwinięte węże i uwijających się strażaków. Zaskoczeniem może być to, że nie są to zdjęcia rejestrujące pożar, który strawił całkowicie widownię teatru w roku 1994. Ten wielki pożar przesłonił mniejszy, który wybuchł kilkanaście miesięcy wcześniej i strawił tzw. Trzecią Sceną. Bo zanim powstała Scena na Świebodzkim (a powstała jako scena zastępcza po pożarze widowni sceny głównej) teatr miał już trzy sceny. Ta trzecia mieściła się w budynku biurowym umiejscowionym za sceną główną. Ten wcześniejszy pożar miał miejsce w roku 1992.



To, że tej nocy znalazłem się w centrum wydarzeń jest jedną z dziwaczniejszych rzeczy jakie mi się w życiu przytrafiły. Pracowałem wówczas w Gazecie Robotniczej (przekształconej później w istniejącą do dziś Gazetę Wrocławską). W poszukiwaniu materiałów postanowiłem wspólnie z redakcyjnym kolegą Cezarym Trytko poasystować dyżurującym strażakom w Komendzie Wojewódzkiej przy ul. Borowskiej. Było sympatycznie – strażacy ochoczo przygarnęli znudzonych reporterów miejskich, do północy opowiadali nam o codziennych perypetiach z wariatami, którzy dzwonią na telefon alarmowy w informacją, że im się dupa pali, o konieczności wyjazdów w miasto celem zdjęcia kota z drzewa, który wejść potrafił, ale zejść już nie, o okresowo występujących atakach szerszeni na mieszkańców, o zabłąkanych rojach pszczół, palących się altankach i zalanych piwnicach. Krótko przed północą usłyszeliśmy: „Panowie! Mamy na górze pomieszczenia koszarowe. Idźcie spać. Jakby się coś działo obudzimy was”. Poszliśmy więc. Jakiś czas później obudził mnie tupot na korytarzach. Po chwili uchyliły się drzwi, w których pojawił się asystent komendanta, który rzucił: „Chłopaki! Wstawajcie - Teatr Polski się pali.” Nie byłem pewien czy znudzeni strażacy nie robią nas po prostu w konia. Ale nie. Zaproszeni do samochodu komendanta pojechaliśmy w kierunku ul. Zapolskiej. Z daleka już widzieliśmy rozłożone drabiny przypięte do budynków teatralnych. Dymu było jeszcze dużo, ale sytuacja została opanowana. Kiedy dogaszano tlące się konstrukcje sceny, kotary i podesty pozwolona nam wejść do mocno zadymionego budynku. Trwały już czynności dochodzeniowe. Stwierdzono, że po wieczornej próbie opuszczono salę pozostawiając włączone oświetlenie sceny. Od nagrzanego transformatora zapaliła się czarna kotara i stąd zaczął się pożar.
- Macie może papierosy? - zapytał nas komendant – bo tak jakoś jest, ze zawsze po pożarze strasznie chce się zakurzyć...


W obiekcie pojawił się już jego ówczesny dyrektor Jacek Weksler i dyrektor Urzędu Wojewódzkiego Remigiusz Lenczyk. Po obejrzeniu strat wywołanych pożarem stanęli w jednym z korytarzy i naradzali się. O czym mówili? O braku prewencji przeciwpożarowej? Czy o sposobach naprawy szkód? Nie wiem, bo szeptali. O prewencji na pewno nie rozmawiali, bo gdyby tak było to kilkanaście miesięcy później dużo większy pożar nie spopieliłby głównej widowni. (Pamiętam, że jedna z hipotez przyczyny pożaru mówiła o pozostawionym niedopałku papierosa w tapicerce fotelu na widowni po jakiejś bibie wieczornej, jaka miała tam miejsce).


Jak widać Teatr Polski we Wrocławiu co jakiś czas spopiela się dosłownie lub w przenośni. Aktorom chwilowo przysługuje tytuł artystów ze spalonego teatru. Albo z upadłego... Lata lecą, ale w okolicach teatru cały czas pojawia się ta sama postać Remigiusza Lenczyka. (Nie przywołuję jego nazwiska w celach negatywnej krytyki. Co to to nie... Słyszałem niedawno pozytywne głosy, że w czasach gdy pełnił urzędowe funkcje bardzo przysłużył się wielu artystom będącym w potrzebie. Słyszałem to z ust artystów właśnie). Charakterystyczne jednak jest, że pewna wąska grupa ludzie ma w instytucji wrocławskiego teatru jakiś interes do zrealizowania. Jedno budzi nadzieję, że Teatr Polski zawsze jak Feniks wznosi się do góry nad pogorzeliskiem i rozkłada skrzydła. Zakładam, że po obecnym kryzysie związanym z kontrowersjami wokół obsady stanowiska dyrektora też tak będzie.







środa, 12 kwietnia 2017

Przygoda z Tyrmandem




Słuchając Marcela Woźniaka, autora biografii Leopolda Tyrmanda, książki zatytułowanej “Moja śmierć będzie taka jak moje życie” uzmysławiam sobie przede wszystkim fakt niezwykłej przygody jaką dane było przeżyć temu, który zadał sobie trud odtwarzania ścieżek życia twórcy “Złego”. Marcel zainteresował się Tyrmandem sprowokowany przez wykładowcę uniwersyteckiego. Wcześnie o autorze bestsellera wydawniczego lat pięćdziesiątych nie wiedział nic. Dzieliło go od niego kilka pokoleń i kilka dekad kulturowych. Marcel znalazł w sobie chęć do wszczęcia detektywistyczno-dziennikarskich badań nad kolejami życia i twórczości postaci, która pozostawiła po sobie i o sobie w masowej świadomości kilka stereotypowych opisów, kilka schematycznych charakterystyk, kilka sloganów.




Spotkanie z Marcelem Woźniakiem zorganizowano w Bibliotece Publicznej im. Jarosława Iwaszkiewicza w Obornikach Śląskich. Na spotkanie przychodzę odtwarzając w pamięci lekturę zarówno “Złego” jak i “Dziennika 1954”. Teksty te czytałem wiele lat temu jako ślady po dekadzie lat pięćdziesiątych, nie mojej historii, raczej okresie, na który przypadała pierwsza młodość moich rodziców. Zanim udałem się do biblioteki udało mi się przeczytać część napisanej biografii. W miarę jak Marcel opowiadał o swojej pracy nad książką uświadamiam sobie jak mało tak naprawdę o Tyrmandzie wiedziałem. Ponowne wydanie jego powieści “Zły”, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych przywróciło na chwilę pamięć o twórcy, który po podjęciu decyzji o emigracji z Polski został skazany na mentalny niebyt w kraju. Wyrzucono z obiegu księgarskiego i bibliotecznego jego książki. ośmieszono w publicystyce i pismach satyrycznych, wreszcie skasowano z pamięci. Przetrwało głównie skojarzenie Tyrmanda z modą i stylem życia lat pięćdziesiątych, z bikiniarzami. W zasadzie to skojarzenie Tyrmand-bikiniarz miało wystarczyć za wszystko w erudycji przeciętnego Polaka.
Książka Woźniaka dostarcza pełnej wiedzy o Tyrmandzie zarówno z okresu jego największej popularności, jak i okresu wcześniejszego, a także z amerykańskiego, ostatniego okresu jego życia. Biograf zadał sobie trud odwiedzenia miejsc, w których archiwa mogły zawierać dokumenty źródłowe  (w tym zarówno tych w kraju, jak i na Litwie oraz w Stanach Zjednoczonych). Rozmawiał też z tymi, którzy znali Tyrmanda osobiście, dziś już starszymi osobami.




W trakcie prelekcji krystalizuje się osoba o urozmaiconej biografii, raczej prostolinijna, nie konformistyczna. Tyrmand jawi się jako ktoś wierny samemu sobie, swojej wizji życia i świata, i swojej chęci wyrażania tej wizji. Tak jak potrafił zjednać sympatię i podziw, tak też mocno odrzucony został przez środowisko w momencie, gdy oficjalne przyjaźnienie się z nim zaczynało narażać innych na konflikty o charakterze ideologiczno-politycznym, w komunistyczną władzą. Tyrmand żyje pod prąd. Jako Polak żydowskiego pochodzenia szuka schronienia w trakcie wojny w Niemczech, przyjmując fałszywe dokumenty i zgłaszając się na roboty, bo najbezpieczniejszym miejscem było oko cyklonu. Po wojnie wraca do kraju, który znalazł się w sferze wpływów komunistycznego Związku Radzieckiego. Jest publicystą m. in. w Przekroju i w Tygodniku Powszechnym. To on wymyślił nazwę dla festiwalu Jazz Jamboree w momencie gdy muzykę tą można było już oficjalnie grać. Jest widoczny w środowiskach elit kulturalnych. Jest przez wszystkich aprobowany i pożądany jako kompan. Do czasu. Dziś dostęp do archiwów Instytutu Pamięci Narodowej umożliwia identyfikację towarzystwa Tyrmanda. Poruszające jest to, co w archiwach IPN-u znalazł Marcel Woźniak. Ustalił on, że większość utrwalonych na starych fotografiach znajomych Leopolda Tyrmanda to tajni współpracownicy aparatu ucisku komunistycznej władzy. Z upodobaniem donosili na autora “Złego”. Byli to ludzie kultury, publicyści, dziennikarze. Tyrmand nie wiedział o tym, kto na niego donosi i nigdy się nie dowiedział. Mógł się domyślać jedynie. Mógł czuć jak psuje się wokół niego atmosfera. Doprowadziło to w konsekwencji do decyzji o emigrowaniu z kraju. Zostawia wszystko. W wieku 45 lat wyjeżdża po to, aby zacząć życie na nowo. Zaczyna na amerykańskim kontynencie i znowu udaje mu się. Podczas gdy w kraju jest albo przedmiotem kpin, albo panuje wokół jego osoby zmowa milczenia tam, w Nowym Jorku, jeszcze raz udaje mu się zabłysnąć jako znany i czytany publicysta. O tym wszystkim opowiadał Marcel Woźniak na spotkaniu z okazji wydanej biografii. Po szczegóły warto zajrzeć do napisanej przez niego książki. Jego pasja do dziennikarskiego odtwarzania kultowej postaci lat pięćdziesiątych budzi podziw. Nie ma żadnych punktów stycznych między życiem Tyrmanda a życiem jego biografa. A jednak dzięki systematycznej i drobiazgowej pracy udaje się zebrać materiał i stworzyć książkę, której lektura wciąga. Styl opowiadania nie przeciążony paradygmatami naukowego opisu wciąga. Chce się czytać kolejne strony, kolejne rozdziały. Dla Marcela Woźniaka spotkanie z Tyrmandem było na pewno dużą przygodą. Przygodą, której można pozazdrościć. Przygodą, w której można uczestniczyć, czytając...











Marcel Woźniak. Biografia Leopolda Tyrmanda - Moja śmierć będzie jak moje życie. Wydawnictwo MG


niedziela, 2 kwietnia 2017

Moja bukowina, moja dębina



Po długich miesiącach zimowego letargu, po dniach chłodnych, szarych, często mglistych rozbłysło nagle ostre światło słońca. Zrobiło się ciepło tak jakby lato miało się zacząć już następnego dnia. O tym, że do lata jeszcze trochę dni upłynąć musi przypomina widok drzew, jeszcze gołych, jeszcze bez liści. Bardzo lubię ten czas ostrego, kontrastowego światła. Las w te dni jest niezwykły. Jest taki tylko przez kilka dni w roku. Korona liści nie tłumi światła. Pnie i konary rzucają cienie na ziemię z brązowym dywanem tego, co jesienią z drzew spadło. Co roku wybieram się w te dni na dłuższy spacer. Blisko mojego domu znajduje się las bukowy przechodzący w dębinę. Nieco dalej, bardziej w głąb rosną również drzewa iglaste. Mimo wszystko jest to las mocno liściasty. Buki wydają się tworzyć konstrukcję jakby budowli jakiejś pełnej kolumn biegnących do sklepienia obszernej, ogromnej wysokiej hali. Halę tą stworzyła natura, mniej ręka człowieka. Trudno rozeznać czy bukowina powstała jako samosiejka, czy też celowo nasadzona została pracą leśników.



Spacer lasem w porze przedwiośnia umożliwia złapanie dystansu do codziennego pędu zdarzeń. Natura odrywa świadomość od konieczności uczestnictwa w grach biznesowych, społecznych, politycznych. Natura jest taka jak zawsze. Stabilna, niewzruszona. Wiatr powiewa poruszając gałęziami drzew, Słońce przenika przez siatkę pni i konarów. Woda płynie powoli leśnym strumieniem. Sarny wypadają nagle nie wiadomo skąd i dziwią się, że jeszcze ktoś leśną drogą spaceruje.

Sądząc po rozmiarach buków i dębów las ma nie mniej niż sto lat. Inni ludzie mieszkali w jego sąsiedztwie. Mieli swoje sprawy, swoje troski i zmartwienia. Może podobnie jak ja chodzili pośród drzew w dni rodzącej się wiosny, ciesząc oczy promieniami słońca przenikającymi przez gałęzie do spodu lasu. O tamtym świecie mówią coś zachowane stare zdjęcia zdjęcia, pocztówki, ryciny. Ale niezwykłość przeszłości jest dziełem kreacji umysłu, który pobudzony obrazem dobudowuje sobie historie i tak zwany klimat miejsca i czasu. Cechą umysłu jest trwać w przeświadczeniu tego, że kiedyś to było niezwykle. Że kiedyś to było lepiej chyba. Trwałość lasu, tego świata w świecie, daje uspokojenie.